Logo Zaolzia

 

Pisałem dwa lata temu na łamach Kalendarza o „syndromie Maugliego”, na który moim zdaniem choruje Zaolzie. Jeden Bóg wie czemu niektórym ludziom wcale się owo porównanie nie podobało – przy czym z reguły chodziło właśnie o osobników rzeczywiście stawiających się w sytuacji dzieci oderwanych od ludzkiej Matki i wychowanych wśród wilków po drugiej stronie rzeki.

 

 

Tak czy owak w ciągu tych dwóch lat nie doszło do żadnej znaczącej zmiany – poznałem jednak wielu nowych ludzi po obu stronach Olzy i wrosłem co nieco w cieszyńskie środowisko studenckie, co dało mi nie tyle możliwość lepszej oceny aktualnej sytuacji, ile pozwoliło porozmyślać o możliwych scenariuszach dalszego rozwoju naszej społeczności.

 

Podstawowe spostrzeżenie brzmi tak – ciągle trapią nas te same bolączki, 17 lat po rewolucji ciągle żyjemy w przeświadczeniu, że „ci na górze” jakoś to załatwią a jak nie, to zawsze przecież można się poużalać nad pianką chmielowego napoju. Hasłem wygrawerowanym złotymi literami na ścianach naszych świetlic jest slogan „siedź w kóncie, bałamóncie, jakeś dobry, znajdóm cie”.

 

Kto nas kupi?

 

Jednym z najbardziej czułych miejsc naszego życia kulturalnego jest bowiem z pewnością tragiczne wprost ignorowanie podstawowych zasad marketingu i propagacji. Zobaczyć zorganizowaną przez nas solidnie przeprowadzoną akcję reklamową to tak, jakby złapać jednorożca. Zdarza się, że nawet nasze największe i najważniejsze imprezy poprzestają na klasycznym rozlepieniu plakatów – wyjątek stanowią może oba Zloty, CieLaF (vel TrzyLaF) czy Gorol. Organizatorzy żyją pewnie w przekonaniu, że tradycyjna  jakość obroni się sama i nie wolno jej kalać reklamą, w wyniku czego impreza bez względu na skład jej programu prezentuje się jako mdła i skostniała.

 

A co niby mieliby zrobić – zapytacie? A no – wystarczy wysłać folklorystę do którejś z regionalnych stacji radiowych kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu. Zaangażować kilku studentów do rozdania ulotek na mieście. I wreszcie – przyczaić się przy wyjściu z gimnazjum czy szkoły ekonomicznej i capnąć pierwszego lepszego informatyka, by za cenę „dziękuję” zrobił w miarę przyzwoite strony internetowe.

 

Na razie jest bowiem tak, że o ile jakiś zdolny grafik cudem stworzy w miarę ciekawy (dla wszystkich pokoleń) pomysł, to organizatorzy wykorzystają go tylko na afiszach, w związku z czym tworzy on w zestawieniu z pozostałymi materiałami propagacyjnymi dziki kolaż niespójnych elementów. Ośmielam się też stwierdzić, że nie ma na Zaolziu ANI JEDNEJ poprawnie działającej i atrakcyjnej witryny internetowej. To, co wisi bezwładnie w naszej sieci, jest albo technologicznym, przestarzałym dziadostwem albo graficznym oczopląsem albo – w najlepszym wypadku – schludnym miejscem do zdobycia pliku nudnych informacji.

 

Smutne jest to, że nawet wspomniane wyżej imprezy kulturalne nie są w stanie utrzymać kontaktu z potencjalnymi uczestnikami poprzez stworzenie prężnie działającej strony WWW z forum dyskusyjnym i aktualizowanymi nowościami.

 

Wynajęcie oficjalnej domeny .com kosztuje już od niespełna 300 koron na rok. Komercyjne są za darmo. Mówię o tym, bo tutaj oczywiście od razu pada argument, skąd nasze organizacje mają na to wszystko wziąć pieniądze. Jak mówi klasyk – odpowiedzi są proste jak bułgarskie striptizerki.

Trzeba otworzyć buzię, spytać o radę i dotrzeć do kontaktów. Zapytać młodszych, jak to robią. Przy trosze szczęścia można stworzyć ekipę twórców pracujących ochotniczo i obniżyć w ten sposób całe koszty do zera. O ile zaś nie ma żadnych ludzi chętnych do współpracy non-profit, wtedy pozostaje druga alternatywa.

 

Unia.

 

Być może kiedyś dożyjemy się czasów, kiedy w radzie organizacyjnej danej akcji miejsce konsultanta do spraw pieczenia pączków zajmie człowiek mający na głowie pisanie wniosków o dotacje unijne. Zaolziańskie organizacje młodzieżowe czynią w tym kierunku pierwsze nieśmiałe kroki, od pewnego czasu z tego źródła regularnie korzysta Kongres Polaków i już teraz widać, że jest to sposób na stosunkowo łatwy sposób na zdobycie dużej ilości funduszy. Dla chcącego nic trudnego, wystarczy dobrze ułożyć projekt. A pieniądze można dostać na wszystko – kursy, wycieczki, koncerty, samochody a nawet budynki … to gdzie jest problem?

 

Będzie lepiej?

 

W opłakanym stanie znajdują się nie tylko nasze struktury organizacyjne, ale – co za tym idzie – także i sam schemat naszej autopropagacji. Możemy tylko zgrzytać zębami z zazdrości obserwując sprawne poczynania innych grup mniejszościowych. Przez zamykanie się w gorsecie własnej społeczności skazujemy się na izolację, która prowadzi później do nieporozumień.

 

Komunikując z mrowiem Czechów i Polaków nie spotkałem się praktycznie z żadnymi negatywnymi reakcjami. Podobne doświadczenie ma, jak sądzę, większość członków młodszej generacji Zaolziaków. Młodzi ludzie nie znają być może dokładnych dat miejscowych wydarzeń z okresu międzywojnia, zapytani potrafią jednak bez moralizowania wyjaśnić, skąd u licha bierze się Polak w Ostrawie czy Hawierzowie.

 

Do najbardziej zaś ciekawych wydarzeń należą spotkania młodzieży zaolziańskiej z tą pochodzącą z polskiej strony Śląska. I abstrahuję w tym momencie od faktu, że sam znalazłem sobie połówkę w Tychach, w związku z czym udało mi się odkryć całe mrowie wspólnych elementów kulturowych. Punktem przełamującym lody jest tutaj sam nośnik kultury – język. Scenariusz z reguły przebiega podobnie – dyskutuję z jakimś Polakiem na dowolny temat, kiedy nagle przyplątuje mi się niechcący jakieś słówko „po naszymu”. Rozmówca zamiera, po czym pyta z rozwagą „Coś to teraz powiedzioł? Tyś je nasz? Ja?” Przytakuję nieśmiało, twarz rozmówcy promienieje a reszta rozmowy przebiega już o wiele swobodniej w gwarze śląskiej. „Przeca nie bedymy mówić jak Gorole, ni?” (Gorol = Polak spoza Śląska). Nie zamierzam tutaj propagować jakichś tez zjednoczeniowych – chciałbym po prostu zaznaczyć, że wcale nie jest tak, że jesteśmy otoczeni przez samych wrogów.

 

W jednym z felietonów opublikowanych na łamach Głosu Ludu pisałem o ciekawym zestawieniu pojęcia „krzywda śląska” (opisanemu między innymi w publikacjach Gerlicha czy Simonides) z nie nazwanym na razie poczuciem krzywdy „zaolziańskiej”.

 

Jak to możliwe, że chociaż żyje nas tutaj kilkadziesiąt tysięcy, wielu Czechów (jak i rdzennych Polaków) ciągle się dziwi, skąd się tu wzięliśmy? To nie ich wina, ale NASZA. Wegetujemy tutaj na tym skrawku ziemi, czekając na pomocną dłoń, zamiast próbować własnych sił. Brak pomocy odbieramy jako zdradę albo wręcz przejaw wrogości.

 

A gdzie nić Ariadny?

 

Fakt faktem, że każdy człowiek kreuje swój światopogląd na podstawie własnych doświadczeń życiowych. I o ile nasza społeczność ma się uchować w relatywnym zdrowiu, nie powinniśmy odrzucać żadnych pomysłów na podtrzymywanie jej egzystencji. Być może uda nam się połączyć wiedzę i tradycje z elastycznością i młodzieńczym zapałem.

 

Aby to osiągnąć, trzeba podtrzymywać dyskusję, konfrontować idee i wspierać wszelkie typy działalności twórczej. A niezależnie od tego – i tu zamykam krąg w moich rozważaniach – powinniśmy zsumować doświadczenia każdej generacji i stworzyć własne, rozpoznawalne logo, wiązkę symboli. Korzystając z języka hipermarketów – powinniśmy ułożyć własną ofertę, listę produktów, które mogą być „sprzedawane” pod marką Zaolzia. Mniejszość taka jak nasza, z bagażem własnych zwyczajów, historii, tradycji, ale też endemicznych zjawisk kulturowych nie może przecież mieć z tym najmniejszych problemów.

 

Jeżeli to się kiedyś uda, z niekonkretnej masy wyłoni się jasny, wyrazisty kształt, który nie dość, że zapadnie w pamięć obcym, ale z którym będziemy się mogli zidentyfikować nie tylko my, ale i przyszłe pokolenia.

 

P.S.

 

Aby nie być oskarżonym o pustosłowie, oto mój e-mail : darek.jedzok@gmail.com . Chętnie pomogę w załatwianiu kontaktów.

 

Więcej!