Recenzja – Biała wstążka (2009)

Niemcy/Austria/Francja/Włochy, 2009

Reż.: Michael Haneke

Wszyscy wiemy, że wiejscy ludzie są prości, uczciwi i szlachetni, chodzą w ładnych strojach, bawią się przy skocznej muzyce i żyją w zgodzie z przyrodą. Dlatego niepokój wzbudza w nas każde dzieło sztuki, które odkrywa demony ukryte w zamkniętej społeczności i wymiata kąty w których czai się Zły.

Właśnie taki jest najnowszy film Michaela Hanekego. Reżysera, który nie boi się trudnych, czasami wręcz makabrycznych tematów oraz – co w dzisiejszych czasach wyszło już z mody – pytań o kondycję stosunków międzyludzkich.

Haneke ma na swoim koncie kilka niezwykłych filmów, spośród których największy rozgłos uzyskała jego ekranizacja skandalicznej powieści Pianistka austriackiej noblistki Elfriede Jelinek. Jego najnowsze dzieło jest jednak unikatowe zarówno w jego prywatnej filmografii, jak i filmografii europejskiej.

Pierwszym ciekawym aspektem jest rama czasowa – akcja odgrywa się bowiem w ostatnich miesiącach poprzedzających pierwszą wojnę światową. Całą historię opowiada stary człowiek, który w młodości pracował jako nauczyciel w małej, nudnawej austriackiej wiosce. Jej mieszkańcy żyli w spokojnej symbiozie z baronem z pobliskiego zamku – barona nikt specjalnie nie kochał, ale ludzie respektowali go jako sprawiedliwego pracodawcę.

Pewnego dnia miejscowy lekarz został poważnie ranny po upadku z konia, który potknął się o umyślnie naciągnięty drut. Od tej chwili w wiosce zaczynają się mnożyć kolejne tragedie i wypadki – gdy jeden z kolejnych ekscesów dotknie rodzinę barona, równowaga zostaje ostatecznie zachwiania. Ludzie przestają sobie ufać, w wiosce narasta atmosfera niepokoju, którego kulminacja zejdzie się w czasie z wybuchem pierwszej wojny światowej.

Film jest jednak czymś o wiele bardziej cennym niż zwykłą detektywistyczną opowiastką. W bezprecedensowy sposób została tutaj nakreślona struktura patriarchalnej rodziny tuż przed wojną, która „pogrzebała wiek XIX”. Intymny wgląd w prywatne życie kilku rodzin koncentruje się przede wszystkim na surowych, często wręcz despotycznych ojcach, którzy bezwzględnie karzą wszelkie oznaki nieposłuszeństwa. Pod fasadą „porządnej rodziny” przez całe lata ukrywane są duże i mniejsze grzechy, co w końcu prowadzi do powstania nieznośnego nadciśnienia.

Film jednak – być może wbrew oczekiwaniom niektórych widzów – nie proponuje jasnych odpowiedzi i nie zamyka wszystkich historii w nim zawartych. Wraz z nadejściem napisów końcowych żegnamy wszystkie poznane postacie i ich małe nieszczęścia. Tak, jak w prawdziwym życiu. Wpadamy na chwilę w życie codziennych bohaterów i ponownie je opuszczamy, bez możliwości poznania jednoznacznego zakończenia i puenty, a tym bardziej radosnego happy endu.

Film został pierwotnie nakręcony w kolorze, jednak twórcy zdecydowali się przerobić go na czarno-biały. Kamera zachowuje się tutaj raczej jak aparat fotograficzny – rejestruje precyzyjnie skomponowane ujęcia scenerii, wnętrz i ludzkich twarzy. Właśnie to kojące, klasyczne piękno obrazu najbardziej kontrastuje z chaosem ludzkich uczuć – pozytywnych i negatywnych. Z punktu widzenia techniki Biała wstążka to arcydzieło, idealna praca dyplomowa scenarzysty, reżysera, montażysty i operatora kamery. Obowiązkowa lektura dla fanów kina, obowiązkowa lektura dla ludzi zafascynowanych historią XX wieku.

Na koniec małe zwierzenie. Z racji mojego chłodnego stosunku do języka Goethego przez długi czas omijała mnie kinematografia niemiecka. A szkoda, okazało się bowiem, że w ciągu kilku lat ominęły mnie bardzo ciekawe perełki – najnowsza produkcja Hanekego ostatecznie przełamała moje opory. Przyznaję – Niemcy potrafią tworzyć niesamowite kino.

Więcej!