Gran Canaria – A ty mnie na wyspę szczęśliwą zawieź …

Na Wyspy Kanaryjskie trafiłem właściwie niechcący – zawsze kojarzyły mi się bowiem z hordami spasionych turystów leżakujących na plaży i betonowym piekłem hoteli i parkingów. Chociaż bilety lotnicze były tańsze od przelotu do kontynentalnej Hiszpanii, do końca nie byłem przekonany do tego wyjazdu. Moje wątpliwości rozwiały dopiero zdjęcia i entuzjastyczne relacje globtroterów – w kilka tygodni później spakowałem plecak, żonę i aparat i wyruszyliśmy w daleką podróż ku wybrzeżom Afryki.

Kontynent w pigułce

Wyspy Kanaryjskie formalnie należą do Hiszpanii, jednak pod względem geograficznym znajdują się na wysokości południowego Maroko. Powietrze ogrzewają wiatry znad Sahary, a brzegi omywa chłodny Atlantyk. Oceaniczno-subtropikalny klimat obfituje więc wprawdzie w różnorodne mikroklimaty, te jednak same w sobie pozostają praktycznie niezmienne na przestrzeni całego roku.

Naszym celem była Gran Canaria – trzecia co do wielkości i druga co do zaludnienia wyspa archipelagu. Jej średnica wynosi zaledwie 50 km, jednak już w trakcie lądowania doszliśmy do wniosku, że jakiekolwiek plany zwiedzenia wyspy na rowerach możemy wsadzić sobie – z przeproszeniem – w szprychy. Większość powierzchni wyspy tworzą kamieniste pustynie i postrzępione, skaliste góry – jeżeli jechać, to samochodem lub autokarem. Jeżeli iść, to z wyposażeniem do wspinaczki i cysterną wody.

Ze względu na stosunkowo niewielkie rozmiary wyspy można wybrać swoją bazę w dowolnej jej części – my osiedliśmy w Las Palmas de Gran Canaria, największym mieście całego archipelagu. Stolica prowincji znajduje się na północy, gdzie często spychane są chmury z rozpalonego południa, dzięki czemu Las Palmas znalazło się na pierwszym miejscu ogólnoświatowej listy miast o najlepszym klimacie. Pozycję tę zawdzięcza bardzo przyjemnej kombinacji ciepłego powietrza i chmur miłosiernie zakrywających piekące słońce. Przez cały rok można cieszyć się tutaj wieczną, ciepłą wiosną – żyć, nie umierać.

W samym mieście znajdują się dwie plaże – Las Canteras oraz Alcaravaneras. Las Canteras mieści się w głębokiej zatoce otoczonej przez wysokie, ostre szczyty i oferuje idealne warunki do kąpieli, zwłaszcza dzięki nieco oddalonym pasmom podwodnych skał, które hamują nadchodzące oceaniczne fale.

Przystanek konkwistadorów

Wyspy Kanaryjskie przez całe stulecia stanowiły jedną z ostatnich stacji, na których zatrzymywały się statki płynące do Ameryki Południowej, Afryki i Indii, co pozostawiło głęboki ślad na miejscowej architekturze, kulturze, a nawet roślinności. Nowoczesne, modernistyczne wieżowce przypominają często panoramy z Buenos Aires lub Rio de Janeiro, zabytkowe budynki stanowią typowy przykład architektury kolonialnej.

Najbardziej charakterystycznym elementem miejscowego budownictwa są drewniane balkoniki, jakie często można podziwiać na starówce – w pobliżu placu i Katedry Świętej Anny. Tuż za nią znajduje się Casa Museo de Colón, dom, w którym Krzysztof Kolumb zatrzymał się w trakcie pierwszej podróży do Ameryki w 1492 roku. Sama katedra jest jednym z najważniejszych zabytków regionu – prace budowlane ruszyły pod koniec XV wieku i trwały przez ponad 70 lat. Placu u jej stóp strzegą kamienne brytany, reprezentujące rasę dzikich psów, od których wzięły podobno swoją nazwę Wyspy Kanaryjskie (z łac. canis – pies).

Gran Canaria ukrywa jednak historię o wiele starszą od wypraw Kolumba i konkwisty. Warto przypomnieć, że w czasach starożytnego Rzymu archipelag był nazywany Wyspami Szczęśliwymi, a do XV wieku duża ich część była zamieszkana przez Guanczów, lud pokrewny z Berberami. Guanczowie posługiwali się własnym językiem i mieszkali w domach wykutych w gołej skale. Niestety ich spokojne bytowanie zakończył najazd Hiszpanów, którzy zgodnie ze swoim zwyczajem wyrżnęli miejscowych w pień.

Do nielicznych śladów obecności pierwotnych mieszkańców można zaliczyć skalne domy i ryty naskalne, na wyspie La Gomera do dzisiaj używany jest specyficzny język gwizdów el silbo, umożliwiający porozumiewanie się na większe odległości.

Tam, gdzie rosną kaktusy

Po co jednak zajmować się rzezią miejscowej ludności, skoro zostało jeszcze tyle miejsc do zwiedzenia, prawda? Wbrew moim wcześniejszym obawom nie byliśmy skazani na podziwianie architektury i popijanie mojito na plaży. Wręcz przeciwnie – większość wyspy pokrywają rezerwaty i parki narodowe, w związku z czym miejscowa fauna i flora ma się całkiem dobrze.

Wprawdzie w miastach natknęliśmy się na stosunkowo pospolite gatunki ptaków – tylko tu i ówdzie w koronach palm przelatywały papugi, to z pewnością nie mogliśmy narzekać na niedobór egzotycznych roślin. W czasie naszego pobytu na wyspie wszystkie uliczki były dosłownie skąpane w zieleni i kwiatach.

Najlepszym miejscem na zapoznanie się z miejscową roślinnością jest park botaniczny Jardín Canario, który znajduje się kilka kilometrów za miastem. Na rozległym obszarze mieści się fascynująca kolekcja kanaryjskich endemitów oraz gatunków, które przywędrowały na wyspy na pokładach hiszpańskich statków wracających z kolonii rozproszonych po całym świecie.

W parku można podziwiać gigantyczne, sięgające kilku metrów okazy sukulentów i palm, które zwykle marnieją w naszych doniczkach lub ogródkach. Oprócz kanaryjskiej palmy daktylowej na całej wyspie rośnie miejscowy gatunek draceny o dziwacznie baniastych konarach. W skałach otaczających park spotkaliśmy także dorodny okaz jaszczurki, tzw. „kanaryjskiego olbrzyma”, należącego do rodziny gadów zamieszkujących wyłącznie Wyspy Kanaryjskie.

Złamany palec Boga

Najbardziej gorący klimat czekał na nas na południu. Po niecałej godzinie jazdy autokarem wysiedliśmy w samym środku rozżarzonego pieca. Miasto Maspalomas jest już dzisiaj tylko kompleksem turystycznym, warto je jednak zwiedzić chociażby z powodu długiego pasma pustynnych wydm.

W trakcie podróży po wschodnim wybrzeżu zatrzymaliśmy się w Agaete, schludnym porcie rybackim, którego ulice okalają domki o ścianach pokrytych oślepiająco białym wapnem.

Miasteczko otaczają cudowne, lazurowe wody i wysokie urwiska, pod którymi do niedawna stała jedna z atrakcji turystycznych – Dedo del Dios, Palec Boży. Ciekawą formację skalną przypominającą wzniesiony palec zniszczył cyklon tropikalny Delta w 2005 roku. O randze tego symbolu świadczy ambitny plan miejscowych władz, które flirtowały przez jakiś czas z pomysłem wyłowienia i ponownego przymocowania skały.

Nie patrz na mnie takim wzrokiem

W jednej z miejscowych restauracyjek mogliśmy po raz kolejny skosztować typowo kanaryjskich potraw typu „zobacz, co złapałem w akwarium”. Tradycyjna kuchnia kanaryjska to mieszanka wpływów hiszpańskich, afrykańskich i południowoamerykańskich. Oczywistym składnikiem większości potraw jest wyśmienita oliwa z oliwek, lekkim potrawom towarzyszy cała paleta mojos – smakowitych sosów oraz zagęszczanych mieszanek warzywnych. Typowym przysmakiem są papas arrugades – młode ziemniaki w mundurkach, podawane zazwyczaj z pikantnym czerwonym sosem.

Oprócz ryb i wielu gatunków skorupiaków niezwykle popularne są dania z głowonogów, przy czym miejscowi najczęściej dzielą jeden duży talerz wypełniony pieczonymi lub smażonymi żyjątkami. Tubylcy, z którymi podróżowaliśmy po wyspie, polecili mi misę wypełnioną po brzegi malutkimi kałamarniczkami, zjadanymi w całości. Po przełamaniu środkowoeuropejskiego oporu przed zjadaniem czegokolwiek, co patrzy z talerza, musiałem się powstrzymywać przed zamówieniem dokładki.

We wszystkich sklepach spożywczych wisi typowo iberyjski przysmak – jamon, czyli suszona, solona noga wieprzowa. Z kopytkiem. Jamon jest przez koneserów uważana za jedną z najlepszych szynek na świecie. Ze względu na sposób przygotowania mięso się nie psuje, w domach jest najczęściej stawiane na wymyślnej podstawce na kuchennym stole, aby w dowolnej chwili można było kawałek odkroić.

Od wiosny do jesieni w dwadzieścia minut

Gwałtowne przeskoki między tak odmiennymi klimatami powodują, że w ciągu jednego dnia można jednocześnie dostać udaru i przeziębić się. Jako iż po dwóch dniach przejazdów udało mi się tego dokonać, straciliśmy kolejny dzień na chorowaniu, w związku z czym nie zwiedziliśmy Puerto de Mogan, uroczej południowej mieściny rybackiej, porównywanej do Wenecji.

Udało nam się natomiast dotrzeć do centrum wyspy. Gran Canaria ma kolisty kształt i bardzo symetryczne ukształtowanie. Wysuszone, kamieniste brzegi są z reguły nisko położone, teren wznosi się powoli aż do najwyższego punktu w samym środku wyspy.

Po drodze ponownie byliśmy świadkami kilku zmian klimatu – od przyjemnego chłodu głównego miasta, przez rozpalone stoki wygasłych wulkanów, po wilgotne doliny pokryte bujną roślinnością, a w końcu – suche i chłodne tereny prowincji Tejeda, gdzie znajduje się Pico de las Nieves, najwyższy szczyt wyspy (1949 m). Z góry mogliśmy podziwiać zarówno spalone słońcem południe, jak i północną część wyspy skrytą pod mleczną warstwą chmur.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy wioskę Teror, która – wbrew swej nazwie – jest uroczym zakątkiem i stanowi jeden z najlepszych przykładów zabytkowej kanaryjskiej architektury. Zielone doliny ukryte między wzgórzami ponad miastem porastają na zmianę lasy eukaliptusowe, kanaryjskie sosny oraz połacie paproci. Często można się też natknąć na olbrzymi kanaryjski koper z żółtymi baldachimami kwiatów.

Wybrzeże śpiących wulkanów

Największą gratkę zostawiliśmy sobie jednak na koniec. Na obrzeżach głównego miasta, za dzielnicą robotników i marynarzy La Isleta, rozciąga się wybrzeże La Confital, uformowane ze skał wulkanicznych. Olbrzymie fale uderzają tutaj z pełną mocą o gołe połacie czarnej, zastygłej lawy, porośniętej tylko nielicznymi kępkami rdzawych porostów, opuncji i karłowatych krzewów. Obszar ten jest często odwiedzany przez surferów, którzy poszukują tutaj solidnej dawki adrenaliny.

W drodze powrotnej byliśmy świadkami surrealistycznej sceny – na skałach stały dwie bose mulatki w śnieżnobiałych sukienkach. Okazało się, że zgodnie z miejscową tradycją rodzice przyprowadzają tutaj dzieci, aby zrobić zdjęcia komunijne na tle dramatycznej scenerii ostrych skał i wybuchów morskiej piany.

Nieziemski krajobraz był efektowną klamrą zamykającą naszą wizytę. Ścigani przez chmarę islandzkiego popiołu wyruszyliśmy w drogę do krainy deszczowców, nękani przez uczucie niedosytu. Po powrocie spotkałem kolegę, którego szczerze zdziwił cel mojej podróży – „mój znajomy był na Kanarach, podobno nic ciekawego, tylko upał, basen i nuda”. Cóż, czasami warto przełamać stereotypy.

Więcej zdjęć : Gran Canaria 2010

Zwrot 06/2010