127hours

Recenzja : 127 godzin

(reż. Danny Boyle, USA/GB, 2010)

Wesołe przygody młodego globtrotera, czyli ręka, noga, mózg na skale.

Aaron Ralston był beztroskim, pozytywnie zakręconym miłośnikiem adrenaliny. Przynajmniej do czasu, kiedy w 2003 roku wpadł w wąwóz skalny, a spadający głaz przybił mu do skały prawą rękę. W tym momencie zaczęła się jego dramatyczna walka o przetrwanie, z epizodami halucynacji, bólu, pragnienia, a w końcu zabiegu chirurgicznego pod gołym niebem, dokonanym przy pomocy scyzoryka za kilka dolarów.

Danny Boyle („Trainspotting”, „Slumdog. Milioner z ulicy”) dwoi się i troi, aby obronić etykietkę „cool-reżysera”. Dziki montaż, świetna reżyseria muzyczna, split-screen i swobodne mieszanie różnych stylów wciąga i intryguje. Chociaż niektórzy widzowie byli rozczarowani godzinnym obserwowaniem faceta przygwożdżonego w jakiejś dziurze, myślę, że Boyle po męsku poradził sobie z takim wyzwaniem.

Nie mówiąc już o tym, że „normalny” hollywoodzki reżyser pewnie w chwilach cierpienia bohatera pokazywałby błękit nieba lub przelatujące ptaki, zamiast zbliżeń na zmiażdżoną prawicę.

Po niekończących się sekwencjach paniki i obłędu następuje scena wyzwolenia (przy której podobno zemdlało się kilku ludziom), i długo oczekiwane katharsis, ratunek, happy end i krótkie spotkanie z rzeczywistym bohaterem.

Właśnie dlatego myślę, że warto obejrzeć tę produkcję do końca – dzięki ostatnim 20 minutom film podnosi się ponad przeciętność. Wyzwala mocny ładunek energii i inspiracji, nie popadając w tani banał. A to w dzisiejszych czasach nie lada osiągnięcie.

P.S.

Warto wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Wprawdzie generalnie nie lubię pójścia na łatwiznę i sklejania soundtracka z przebojów radiowych, ale Danny ma z reguły szczęśliwą rękę przy wyborze.

Więcej!