Felieton 192 – Polonez zamiast czardasza

Pesymizm i zaawansowane czarnowidztwo mają to do siebie, że czasami zmieniają życie w pasmo sympatycznych niespodzianek. Pod koniec kampanii wyborczej już prawie pakowałem walizkę, by przeprowadzić się z powrotem na drugi brzeg Olzy. A tu taki prezencik.

Jak chyba większość rodowitych Zaolziaków noszę w portfelu czeski dowód osobisty z wpisaną narodowością polską, nie dostąpiłem więc przywileju głosowania w Macierzy. Mogłem jednak obserwować i stukać się w czoło.

Przyznaję, wystraszyły mnie dyskusje internetowe na największych polskich portalach. Głupi, głupi ja. Zapomniałem, że większość uczestników przepychanek na wirtualnym podwórku nie ma prawa wyborczego – Janusz Korwin Mikke, faworyt internetowej gawiedzi, trafił więc tam, gdzie jego miejsce. Do panoptikum politycznych kuriozów.

Niestety Prawo i Sprawiedliwość ucierpiało na tym, że nie potrafi się pozbywać swoich stałych eksponatów z tej samej wystawy. A taka opieszałość może drogo kosztować. W Czechach identyczny problem musieli niedawno rozwiązać socjaldemokraci, którym od dłuższego czasu psuł rankingi ich prezes, Jiří Paroubek. Co tu dużo mówić – podobnie jak jego czeski odpowiednik, także zgorzkniały Jarosław Kaczyński traci coraz bardziej kontakt z rzeczywistością.

Prezes PiS-u tuż przed wyborami obiecywał, że zrobi z Warszawy drugi Budapeszt i wyznał otwarcie miłość węgierskiemu premierowi Orbánovi. Tak, temu populiście i nacjonaliście, który praktycznie zlikwidował na Węgrzech wolność prasy. Cztery lata temu Jarosław Kaczyński zarzekał się, że odejdzie z polityki, jeżeli nie wygra tegorocznych wyborów. I co? Po wyborczej porażce lunatycznie wrócił do tematu i zawyrokował, że jednak będzie drugim Orbánem, który po latach wygnania w opozycji wrócił na stołek premiera.

Sześć przegranych wyborów z rzędu chyba nadal nie jest wystarczającą nauczką. Dopóki jednak PiS nie pozbędzie się swojego dyżurnego szkodnika, Polska będzie kulała na prawą nogę. Jednocześnie liberałowie mają niepowtarzalną okazję, aby zmienić kraj w coś na kształt nowoczesnego państwa – państwa, które nie włazi z butami w życie, głowę ani sypialnię obywatela. A przede wszystkim państwa, które w końcu oddzieli to, co boskie od tego, co cesarskie.

Jeżeli więc za kilka miesięcy ze ściany w Sejmie zniknie drewniany krzyż, konserwatyści nie powinni żywić urazy do Tuska i Palikota. Tak naprawdę tego (węgierskiego) gulaszu narobił im ktoś zupełnie inny.

 

 

 

Więcej!