Felieton 223 – Nie będzie Babiš pluł nam w twarz

Od dobrej dekady Polacy kochają Czechów całkowicie bezkrytyczną miłością i wcale im nie przeszkadza, że to uczucie nie jest odwzajemnione.

 

Tym razem pominę kwestię stereotypów – czeski wizerunek północnych sąsiadów nie jest zbyt chlubny i tak naprawdę chyba niewiele można z tym zrobić. Czesi uważają, że Polacy spędzają większość tygodnia w kościele, myją zęby wódką, a ich dziadkowie atakowali konno niemieckie czołgi. Wcale mnie to nie rusza, podobnie jak Szkot nie wyciąga spod kiltu noża za każdym razem, gdy ktoś opowie dowcip o dusigroszach z Edynburga.

 

Nie wierzę też w teorie spiskowe zaolziańskich „nasistów”, którzy uważają, że są ciemiężeni przez czeski rząd. Może i zaolziańska społeczność jest ignorowana i niedofinansowana, ale to samo dotyczy i pozostałych mniejszości narodowych w Czechach, czyli luz.

 

Pomimo mojego zaawansowanego tumiwisizmu istnieje jednak pewien front ataku na Polskę, który wybitnie mi przeszkadza, a nie jest on prowadzony ani przez polityków, ani przez nacjonalistów, ani nawet przez pospolitych knajpianych ksenofobów. Jak zwykle, także i tym razem chodzi o kasę.

 

Codziennie rano włączam komputer i przeglądam główne strony największych czeskich i polskich portali. Prowadząc tę śniadaniową komparatystykę medialną zauważyłem ciekawą rzecz – za każdym razem, gdy w Polsce pojawi się jakaś afera, czeskie media reagują zaskakująco szybko, sprawnie i obszernie. Feralna sól drogowa bawiła na czeskich stronach jeszcze dwa tygodnie po zniknięciu tematu z polskich portali, jednak najbardziej dała mi do myślenia sprawa mazowieckiej ubojni, która kupowała martwe krowy.

 

Otóż w chwili, gdy pierwszy artykuł trafił na główną stronę  popularnych czeskich serwerów, w Polsce nadal chodziło o lokalny przekręt opisany w jednej, regionalnej sekcji portalu ekonomicznego. To znaczy, że ktoś w Czechach siedział i aktywnie wyszukiwał kolejne informacje, które następnie przez kilka dni pojawiały się na stronach czeskich brukowców, omijając poważne dzienniki i portale.

 

W połowie lutego w programie czeskiej telewizji („Máte slovo“, 14.2.) spotkali się polscy i czescy przedsiębiorcy, aby omówić problem polskiej żywności na czeskim rynku. Jedną z głównych ról w tym groteskowym przedstawieniu odegrał miliarder Andrej Babiš, który w pewnym momencie odmówił skosztowania polskich wędlin, prychając „Nie będę jadł tego waszego g*wna.”

 

I tu zaczyna się robić zabawnie – Babiš jest drugim najbogatszym Czechem (pod materacem chomikuje 1,4 miliarda dolarów), jedną z najgrubszych ryb w czeskim przemyśle spożywczym i rosnącym w siłę potentatem medialnym o dużych ambicjach politycznych. Nie trzeba być przesadnie paranoidalnym, aby skojarzyć tych kilka faktów z artykułami regularnie szkalującymi sąsiadów zza Olzy (Google: „Poláci nedali světu jen Hru na slunce.”), ale przede wszystkim z błyskawicznymi reakcjami czeskich tabloidów na każdą aferę związaną z polską żywnością.

 

Może pomyślicie – po co o tym gadać, i tak felietonem Babiša nie przebijesz. I tu się mylicie, bo ten tekst jest częścią mojego sprytnego planu. Zauważcie, że do tej pory imię Andrej Babiš pojawiło się w moim tekście już pięć razy. Jeżeli ktoś faktycznie śledzi polskie media, to prędzej czy później na pewno trafi na mój felieton. A wtedy Babiš (o, szósty raz!), regularnie wchłaniający kolejne lokalne dzienniki i portale, w napadzie furii kupi także Zwrot, który pewnie kosztuje tyle, co żarówka w przednim reflektorze jednej z jego limuzyn.

 

Może i stracę wtedy robotę, ale dzięki tej skromnej ofierze polska mniejszość raz na zawsze przestanie się martwić dofinansowaniem swoich mediów. Miałeś rację, klasyku – pióro mocniejsze jest od miecza.

 

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 6/2013

Więcej!

Podaj dalej