film - Darek Jedzok / blog & archiwum Mon, 02 May 2016 05:43:24 +0000 en-US hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 “Connected” – krótkometrażowy film Sci-Fi (Pamela Anderson, Jane Fonda) /2016/03/05/connected-pamela-anderson/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=connected-pamela-anderson Sat, 05 Mar 2016 16:23:45 +0000 /?p=5161 Gwiazda “Słonecznego patrolu” próbuje całkiem odważnie przedefiniować swoją karierę filmową. Możliwe, że to nowa moda – w ubiegłym roku Arnold Schwarzenegger zagrał w offowym filmie Maggie, niecodziennej mieszance dramatu psychologicznego i horroru zombie. Teraz o podobny myk pokusiła się Pamela Anderson w nowym krótkometrażowym filmie reżysera Luke’a Gilforda. Aktorka wcieliła się w rolę instruktorki fitness, która przeżywa kryzys […]

The post “Connected” – krótkometrażowy film Sci-Fi (Pamela Anderson, Jane Fonda) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Gwiazda “Słonecznego patrolu” próbuje całkiem odważnie przedefiniować swoją karierę filmową.

Możliwe, że to nowa moda – w ubiegłym roku Arnold Schwarzenegger zagrał w offowym filmie Maggie, niecodziennej mieszance dramatu psychologicznego i horroru zombie.

Connected, Pamela Anderson

Teraz o podobny myk pokusiła się Pamela Anderson w nowym krótkometrażowym filmie reżysera Luke’a Gilforda. Aktorka wcieliła się w rolę instruktorki fitness, która przeżywa kryzys średniego wieku – nałogowo wsłuchuje się w audycje trenerki rozwoju osobistego (Jane Fonda), a w końcu próbuje uciec ze stechnologizowanego społeczeństwa do new age’owej komuny.

Czy z powodzeniem? A no zobaczmy…

zdjęcia: materiały promocyjne filmu

The post “Connected” – krótkometrażowy film Sci-Fi (Pamela Anderson, Jane Fonda) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : „Mroczny rycerz powstaje” /2012/07/24/recenzja-mroczny-rycerz-powstaje/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-mroczny-rycerz-powstaje Tue, 24 Jul 2012 08:09:07 +0000 /?p=3984 Trzecia odsłona trylogii Christophera Nolana to widowisko z podwójnym dreszczykiem. Równolegle ze zmaganiami Bruce’a Wayne’a, który po latach życia na uboczu ponownie uczy się zakładać czarną pelerynę, śledzimy także pojedynek reżysera z oszałamiającym sukcesem poprzednich części. Ale czy można wygrać z własnym cieniem? W kilka lat po zniknięciu Batmana miasto Gotham żyje w słodkiej sielance, […]

The post Recenzja : „Mroczny rycerz powstaje” first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Trzecia odsłona trylogii Christophera Nolana to widowisko z podwójnym dreszczykiem. Równolegle ze zmaganiami Bruce’a Wayne’a, który po latach życia na uboczu ponownie uczy się zakładać czarną pelerynę, śledzimy także pojedynek reżysera z oszałamiającym sukcesem poprzednich części. Ale czy można wygrać z własnym cieniem?

W kilka lat po zniknięciu Batmana miasto Gotham żyje w słodkiej sielance, a jego policja zajmuje się banalnymi przestępstwami. Kiedy na scenę wkracza gang Bane’a (w tej roli rewelacyjny Tom Hardy), Bruce Wayne postanawia pomóc rozleniwionym pożeraczom pączków. Problem w tym, że oprócz komisarza Gordona i młodego, idealistycznego policjanta Johna Blake’a wszyscy uważają go za mordercę i zło wcielone. Bane triumfuje i zgniata Batmana jak karalucha. Mroczny Rycerz traci stopniowo wsparcie, majątek, cały swój arsenał, a w końcu także wolność oraz zdrowie. I tu zaczyna się impreza.

Ponieważ Nolan już wcześniej ogłosił, że po tym filmie powrotów nie będzie, mógł sobie pozwolić na luksus wytoczenia najcięższych dział. Tym razem z czarnymi charakterami nie ma żartów, tym razem nikt nie bawi się w finezyjne gierki, tym razem zagrożone jest życie nie kilkuset ludzi, ale istnienie całego Gotham. Obserwujemy bolesny powrót legendy, odkrywamy ostatnie fragmenty uzupełniające mozaikę batmanowskiej mitologii, śledzimy osobiste dramaty i transformacje głównych bohaterów.

Zarówno producenci, fani, jak i sam Nolan – wszyscy wiedzieli, że w zwieńczeniu batmanowskiej sagi trzeba pójść na całość. A wiadomo, że w desperackim ataku łatwo odsłonić swoje słabe miejsca. Okazuje się, że dla Nolana piętą Achillesa jest kulminacja napięcia – podczas gdy świetnie wychodzi mu budowanie atmosfery i piętrzenie dramatów o epickich rozmiarach, to ostatni sztych zawsze wychodzi trochę bokiem. Tak, jakby reżyser w ostatniej chwili przypomniał sobie o swoich offowych korzeniach i zrobiło mu się wstyd, że kręci rozbuchany przebój kasowy. Monstrualni antagoniści znikają jakby mimochodem, straszliwe zagrożenia przemijają.

Nolan czasem traci oddech, czasem przedobrzy w dobarwianiu historii, osłabiając pobocznymi wątkami główną linię fabuły. Na szczęście w pozostałych dyscyplinach uzyskuje pełną ilość punktów. Akcję napędzają zaskakujące zwroty fabuły, niebanalne stosunki między głównymi postaciami, bezbłędnie dobrani aktorzy. Po mdłej Maggie Gyllenhaal z „Mrocznego Rycerza” mamy teraz do czynienia z dwoma wyrazistymi kobiecymi postaciami. Podejrzewam, że Marion Cotillard i Anne Hathaway mogłyby tylko stać i wachlować rzęsami, a i tak ociekałyby charyzmą. Niestety nawet one w połączeniu ze zwierzęcą brutalnością Bane’a nie zastąpiły luki po Jokerze Heatha Ledgera.

Nolan pokornie poddał się konwencji hollywoodzkiego blockbustera – setki ludzi giną bez przelania jedynej kropli krwi, ostatnie sceny otwierają pole dla dalszych kontynuatorów batmanowskiej franczyzy, widzowie muszą przymknąć oko na drobne skróty myślowe i błędy logiczne (po 30 dniach niewoli policjanci wychodzą na powierzchnię ziemi ogoleni i wyczesani jak jurorzy reality show).

Batmanowska trylogia Christophera Nolana odmieniła twarz kina dla mas. Reżyser dowiódł, że publiczność nie zawsze zadowoli się widowiskiem w stylu Michaela Baya – rewią wybuchów w zwolnionym ujęciu i galerią karykaturalnych, szablonowych postaci. W ramach tego gatunku „The Dark Knight Rising” jest majstersztykiem, którego nieliczne potknięcia uwypukla jedynie fakt, że musiał on stoczyć nierówną walkę z fenomenalnymi poprzednikami.

The post Recenzja : „Mroczny rycerz powstaje” first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Melancholia /2011/12/01/recenzja-melancholia/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-melancholia /2011/12/01/recenzja-melancholia/#comments Thu, 01 Dec 2011 09:03:28 +0000 /?p=3730 Reż. Lans von Trier, USA 2011   Lars kontynuuje serię swoich pokręconych wersji klasycznych hollywoodzkich schematów. Rozmyta rzeczywistość, panoptikum skrzywionych postaci, koniec świata. Relaksujący filmik na sobotnie popołudnie. Von Trier eksploatuje kolejny gatunek – po romansie („Przełamując fale”), musicalu („Tańcząc w ciemnościach”), komedii („Szef wszystkich szefów”) i pornohorrorze („Antychryst” – patrz recenzja) tym razem postanowił […]

The post Recenzja : Melancholia first appeared on Darek Jedzok.

]]>

Reż. Lans von Trier, USA 2011

 

Lars kontynuuje serię swoich pokręconych wersji klasycznych hollywoodzkich schematów. Rozmyta rzeczywistość, panoptikum skrzywionych postaci, koniec świata. Relaksujący filmik na sobotnie popołudnie.

Von Trier eksploatuje kolejny gatunek – po romansie („Przełamując fale”), musicalu („Tańcząc w ciemnościach”), komedii („Szef wszystkich szefów”) i pornohorrorze („Antychryst” – patrz recenzja) tym razem postanowił wziąć na warsztat film katastroficzny.

Skrót fabuły. Część pierwsza. Justine (Kirsten Dunst) przyjeżdża na własne wesele, przygotowane w pocie czoła przez siostrę i szwagra w ich luksusowym zamku. Z biegiem czasu okazuje się, że Justine cierpi na poważne problemy emocjonalne, zachowuje się destrukcyjnie i świadomie lub nieświadomie dąży do zduszenia w zarodku nie tylko świeżego małżeństwa, ale też odpędzenia każdej istoty, która stara jej się pomóc. W końcu dokonuje dzieła zniszczenia, pozostaje w ogromnym domu sama z siostrą i jej rodziną.

Część druga. W opustoszałym zamku Claire (Charlotte Rampling) opiekuje się swoją chorą psychicznie siostrą. Jej mąż (Kiefer Sutherland) i syn z fascynacją śledzą wiadomości prasowe o olbrzymiej planecie, Melancholii, która przemieszcza się powoli w stronę Ziemi. Zbliżającej się planecie towarzyszą dziwne zjawiska atmosferyczne, nadzieję powoli zastępuje panika i trwoga. Otwiera się przestrzeń do pojednania i wyciągania brudów, perspektywa zagłady odkrywa prawdziwe ludzkie charaktery.

W odróżnieniu od wielowarstwowego, wulgarnego i dogłębnie niepokojącego „Antychrysta” tym razem Lars odrobinę przyhamował. Film można „czytać” na dwa sposoby – po pierwsze jako zwykłą, chronologiczną sekwencję wydarzeń, prowadzącą od ślubu poprzez rozkwit szaleństwa aż po zagrożenie strasznym kataklizmem.

Bardziej intrygujący jest jednak drugi sposób – reżyser wplótł w film wiele wskazówek, które mają przekonać widza o tym, że cała druga część stanowi fantastyczną paralelę, odbicie rzeczywistości oglądanej przez półobłąkaną Justine. Jedną z bardziej subtelnych wskazówek może być fakt, że podczas gdy w całej pierwszej części kilkukrotnie wspominane jest pole golfowe z osiemnastoma dołkami, w części drugiej nagle pojawia się dołek dziewiętnasty.

Von Trier na szczęście nie sięgnął ponownie po tanie zagrywki, nie znęca się nad swoimi postaciami i nad widzem. Jedynym echem jego zmanierowania obecnego w kilku wcześniejszych filmach są zwolnione, przeestetyzowane ujęcia. Film stoi mocno na nogach – na niebanalnym scenariuszu z błyskotliwymi dialogami, świetnej gradacji atmosfery w drugiej części oraz na bardzo solidnej grze aktorskiej trójki głównych bohaterów oraz sfory wyśmienitych aktorów drugoplanowych (Udo Kier, Stellan Skarsgård, John Hurt). Niesamowite wrażenie sprawia narastający, odległy grzmot zbliżającej się planety, obecny przez większą część drugiej połowy filmu.

„Melancholia” to – w tym wypadku nie zawaham się użyć tego określenia – dzieło  niepokorne i niegrzeczne. Lars von Trier na szczęście nadal nie tetryczeje, nadal potrafi dokuczyć i zaskoczyć swojego widza. I co ważne – nadal czyni to w wyrafinowany, elokwentny sposób. Niech żyje nam.

The post Recenzja : Melancholia first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/12/01/recenzja-melancholia/feed/ 2
Recenzja : Jane Eyre /2011/11/25/recenzja-jane-eyre/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-jane-eyre /2011/11/25/recenzja-jane-eyre/#respond Fri, 25 Nov 2011 13:24:56 +0000 /?p=3693 Reż.:Cary Fukunaga, USA/GB 2011 Jeszcze kilka miesięcy temu założyłbym się o dowolną kwotę, że raczej nie rzuci mnie na kolana adaptacja dziewiętnastowiecznego romansidła. Teraz wiem, że byłyby to sromotnie zmarnowane pieniądze. Hello, Jane. Cary Fukunaga, reżyser ze słonecznej Kalifornii, zwrócił na siebie uwagę dwa lata temu – jego film p.t. „Sin Nombre” o trudnym życiu […]

The post Recenzja : Jane Eyre first appeared on Darek Jedzok.

]]>

Reż.:Cary Fukunaga, USA/GB 2011

Jeszcze kilka miesięcy temu założyłbym się o dowolną kwotę, że raczej nie rzuci mnie na kolana adaptacja dziewiętnastowiecznego romansidła. Teraz wiem, że byłyby to sromotnie zmarnowane pieniądze. Hello, Jane.

Cary Fukunaga, reżyser ze słonecznej Kalifornii, zwrócił na siebie uwagę dwa lata temu – jego film p.t. „Sin Nombre” o trudnym życiu południowoamerykańskiej biedoty narobił niezłego szumu na kilku festiwalach. Przeskok do wiktoriańskiej Anglii oznaczał więc lekką zmianę klimatu i wyzwanie dla młodego talentu. Fukunaga pokonał jednak tę przeszkodę bez zadyszki – powstał film prosty i wysmakowany, piękny zarówno pod względem czysto technicznym, jak i formalnym.

W „Jane Eyre” (rok wydania 1847) rozczytywały się już niektóre nasze prababcie. Książka była na pierwszy rzut oka klasycznym okazem dziewiętnastowiecznego romansu, operującego szablonami sierot, surowych nauczycieli, szczerych, nieskalanych kobiet i demonicznych amantów, mezaliansów, rozłąk i spotkań. Taki kierunek wyznaczyła Jane Austen – i taki szablon naruszyła w swojej powieści Charlotte Brontë. Postać Jane Eyre jest dzisiaj uważana za jeden z pierwszych obrazów kobiety nowoczesnej, emancypującej się, świadomej swoich praw, zdolności i możliwości. Film świetnie to obrazuje, nie wpadając ani razu w klimaty feministycznej agitacji.

Żywe postacie przeżywają swoje dramaty we wspaniale dopieszczonych sceneriach. Angielskie wrzosowiska, mgły w sadach, surowa elegancja epoki wiktoriańskiej – kamera układa ujęcia jak obrazy w zielono-brązowej tonacji.  Serce i oko polskiego patrioty ucieszy tytułowa rola Mii Wasikowskiej.

I tak oto oczekiwana nuda zmieniła się w film aspirujący do tegorocznej listy TOP10. Lubię być zaskakiwany – i przykro mi, że okradłem was o tę przyjemność, pisząc tak pozytywną recenzję. Przeżyjecie. Idźcie do kina.

The post Recenzja : Jane Eyre first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/11/25/recenzja-jane-eyre/feed/ 0
CANADA /2011/10/31/canada/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=canada Mon, 31 Oct 2011 09:00:02 +0000 /?p=3655 Raz na jakiś czas z lawiny internetowych zjadaczy czasu wypadnie na mnie nieoszlifowany diament. W taki oto przypadkowy sposób zapoznałem się z twórczością hiszpańskiej ekipy CANADA, jednej z najbardziej obiecujących formacji reżyserskich; ludzi, którzy w erze skundlonych popowych teledysków wierzą w magię i moc kina oraz sztuki.   CANADA została założona w Barcelonie zaledwie trzy […]

The post CANADA first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Raz na jakiś czas z lawiny internetowych zjadaczy czasu wypadnie na mnie nieoszlifowany diament. W taki oto przypadkowy sposób zapoznałem się z twórczością hiszpańskiej ekipy CANADA, jednej z najbardziej obiecujących formacji reżyserskich; ludzi, którzy w erze skundlonych popowych teledysków wierzą w magię i moc kina oraz sztuki.  

CANADA została założona w Barcelonie zaledwie trzy lata temu i od tego czasu zdążyła już narobić niezłego szumu. Grupa przyjaciół w swojej twórczości nie boi się eksperymentować z nowoczesnymi technikami lub odkrywać na nowo stare zabiegi wizualne, całkowicie otwarcie inspirując się największymi nazwiskami europejskiego kina XX wieku. Teledyski CANADY są kontrowersyjne, surrealistyczne, często prawie obsceniczne, nigdy jednak nie ocierają się o wulgarność.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy kariera młodej ekipy nabiera rozpędu – jest rozchwytywana przez coraz więcej znanych formacji alternatywnej sceny rockowej, z rosnącym budżetem może też sobie pozwolić na coraz większe ekscesy.

Na początku roku przedstawiła swój największy dotychczasowy wyczyn. Fenomenalny klip do utworu „Invisible Light” grupy Scissors Sisters to psychodeliczna jazda oparta na cytatach z dzieł Antonioniego, Jodorowskyego i Buňuela, a nawet z „L’enfer“, nigdy nie dokończonego eksperymentu filmowego Henri-Georgesa Clouzota. Koronkowa robota, wspaniała praca z montażem i kamerą.

W kilka tygodni później ukazały się teledyski do singli kapel Two Door Cinema Club, Vaccines oraz Battles. Dwuznaczne, prowokacyjne klipy pełne chaotycznych sekwencji, przypadkowo wmontowanych ujęć i niejasnych symboli z pewnością będą przyczyną niejednej nieprzespanej nocy cenzorów telewizyjnych. I bardzo dobrze. Jeżeli już trzeba walczyć z płycizną dominującą na stacjach muzycznych, to dlaczego nie zaatakować je ich własną bronią? Trzymajmy kciuki katalońskim partyzantom.

Wszystkie dotychczasowe nagrania ekipy (teledyski, reklamy, trailery) znajdują się na stronie https://vimeo.com/lawebdecanada/videos

 

The post CANADA first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja: Drzewo życia /2011/10/14/recenzja-drzewo-zycia/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-drzewo-zycia /2011/10/14/recenzja-drzewo-zycia/#respond Fri, 14 Oct 2011 07:23:02 +0000 /?p=3615 Reż. Terrence Malick, USA 2011 Filmowy fresk czy przeintelektualizowany onanizm? Terrence Malick zmieścił w jednym filmie Boga i dinozaury, głęboką rozpacz i bezbrzeżną radość. Jeden z najtrudniejszych, ale też najbardziej wyrafinowanych filmów tego roku. Malick zawsze kręcił filmy dla siebie – filmy refleksyjne, powolne, liryczne, urzekające obrazem i dźwiękiem, ignorujące hollywoodzkie schematy zawiązywania akcji i […]

The post Recenzja: Drzewo życia first appeared on Darek Jedzok.

]]>

Reż. Terrence Malick, USA 2011

Filmowy fresk czy przeintelektualizowany onanizm? Terrence Malick zmieścił w jednym filmie Boga i dinozaury, głęboką rozpacz i bezbrzeżną radość. Jeden z najtrudniejszych, ale też najbardziej wyrafinowanych filmów tego roku.

Malick zawsze kręcił filmy dla siebie – filmy refleksyjne, powolne, liryczne, urzekające obrazem i dźwiękiem, ignorujące hollywoodzkie schematy zawiązywania akcji i kulminacji dramatycznej. Dlatego też tworzył z tak ogromnymi przerwami i – pomimo egzaltowanych okrzyków zachwytu wśród krytyków filmowych – oprócz „Cienkiej czerwonej linii” rzadko które jego dzieło trafiło do szerszej publiczności. Wyobrażacie więc sobie, jak może wyglądać film, który taki twórca od początku uważa za dzieło swego życia – jeszcze przed seansem można się domyślić, że będzie on bezkompromisowy i dopieszczony w najdrobniejszym szczególe. No i lekko sztywnawy, jak każde pompatyczne arcydzieło.

 

W uproszczeniu można powiedzieć, że „Drzewo życia” to opowieść o śmierci dziecka. O tym dowiadujemy się w pierwszych minutach, reszta filmu to powolna rekonstrukcja narodzin, dzieciństwa i dojrzewania trzech braci. Głównym bohaterem jest dorosły już mężczyzna (Sean Penn), który wspomina nie tylko chwile przeżyte z dobrodusznym młodszym bratem pod łagodnym okiem anielsko dobrotliwej matki, ale też mozolną drogę do surowego, wręcz despotycznego ojca (Brad Pitt).

 

Film urzeka (albo nudzi) detalami – drobnymi smaczkami i okruchami wspomnień z domu rodzinnego, ogrodu, placu zabaw, łąki, szczeniackich ekspedycji. Ale też typowo dziecięcej arogancji, buntu i okrucieństwa. Freud zaciera ręce.

To jednak zdecydowanie nie wszystko. Film przeplatają długie wycieczki w metafory i impresje, nad którymi króluje wspaniała, kilkunastominutowa sekwencja powstania życia na ziemi, stanowiąca uwerturę do narodzin drugiego dziecka rodziny.

 

Trudno ocenić ten obraz przy użyciu standardowych narzędzi, opisując sucho fabułę i opracowanie techniczne. Jak już wspominałem – bez żadnej przesady chodzi o dzieło życia, pierwsze szkice filmu powstawały już w 1978 (!) roku. Chociaż jednak film jest trudny, bynajmniej nie operuje tak skomplikowanymi i trudnymi do zrozumienia strukturami, jak filmowe monumenty innych reżyserów – „Odysea kosmiczna 2001” Kubricka, „Zwierciadło” Tarkowskiego lub „Persona” Bergmana. Malick jest bardziej mistykiem, niż surrealistą, bardziej niż do mrocznej podświadomości sięga do uniwersalnych obrazów judeo-chrześcijańskiej kultury.

 

Tak, najnowszy film można potraktować jako wyznanie wiary. Barokowy, rozgałęziony opus. To jednak mogłoby być dość krzywdzące spojrzenie, ponieważ Malick zawsze może skorzystać z tylnej furtki – obrazy i słowa wypowiadane są przez postaci, to ich widzenie świata, ich nadzieje. Płonne czy nie, tego nie trzeba, a nawet nie należy oceniać.

Nawet jednak gdyby okazało się, że film jest w gruncie rzeczy przyciężkawą religijną agitką, nie zmienia to nic na fakcie, że jest wprost wzruszająco piękny – w najczystszym, estetycznym znaczeniu. Urzekającą pracę z obrazem, przypominającą nieraz słynny dokument „Baraka”, uzupełnia śmietanka dzieł muzyki klasycznej.

 

Nie chodzi przy tym o tysiąckroć przemielony klasyczny pop w stylu „Czterech pór roku” Vivaldiego czy też „Kanonu” Pachelbela. Ścieżkę dźwiękową tworzą utwory Góreckiego, Tavenera i Smetany, scenę powstania świata ilustruje czarująca „Lacrimosa” Preisnera.

trailer (reload page if not visible):

„Drzewo życia” to dzieło trudne, ale wysmakowane – wymagające dużej uwagi, ale potrafiące odwdzięczyć się z nawiązką. Zdecydowanie polecam porzucić przed seansem oczekiwania tradycyjnie opowiadanej historii, ale raczej potraktować film jako spotkanie z artystą, spotkanie pełne audiowizualnych doznań. Żywię cichą nadzieję, że to właśnie dla takich obrazów wymyślona została kamera filmowa.

The post Recenzja: Drzewo życia first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/10/14/recenzja-drzewo-zycia/feed/ 0
Recenzja : 127 godzin /2011/03/23/recenzja-127-godzin/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-127-godzin /2011/03/23/recenzja-127-godzin/#respond Wed, 23 Mar 2011 10:56:40 +0000 /?p=3147 (reż. Danny Boyle, USA/GB, 2010) Wesołe przygody młodego globtrotera, czyli ręka, noga, mózg na skale. Aaron Ralston był beztroskim, pozytywnie zakręconym miłośnikiem adrenaliny. Przynajmniej do czasu, kiedy w 2003 roku wpadł w wąwóz skalny, a spadający głaz przybił mu do skały prawą rękę. W tym momencie zaczęła się jego dramatyczna walka o przetrwanie, z epizodami […]

The post Recenzja : 127 godzin first appeared on Darek Jedzok.

]]>
(reż. Danny Boyle, USA/GB, 2010)

Wesołe przygody młodego globtrotera, czyli ręka, noga, mózg na skale.

Aaron Ralston był beztroskim, pozytywnie zakręconym miłośnikiem adrenaliny. Przynajmniej do czasu, kiedy w 2003 roku wpadł w wąwóz skalny, a spadający głaz przybił mu do skały prawą rękę. W tym momencie zaczęła się jego dramatyczna walka o przetrwanie, z epizodami halucynacji, bólu, pragnienia, a w końcu zabiegu chirurgicznego pod gołym niebem, dokonanym przy pomocy scyzoryka za kilka dolarów.

Danny Boyle („Trainspotting”, „Slumdog. Milioner z ulicy”) dwoi się i troi, aby obronić etykietkę „cool-reżysera”. Dziki montaż, świetna reżyseria muzyczna, split-screen i swobodne mieszanie różnych stylów wciąga i intryguje. Chociaż niektórzy widzowie byli rozczarowani godzinnym obserwowaniem faceta przygwożdżonego w jakiejś dziurze, myślę, że Boyle po męsku poradził sobie z takim wyzwaniem.

Nie mówiąc już o tym, że „normalny” hollywoodzki reżyser pewnie w chwilach cierpienia bohatera pokazywałby błękit nieba lub przelatujące ptaki, zamiast zbliżeń na zmiażdżoną prawicę.

Po niekończących się sekwencjach paniki i obłędu następuje scena wyzwolenia (przy której podobno zemdlało się kilku ludziom), i długo oczekiwane katharsis, ratunek, happy end i krótkie spotkanie z rzeczywistym bohaterem.

Właśnie dlatego myślę, że warto obejrzeć tę produkcję do końca – dzięki ostatnim 20 minutom film podnosi się ponad przeciętność. Wyzwala mocny ładunek energii i inspiracji, nie popadając w tani banał. A to w dzisiejszych czasach nie lada osiągnięcie.

P.S.

Warto wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Wprawdzie generalnie nie lubię pójścia na łatwiznę i sklejania soundtracka z przebojów radiowych, ale Danny ma z reguły szczęśliwą rękę przy wyborze.

The post Recenzja : 127 godzin first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/03/23/recenzja-127-godzin/feed/ 0
KINO 2010 /2011/03/03/kino-2010/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=kino-2010 /2011/03/03/kino-2010/#respond Thu, 03 Mar 2011 10:16:44 +0000 /?p=3106 Dla przypomnienia mały remanent ubiegłego roku. Subiektywna lista najciekawszych zagranicznych filmów, które należy obejrzeć przed zagłębieniem się w nowych produkcjach oraz niemniej subiektywny spis dziesięciu perfidnych złodziei czasu i pieniędzy. 10 wspaniałych Autor Widmo (Ghost Writer) – więzienie najwyraźniej bardzo służy Romanowi Polańskiemu. Miejmy więc nadzieję, że niebawem wyskoczą z oskarżeniami kolejne napastowane nastolatki. Hunger […]

The post KINO 2010 first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Dla przypomnienia mały remanent ubiegłego roku. Subiektywna lista najciekawszych zagranicznych filmów, które należy obejrzeć przed zagłębieniem się w nowych produkcjach oraz niemniej subiektywny spis dziesięciu perfidnych złodziei czasu i pieniędzy.

10 wspaniałych



Autor Widmo (Ghost Writer) – więzienie najwyraźniej bardzo służy Romanowi Polańskiemu. Miejmy więc nadzieję, że niebawem wyskoczą z oskarżeniami kolejne napastowane nastolatki.


Hunger (Głód) – strajk głodowy w irlandzkim więzieniu w latach 70tych. Autentyczna, wstrząsająca historia totalnej determinacji. Film ostry jak brzytwa.


Prorok (Un prophéte) – więzienie po raz drugi. Tym razem z domieszką historii mafijnych. „Goodfellas” po francusku.


Sekret jej oczu (El secreto de sus ojos) – fascynujący argentyński thriller w retro klimacie. Poetycka, tajemnicza atmosfera. Pachnie Cortázarem.


Czarny Łabędź (Black Swan) – wielowarstwowa historia o bezkompromisowej rywalizacji na deskach nowojorskiego baletu. Dramat? Kryminał? Horror? Aronofsky.


Scott Pilgrim kontra świat – granat naładowany popkulturową miazgą.


Valhalla Rising – medytacyjne, minimalistyczne kino czy pozerska orgia audiowizualna? Surowa, epicka opowieść o długiej podróży skandynawskiego wojownika, w roli głównej genialny Mads Mikkelsen.


Incepcja – Christopher Nolan zstępuje na czwarty poziom snu w pompatycznym, subtelnie skonstruowanym kinie akcji.


Poważny człowiek (A Serious Man) – wspaniała, zabawna, introwertyczna „nuda” braci Coenów.


The Social Network – bo Fincher, bo Trent Reznor.

*

10 frajerów


Pirania 3D – technologia 3D jest droga. Dlatego kilka ujęć puszki lecącej do kamery okupionych jest oszczędnościami w obsadzie, scenariuszu, operatorze kamery, efektach specjalnych, kostiumach i napisach końcowych. Czy warto?


A-Team – tylko dla naprawdę zdeterminowanych i wygłodzonych fanów serialu.


Piła 3D – Straszny film. Niestety nie w zamierzonym sensie. Kolejny, głupi klon lipnego  oryginału.


Paranormal Activity 2 – cóż może być gorszego od taniego, durnego horroru? Sequel taniego, durnego horroru!


Salt – Angelina Jolie w śnie szalonego scenarzysty. Dla tych, którzy lubią spędzać półtorej godziny powtarzając mantrę „WTF”?


Niezniszczalni – Stallone, Rourke, Willis, Lundgren. Kino akcji po kastracji, czyli dom spokojnej starości rusza do walki o utrzymanie pokoju na świecie i moczu w pęcherzu.


Kick Ass – zabawa z ikonami kultury popularnej inaczej, czyli brzydka, nierozgarnięta siostra Scotta Pilgrima.


Seks w wielkim mieście 2 – badania dowodzą, że samo obejrzenie napisów ma podobnie negatywny wpływ na działanie mózgu, jak wypicie dwóch butelek lakieru do paznokci.


Machete – godny zastępca Quentina, który miał w tym roku pauzę i nie mógł posilić mojej listy. Meksykańska lobotomia, efekt drastycznego przedawkowania tequili, protoplasta nowego stylu „burrito western”.

The post KINO 2010 first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/03/03/kino-2010/feed/ 0
Recenzja : Scott Pilgrim kontra świat /2010/11/21/recenzja-scott-pilgrim-kontra-swiat/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-scott-pilgrim-kontra-swiat /2010/11/21/recenzja-scott-pilgrim-kontra-swiat/#respond Sun, 21 Nov 2010 11:40:41 +0000 /?p=2881  reż. Edgar Wright, USA 2010 Są filmy przeznaczone dla wąskiej publiczności. Niektórzy mdleją przy nich z rozkoszy, inni prychają z obrzydzeniem. Jeżeli nigdy nie słyszałeś/-łaś takich słów jak „geek”, „pac man”, „zelda”, „combo” lub „score”, nie czytaj dalej. Po co cierpieć? Fani komiksów, starych gier wideo, retro koszulek i garażowego rocka będą zachwyceni. Scott […]

The post Recenzja : Scott Pilgrim kontra świat first appeared on Darek Jedzok.

]]>
 reż. Edgar Wright, USA 2010

Są filmy przeznaczone dla wąskiej publiczności. Niektórzy mdleją przy nich z rozkoszy, inni prychają z obrzydzeniem. Jeżeli nigdy nie słyszałeś/-łaś takich słów jak „geek”, „pac man”, „zelda”, „combo” lub „score”, nie czytaj dalej. Po co cierpieć? Fani komiksów, starych gier wideo, retro koszulek i garażowego rocka będą zachwyceni.

Scott Pilgrim to pierwszy amerykański projekt Brytyjczyka Edgara Wrighta, który zasłynął już wcześniej dzięki swoim udanym parodiom gatunku „zombie horror” („Shaun Of The Dead”) i kina akcji („Hot Fuzz”). Wright to twórca bystry i dowcipny, filmowiec o rzadkiej zdolności stworzenia komedii, będącej w równej części hołdem dla ikon kultury masowej, jak ich parodią. Jednym słowem …

Takie filmy kręciłby Tarantino, gdyby skończył filmówkę i przeczytał więcej książek

Jego najnowszy film to zarówno trybut i pastisz całej zachodniej kultury multimedialnej z domieszkami japońskiej mangi i indyjskiego Bollywood. Wright odrzucił tutaj wszelkie ograniczenia i hamulce, uderzając w widza tak bezkompromisowo i z takim impetem, że można dostać zawrotu głowy.

Fabuła prosta i głupiutka – Scott Pilgrim to sympatyczny ciamajda, który lubi komputery i komiksy, gra w kiepskiej kapeli i pewnego dnia zakochuje się w demonicznej Ramonie. Gdy jednak uda mu się do niej zbliżyć, dowiaduje się, że najpierw musi pokonać siedmiu byłych chłopaków Ramony – czeka go seria pompatycznych pojedynków na śmierć i życie. No i zaczyna się.

Film to wodospad cytatów, zapożyczeń, znaczków graficznych i dźwiękowych, kalejdoskop filmów, muzyki, gier komputerowych, komiksów, seriali i reklam. Nie ma ani chwili na oddech, każde słowo i zdanie jest dowcipem lub kopniakiem do przodu, film przez cały czas gna jak na sterydach – humor jest obciachowy i groteskowy, sceny akcji nakręcone z rozmachem intergalaktycznych starć, postacie komiksowo przejaskrawione.

Do tego muzyka w wykonaniu dużych nazwisk amerykańskiego rocka niezależnego (Scott i jego amatorska kapela śpiewają piosnki Becka i Broken Social Scene), efekty dźwiękowe z 8-bitowych gier i setki drobnych pomysłów, perełek audiowizualnych wplecionych praktycznie w każdą scenę. Duszki z tekstami, monety wysypujące się z pokonanego przeciwnika, superweganin o nadludzkiej mocy mającej źródło w piciu mleka sojowego.

Edgar Wright ma wprost nadludzką fantazję. Pytanie, czy nie marnuje jej troszeczkę, kręcąc głupiutkie filmidła dla dzieciarni i fanatyków retro. Proponuję jednak zadać to pytanie przy kolejnym filmie – tutaj wystarczy usiąść i obserwować.

Round one. Prepare to fight.

The post Recenzja : Scott Pilgrim kontra świat first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2010/11/21/recenzja-scott-pilgrim-kontra-swiat/feed/ 0
Recenzja – Mr Nobody (2009) /2010/08/07/recenzja-mr-nobody/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-mr-nobody /2010/08/07/recenzja-mr-nobody/#respond Sat, 07 Aug 2010 12:55:44 +0000 /?p=2639 Jaco Van Dormael, wschodząca gwiazda belgijskiego kina, przedstawia swój pierwszy amerykański projekt. I czyni to z niebywałym rozmachem. W trakcie oglądania filmu przeskakujemy niezliczoną ilość razy między dekadami życia studwudziestoletniego staruszka, ostatniego śmiertelnego człowieka na Ziemi. Ponieważ mózg starca powoli wypowiada posłuszeństwo, widz obserwuje kilka sprzecznych z sobą historii, wersji życia – zdobytych i utraconych […]

The post Recenzja – Mr Nobody (2009) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Jaco Van Dormael, wschodząca gwiazda belgijskiego kina, przedstawia swój pierwszy amerykański projekt. I czyni to z niebywałym rozmachem. W trakcie oglądania filmu przeskakujemy niezliczoną ilość razy między dekadami życia studwudziestoletniego staruszka, ostatniego śmiertelnego człowieka na Ziemi.

Ponieważ mózg starca powoli wypowiada posłuszeństwo, widz obserwuje kilka sprzecznych z sobą historii, wersji życia – zdobytych i utraconych miłości i okazji, wychowanych i nienarodzonych dzieci, wielkich zwycięstw i sromotnych przegranych.

CAN/BE/FR/DE, 2009

reż. Jaco van Dormael

Film zdecydowanie nie jest łatwy w odbiorze, chociaż najprostszą receptą na jego „czytanie” jest po prostu zanurzenie się w mniej lub bardziej melodramatycznych odłamkach wydarzeń, które potrafią być naprawdę wzruszające.

Tutaj właśnie kieruję największy zarzut wobec tego dzieła – ambitny pomysł niebezpiecznie lawiruje na granicy łzawego kiczu. Zwłaszcza w chwilach, kiedy ckliwe sceny oplata ścieżka dźwiękowa składająca się ze znanych hiciorów. Na szczęście można się od tego oderwać, dać się unieść fascynującej zabawie w „co by było, gdyby …”, w którą zresztą często bawimy się w naszym prawdziwym życiu.

Van Dormael stworzył kompleksową, wielowarstwową historię, kalejdoskop wydarzeń, wspomnień i obrazów, nad którymi niestety przestaje czasem panować. Nie zawsze pomaga tutaj widoczna fascynacja twórczością Aronofsky’ego i Finchera (uważny widz z pewnością dostrzeże liczne kalki z Requiem dla snu, Żródła czy Podziemnego kręgu).

Pomimo tych mankamentów z pewnością warto obejrzeć ten film chociażby z uwagi na dawkę inwencji i odwagi, które dosłownie biją z każdej klatki. W tym roku chyba nie zobaczymy już w naszych kinach nic bardziej oryginalnego.

The post Recenzja – Mr Nobody (2009) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2010/08/07/recenzja-mr-nobody/feed/ 0