recenzja filmowa - Darek Jedzok / blog & archiwum Mon, 02 May 2016 05:43:24 +0000 en-US hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Kinowa Kaszanka 2012 /2013/02/07/kinowa-kaszanka-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=kinowa-kaszanka-2012 Thu, 07 Feb 2013 11:02:48 +0000 /?p=4155 …. czyli 10 filmowych wpadek ubiegłego roku * Battleship/Bitwa o Ziemię : czyli Battlesh*t/Bitwa o “że mnie świnia podkusiła chodzić na tak oczywiste chały”. Potężne, mordercze koziołki z kosmosu przybywają na naszą planetę, aby … biegać po korytarzach łodzi lotniskowych i pozwalać się długo i powoli zabijać nieudolnym Ziemianom. Film tak zły, że aż zabawny. […]

The post Kinowa Kaszanka 2012 first appeared on Darek Jedzok.

]]>
…. czyli 10 filmowych wpadek ubiegłego roku

* Battleship/Bitwa o Ziemię : czyli Battlesh*t/Bitwa o “że mnie świnia podkusiła chodzić na tak oczywiste chały”. Potężne, mordercze koziołki z kosmosu przybywają na naszą planetę, aby … biegać po korytarzach łodzi lotniskowych i pozwalać się długo i powoli zabijać nieudolnym Ziemianom. Film tak zły, że aż zabawny.

* The Bay – o ironio! Twórca słynnego „Rainmana” nakręcił horror, który wygląda jak film nakręcony przez autystę. Z zatoki wyłaziły gryzące robaczki, z kina wychodzili znudzeni widzowie.

 

* Resident Evil: Retrybucja – (albo „Rewident Emil”, jak twierdzi autokorekta w moim Wordzie). Kino uczy. Na przykład oglądając najnowszą odsłonę RE po raz kolejny możemy nauczyć się, jak okropnym reżyserem jest Paul W.S. Anderson. Wyobrażam sobie, że Anderson co dwa lata przychodzi do studia, prosi o ciszę i mówi „Mam plan! Spróbujmy tym razem zrobić jeszcze gorszy film, niż poprzednio!” “Oszalałeś!” – krzyczą jedni. „To niemożliwe!” – wołają drudzy. „Oj tam, zaufajcie mi” – mówi Anderson i wszyscy biorą się do roboty.

 

* Paranormal Activity 4 – Producenci tej serii osiągają podobne wyniki jak reżyser Rewidenta Emila, ale myślę, że w ich szaleństwie nie ma już żadnej metody. Przy takim poziomie produkcji nowy dwugodzinny odcinek mógłby powstawać raz w miesiącu. Quo vadis, horrorze?

 

* Mroczne Cienie – Tim Burton w najgorszej formie. Wyobraźcie sobie, że widzicie film dokumentalny o swoim ulubionym sportowcu – najpierw przypominacie sobie jego największe sukcesy, a na końcu widzicie go na wózku inwalidzkim, kurczowo ściskającego w garści stare, wyblakłe medale. Żal, gorycz. Aż chce się odwrócić wzrok. „Mroczne cienie” są jeszcze smutniejsze.

 

* Niezniszczalni 2 – kolejny dowód na to, że zawsze może być gorzej. Tym razem ktoś miał na tyle rozumu, aby nie wpuszczać Sylvestera Stallone na fotel reżyserski, więc Sly wyżył się przynajmniej na scenariuszu. Z każdą minutą oglądania możecie fizycznie poczuć, jak powoli spada wam iloraz inteligencji.

 

* Total Recall – krótki przewodnik dla potencjalnych widzów: jeżeli lubicie starą wersję ze Schwarzeneggerem, nie oglądajcie nowej. Jeżeli jej nie lubicie – ABSOLUTNIE nie oglądajcie nowej. Bieda, brud i bolesny skowyt.

 

* Pirania 3DD – majstersztyk nazewnictwa filmowego. „Pirania” – bo będzie o krwiożerczych rybach. 3D  – bo będzie dużo scen z trójwymiarowymi flaczkami chlapiącymi w obiektyw kamery. DD – bo będzie biegało dużo biuściastych pań topless. Masakra na pływalni dla nudystów. Niebo.

 

* Abraham Lincoln: Łowca wampirów – kolejną lobotomię poproszę. W przygotowaniu : „Caryca Katarzyna jako Carrie”, „Gandhi vs Koszmar z ulicy Wiązów” oraz „Sokrates, Platon i Arystoteles : Ludzka stonoga”.

no i w końcu …

* Cloud Atlas – pompatyczna, pseudointelektualna klapa finansowa, na której producenci stracili 30 milionów dolarów. I dobrze im tak. Naprawdę nie wiem, na co poszło tyle pieniędzy (w sumie ponad 100 milionów), ponieważ śmieszna charakteryzacja i scenografia przypominają raczej tanie, telewizyjne seriale z czasów Xeny Wojowniczki i kanadyjskich produkcji sci-fi. Podobno książka jest lepsza, ale w sumie – cóż nie jest lepsze od tego pokracznego filmidła?

Uważny widz dostrzeże w filmie także czeski akcent – Wodnika z ballady Karla Jaromira Erbena.

The post Kinowa Kaszanka 2012 first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Skyfall /2012/11/12/recenzja-skyfall/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-skyfall /2012/11/12/recenzja-skyfall/#comments Mon, 12 Nov 2012 12:03:54 +0000 /?p=4063 Reż. Sam Mendes, 2012 50. urodziny trzeba odpowiednio uczcić. Dlatego najnowsza odsłona przygód Jamesa Bonda przypomina benefis ku czci znanej osobistości – całość prowadzi doświadczony reżyser, który karmi wiernych fanów licznymi odsyłaczami do starszych filmów. A jak wyszedł z tej imprezy nasz solenizant? Zacznijmy od fabuły. Widzowie wskakują w sam środek akcji, obserwują Bonda biorącego […]

The post Recenzja : Skyfall first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Reż. Sam Mendes, 2012

50. urodziny trzeba odpowiednio uczcić. Dlatego najnowsza odsłona przygód Jamesa Bonda przypomina benefis ku czci znanej osobistości – całość prowadzi doświadczony reżyser, który karmi wiernych fanów licznymi odsyłaczami do starszych filmów. A jak wyszedł z tej imprezy nasz solenizant?

Zacznijmy od fabuły. Widzowie wskakują w sam środek akcji, obserwują Bonda biorącego udział w wirtuozerskim pościgu przez centrum Istambułu. Po kilku minutach dochodzi do wypadku i Bond znika w odmętach rzeki. Podczas gdy w Londynie odbywają się przygotowania do jego pogrzebu, agent prowadzi obskurne życie w chatce przy tureckiej plaży. Z apatii i pijaństwa wyrywa go dopiero wieść o zamachu terrorystycznym na centralę MI6.

Bond wraca i zmuszony jest do ponownego przejścia przez testy sprawnościowe, w których – eufemistycznie mówiąc – nie wychodzi najlepiej. Twarz Craiga od początku była sarkastyczną odpowiedzią na lalusiowatą kreację Brosnana, co w najnowszym filmie dodatkowo uwypuklają zbliżenia kamery. Nieogolona twarz, problemy z alkoholem, stare szramy na ciele i na psychice … to nie jest agent, który po upadku z wysokości trzech pięter prostuje krawat i odchodzi na bal.

Szefowa ukrywa przed Bondem żałosne wyniki jego sprawdzianu i wysyła go do Chin na niebezpieczną misję. Po epizodach w Szanghaju i Makau udaje mu się w końcu wpaść na trop i schwytać organizatora zamachu. Okazuje się jednak, że antagonista (w tej roli trochę zbyt ekspresyjny Javier Bardem w wersji blond) jest o wiele sprytniejszy, niż mogło się wydawać, Bond jest więc zmuszony do wycofania się na górzyste połacie Szkocji, gdzie przygotowuje się do ostatniego starcia.

Więcej zdradzić nie wypada, ponieważ reżyser i producenci wyraźnie poprosili wszystkich recenzentów o nie ujawnianie najważniejszych szczegółów fabuły. Dlatego widzowie przez większość filmu mogą się zastanawiać nad tym, czy „Skyfall” jest kryptonimem operacji a może kodem oznaczającym innego agenta, mogą też poczuć się mile zaskoczeni zakończeniem, które otwiera drzwi do nowej koncepcji przygód Bonda. Zamykam więc klawiaturę na kłódkę, zobaczcie sami. Jak jednak przedstawia się nowy Bond z punktu widzenia warsztatu filmowego?

Krótko mówiąc: jest dobrze, ale mogło być o wiele lepiej. A wszystko dlatego, że producentom zabrakło ikry. W Hollywood kręci się bowiem dwa rodzaje filmów – filmy autorskie i producenckie, z miażdżącą przewagą tych drugich. Reżyserzy ekranizujący własne pomysły są gatunkiem na wymarciu, absolutna większość produkcji zaczyna się od tego, że producent wykupuje prawa na ekranizację, a następnie wybiera ekipę, która zajmie się jej zrealizowaniem. Jeżeli reżyser stwierdzi, że nie pasuje mu koncepcja albo wątek scenariusza, po prostu zostaje zastąpiony kimś bardziej – ehm, ehm – „elastycznym”.

Olbrzymim zwrotem w tym podejściu była zmiana koncepcji filmów o Batmanie. Producenci wykazali się nie lada odwagą i oddali całą moc w ręce Christophera Nolana, który wykuł postać Mrocznego Rycerza na nowo i … odniósł oszałamiający sukces. Od tego czasu wielbiciele ambitnego kina powinni całować grunt, po którym stąpa Nolan, ponieważ dzięki niemu na odwagę zdobyło się wielu producentów dzierżących w ręku prawa do innych serii – głupiutkie, nieszkodliwe filmy przeistoczyły się w porywające dramaty, scenarzyści w końcu zaczęli szkicować wielowymiarowych bohaterów.

Najnowszy Bond mógł pójść właśnie w tym kierunku, ponieważ właściciele praw „kupili” dla tej ekranizacji naprawdę znane nazwisko. Sam Mendes jest reżyserem wybitnym, jego „American Beauty” i „Droga do zatracenia” należą już do kanonu hollywoodzkiej kinematografii. Producenci jednak stchórzyli, nie poszli na całość, oddając Mendesowi wszystko oprócz najważniejszego elementu – scenariusza.

Film obfituje więc w cudownie, precyzyjnie doszlifowane sceny (wspaniały pojedynek w szklanej wieży chińskiego biurowca, rozmowa Bonda z dziewczyną w kasynie), jednak scenariusz raz po raz potyka się o poluzowane sznurówki. Antagonista przez dwadzieścia lat przygotowuje misterny plan zemsty, którego kulminacją jest niezdarna strzelanina w sali sądowej. Ostatnie starcie, epickie i bezkompromisowe, kończy się mdłym i mało intrygującym pojedynkiem, przypominającym marną adaptację Szekspira. Co więc z tego, że reżyserowi przybyli w sukurs jego wierni pomocnicy, że muzyką zajął się znakomity Thomas Newman a za kamerą zasiadł Roger Deakins?

Mimo wszystko nie można tutaj zastosować powiedzonka o kręceniu bata. „Skyfall” to kawał porządnej roboty i całkiem możliwe, że jeszcze kilka lat temu zostałby okrzyknięty arcydziełem kina akcji. Od tego czasu po prostu podniosła się poprzeczka. Na pewno warto zobaczyć ten film – i to na dużym ekranie.

Jest jednak jeden ważniejszy powód, dlaczego nie chcę zbytnio krytykować żadnego filmu z „Craigowskiej” trylogii. Po prostu boję się tego, co będzie dalej. Zakończenie „Skyfall” proponuje powrót do starszych koncepcji serii – a jeżeli ma to oznaczać wskrzeszenie tradycji wymuskanego kobieciarza z wyrzutnią rakietową w kapeluszu, to ja wysiadam.

The post Recenzja : Skyfall first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/11/12/recenzja-skyfall/feed/ 3
Recenzja : „Mroczny rycerz powstaje” /2012/07/24/recenzja-mroczny-rycerz-powstaje/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-mroczny-rycerz-powstaje Tue, 24 Jul 2012 08:09:07 +0000 /?p=3984 Trzecia odsłona trylogii Christophera Nolana to widowisko z podwójnym dreszczykiem. Równolegle ze zmaganiami Bruce’a Wayne’a, który po latach życia na uboczu ponownie uczy się zakładać czarną pelerynę, śledzimy także pojedynek reżysera z oszałamiającym sukcesem poprzednich części. Ale czy można wygrać z własnym cieniem? W kilka lat po zniknięciu Batmana miasto Gotham żyje w słodkiej sielance, […]

The post Recenzja : „Mroczny rycerz powstaje” first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Trzecia odsłona trylogii Christophera Nolana to widowisko z podwójnym dreszczykiem. Równolegle ze zmaganiami Bruce’a Wayne’a, który po latach życia na uboczu ponownie uczy się zakładać czarną pelerynę, śledzimy także pojedynek reżysera z oszałamiającym sukcesem poprzednich części. Ale czy można wygrać z własnym cieniem?

W kilka lat po zniknięciu Batmana miasto Gotham żyje w słodkiej sielance, a jego policja zajmuje się banalnymi przestępstwami. Kiedy na scenę wkracza gang Bane’a (w tej roli rewelacyjny Tom Hardy), Bruce Wayne postanawia pomóc rozleniwionym pożeraczom pączków. Problem w tym, że oprócz komisarza Gordona i młodego, idealistycznego policjanta Johna Blake’a wszyscy uważają go za mordercę i zło wcielone. Bane triumfuje i zgniata Batmana jak karalucha. Mroczny Rycerz traci stopniowo wsparcie, majątek, cały swój arsenał, a w końcu także wolność oraz zdrowie. I tu zaczyna się impreza.

Ponieważ Nolan już wcześniej ogłosił, że po tym filmie powrotów nie będzie, mógł sobie pozwolić na luksus wytoczenia najcięższych dział. Tym razem z czarnymi charakterami nie ma żartów, tym razem nikt nie bawi się w finezyjne gierki, tym razem zagrożone jest życie nie kilkuset ludzi, ale istnienie całego Gotham. Obserwujemy bolesny powrót legendy, odkrywamy ostatnie fragmenty uzupełniające mozaikę batmanowskiej mitologii, śledzimy osobiste dramaty i transformacje głównych bohaterów.

Zarówno producenci, fani, jak i sam Nolan – wszyscy wiedzieli, że w zwieńczeniu batmanowskiej sagi trzeba pójść na całość. A wiadomo, że w desperackim ataku łatwo odsłonić swoje słabe miejsca. Okazuje się, że dla Nolana piętą Achillesa jest kulminacja napięcia – podczas gdy świetnie wychodzi mu budowanie atmosfery i piętrzenie dramatów o epickich rozmiarach, to ostatni sztych zawsze wychodzi trochę bokiem. Tak, jakby reżyser w ostatniej chwili przypomniał sobie o swoich offowych korzeniach i zrobiło mu się wstyd, że kręci rozbuchany przebój kasowy. Monstrualni antagoniści znikają jakby mimochodem, straszliwe zagrożenia przemijają.

Nolan czasem traci oddech, czasem przedobrzy w dobarwianiu historii, osłabiając pobocznymi wątkami główną linię fabuły. Na szczęście w pozostałych dyscyplinach uzyskuje pełną ilość punktów. Akcję napędzają zaskakujące zwroty fabuły, niebanalne stosunki między głównymi postaciami, bezbłędnie dobrani aktorzy. Po mdłej Maggie Gyllenhaal z „Mrocznego Rycerza” mamy teraz do czynienia z dwoma wyrazistymi kobiecymi postaciami. Podejrzewam, że Marion Cotillard i Anne Hathaway mogłyby tylko stać i wachlować rzęsami, a i tak ociekałyby charyzmą. Niestety nawet one w połączeniu ze zwierzęcą brutalnością Bane’a nie zastąpiły luki po Jokerze Heatha Ledgera.

Nolan pokornie poddał się konwencji hollywoodzkiego blockbustera – setki ludzi giną bez przelania jedynej kropli krwi, ostatnie sceny otwierają pole dla dalszych kontynuatorów batmanowskiej franczyzy, widzowie muszą przymknąć oko na drobne skróty myślowe i błędy logiczne (po 30 dniach niewoli policjanci wychodzą na powierzchnię ziemi ogoleni i wyczesani jak jurorzy reality show).

Batmanowska trylogia Christophera Nolana odmieniła twarz kina dla mas. Reżyser dowiódł, że publiczność nie zawsze zadowoli się widowiskiem w stylu Michaela Baya – rewią wybuchów w zwolnionym ujęciu i galerią karykaturalnych, szablonowych postaci. W ramach tego gatunku „The Dark Knight Rising” jest majstersztykiem, którego nieliczne potknięcia uwypukla jedynie fakt, że musiał on stoczyć nierówną walkę z fenomenalnymi poprzednikami.

The post Recenzja : „Mroczny rycerz powstaje” first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Ostatnia miłość na ziemi (Perfect Sense) /2012/03/13/recenzja-ostatnia-milosc-na-ziemi-perfect-sense/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-ostatnia-milosc-na-ziemi-perfect-sense /2012/03/13/recenzja-ostatnia-milosc-na-ziemi-perfect-sense/#respond Tue, 13 Mar 2012 12:36:22 +0000 /?p=3923 Reż. David Mackenzie, Niemcy/WB/Szwecja/Dania 2011 Wciągający, przekorny romans na tle globalnej katastrofy. Ewan McGregor i Eva Green tracą zmysły w przenośni i dosłownie. Kucharz luksusowej londyńskiej restauracji, sympatyczny bawidamek, spotyka Susan, która pracuje w laboratorium epidemiologicznym i nie daje się omamić jego sztuczkom. Stopniowo odkrywają swoje słabe strony, w czym pomaga im plaga nieznanej choroby, […]

The post Recenzja : Ostatnia miłość na ziemi (Perfect Sense) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Reż. David Mackenzie, Niemcy/WB/Szwecja/Dania 2011

Wciągający, przekorny romans na tle globalnej katastrofy. Ewan McGregor i Eva Green tracą zmysły w przenośni i dosłownie.

Kucharz luksusowej londyńskiej restauracji, sympatyczny bawidamek, spotyka Susan, która pracuje w laboratorium epidemiologicznym i nie daje się omamić jego sztuczkom. Stopniowo odkrywają swoje słabe strony, w czym pomaga im plaga nieznanej choroby, odbierającej ludziom najpierw węch, a później pozostałe zmysły.

Zwiastunem kolejnej fazy jest wybuch niekontrolowanych emocji – czułości, gniewu, sentymentu. Na chorobę nie ma lekarstwa, nikt nie wie, jak będzie rozwijała się dalej, społeczeństwo sypie się doszczętnie.

Bezbłędny warsztat i świetny klimat pozwalają rozwinąć skrzydła jednej z najbardziej oryginalnych historii miłosnych ostatnich czasów. To film niebanalny i ambitny, rozgrywający na planie apokalipsy szczery, kameralny dramat. Myślałem, że takie kino już wymarło, ale – jak widać – czasami pomyłki mogą być całkiem przyjemne.

The post Recenzja : Ostatnia miłość na ziemi (Perfect Sense) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/03/13/recenzja-ostatnia-milosc-na-ziemi-perfect-sense/feed/ 0
Recenzja : Dziewczyna z tatuażem /2012/02/01/recenzja-dziewczyna-z-tatuazem/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-dziewczyna-z-tatuazem /2012/02/01/recenzja-dziewczyna-z-tatuazem/#respond Wed, 01 Feb 2012 10:49:47 +0000 /?p=3877 Reż. David Fincher, USA 2011 Autorska adaptacja książki Stiega Larssona, a może szablonowa hollywoodzka przeróbka szwedzkiego filmu sprzed dwóch lat? Czy najbardziej wyczekiwany film pierwszego kwartału spełnił oczekiwania? I tak, i nie. Nie będę zanudzał szczegółami fabuły – miłośnicy kryminałów Larssona znają wszystkie na pamięć, pozostałym widzom mógłbym zepsuć kilka niespodzianek. W ogólnym zarysie – […]

The post Recenzja : Dziewczyna z tatuażem first appeared on Darek Jedzok.

]]>

Reż. David Fincher, USA 2011

Autorska adaptacja książki Stiega Larssona, a może szablonowa hollywoodzka przeróbka szwedzkiego filmu sprzed dwóch lat? Czy najbardziej wyczekiwany film pierwszego kwartału spełnił oczekiwania? I tak, i nie.

Nie będę zanudzał szczegółami fabuły – miłośnicy kryminałów Larssona znają wszystkie na pamięć, pozostałym widzom mógłbym zepsuć kilka niespodzianek. W ogólnym zarysie – dziennikarz Mikael Blomkvist (Daniel Craig) zostaje oskarżony o zniesławienie, więc bez wielkich oporów przyjmuje zlecenie bogatego biznesmena, które umożliwi mu zamknąć się na dłuższy czas z dala od zgiełku dużego miasta. Blumkvist ma za zadanie rozwiązać zagadkę dziewczyny, która w latach 60tych znikła bez śladu z odizolowanej wyspy. Na wyspie do dzisiaj mieszka większość członków jej rodziny, którzy byli na wyspie także w dniu tajemniczych wydarzeń.

Blomkvist bierze do pomocy młodą hackerkę Lisbeth (Rooney Mara), wspólnie odkrywają serię morderstw i powoli zbliżają się do mordercy – a morderca do nich.

Od razu trzeba przyznać, że twórcy wcześniejszej adaptacji musieli stoczyć nierówną walkę z budżetem i środkami nieporównywalnie mniejszymi od tych, które miał do dyspozycji Fincher. Pomimo tego ograniczenia wywiązali się ze swojego zadania bez zarzutu. Niektórzy widzowie dopatrywali się nawet w nowym filmie Finchera kradzieży wielu pierwotnych rozwiązań.

Niekoniecznie. Problem polega na tym, że skandynawska wersja korzystała z narzędzi, które wprowadził do dreszczowców właśnie David Fincher – chociaż więc bardzo przyzwoicie operuje ona filtrami kolorowymi i umiejętnie wykorzystuje monotonną muzykę do budowania atmosfery, to mimo wszystko blaknie w porównaniu z wersją, którą wycyzelował Mistrz.

Ale i sam mistrz nie jest bez winy. Fincher nakręcił film precyzyjny, chirurgicznie chłodny, świetnie wpasowujący się w klimaty prozy Larssona. Dużo miejsca poświęcił szczegółowemu naszkicowaniu Lisbeth, jej relacji z Blumkvistem, bynajmniej jednak nie potraktował po macoszemu pozostałych postaci. Widz w każdej chwili bardzo dobrze wyczuwa motywacje każdej z nich i widzi przejrzyście ich zmiany, co jest nie lada osiągnięciem.

W kilku miejscach Fincher poradził sobie z gradacją i kulminacją poszczególnych scen o wiele lepiej, niż Szwedzi. Ale fakt faktem – tak naprawdę nie stworzył tym razem nowej jakości, nie dodał zwyczajowych smaczków. Film na pewno nie jest kolejną, szablonową adaptacją, ale też nie jest tworem artysty, indywidualisty.

„Dziewczyna z tatuażem” to bez dwóch zdań jeden z najlepszych thrillerów ubiegłego roku. Finchera, jako jednego z najlepszych reżyserów ubiegłych dwóch dekad, mimo wszystko stać na więcej.

The post Recenzja : Dziewczyna z tatuażem first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/02/01/recenzja-dziewczyna-z-tatuazem/feed/ 0
Recenzja : Melancholia /2011/12/01/recenzja-melancholia/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-melancholia /2011/12/01/recenzja-melancholia/#comments Thu, 01 Dec 2011 09:03:28 +0000 /?p=3730 Reż. Lans von Trier, USA 2011   Lars kontynuuje serię swoich pokręconych wersji klasycznych hollywoodzkich schematów. Rozmyta rzeczywistość, panoptikum skrzywionych postaci, koniec świata. Relaksujący filmik na sobotnie popołudnie. Von Trier eksploatuje kolejny gatunek – po romansie („Przełamując fale”), musicalu („Tańcząc w ciemnościach”), komedii („Szef wszystkich szefów”) i pornohorrorze („Antychryst” – patrz recenzja) tym razem postanowił […]

The post Recenzja : Melancholia first appeared on Darek Jedzok.

]]>

Reż. Lans von Trier, USA 2011

 

Lars kontynuuje serię swoich pokręconych wersji klasycznych hollywoodzkich schematów. Rozmyta rzeczywistość, panoptikum skrzywionych postaci, koniec świata. Relaksujący filmik na sobotnie popołudnie.

Von Trier eksploatuje kolejny gatunek – po romansie („Przełamując fale”), musicalu („Tańcząc w ciemnościach”), komedii („Szef wszystkich szefów”) i pornohorrorze („Antychryst” – patrz recenzja) tym razem postanowił wziąć na warsztat film katastroficzny.

Skrót fabuły. Część pierwsza. Justine (Kirsten Dunst) przyjeżdża na własne wesele, przygotowane w pocie czoła przez siostrę i szwagra w ich luksusowym zamku. Z biegiem czasu okazuje się, że Justine cierpi na poważne problemy emocjonalne, zachowuje się destrukcyjnie i świadomie lub nieświadomie dąży do zduszenia w zarodku nie tylko świeżego małżeństwa, ale też odpędzenia każdej istoty, która stara jej się pomóc. W końcu dokonuje dzieła zniszczenia, pozostaje w ogromnym domu sama z siostrą i jej rodziną.

Część druga. W opustoszałym zamku Claire (Charlotte Rampling) opiekuje się swoją chorą psychicznie siostrą. Jej mąż (Kiefer Sutherland) i syn z fascynacją śledzą wiadomości prasowe o olbrzymiej planecie, Melancholii, która przemieszcza się powoli w stronę Ziemi. Zbliżającej się planecie towarzyszą dziwne zjawiska atmosferyczne, nadzieję powoli zastępuje panika i trwoga. Otwiera się przestrzeń do pojednania i wyciągania brudów, perspektywa zagłady odkrywa prawdziwe ludzkie charaktery.

W odróżnieniu od wielowarstwowego, wulgarnego i dogłębnie niepokojącego „Antychrysta” tym razem Lars odrobinę przyhamował. Film można „czytać” na dwa sposoby – po pierwsze jako zwykłą, chronologiczną sekwencję wydarzeń, prowadzącą od ślubu poprzez rozkwit szaleństwa aż po zagrożenie strasznym kataklizmem.

Bardziej intrygujący jest jednak drugi sposób – reżyser wplótł w film wiele wskazówek, które mają przekonać widza o tym, że cała druga część stanowi fantastyczną paralelę, odbicie rzeczywistości oglądanej przez półobłąkaną Justine. Jedną z bardziej subtelnych wskazówek może być fakt, że podczas gdy w całej pierwszej części kilkukrotnie wspominane jest pole golfowe z osiemnastoma dołkami, w części drugiej nagle pojawia się dołek dziewiętnasty.

Von Trier na szczęście nie sięgnął ponownie po tanie zagrywki, nie znęca się nad swoimi postaciami i nad widzem. Jedynym echem jego zmanierowania obecnego w kilku wcześniejszych filmach są zwolnione, przeestetyzowane ujęcia. Film stoi mocno na nogach – na niebanalnym scenariuszu z błyskotliwymi dialogami, świetnej gradacji atmosfery w drugiej części oraz na bardzo solidnej grze aktorskiej trójki głównych bohaterów oraz sfory wyśmienitych aktorów drugoplanowych (Udo Kier, Stellan Skarsgård, John Hurt). Niesamowite wrażenie sprawia narastający, odległy grzmot zbliżającej się planety, obecny przez większą część drugiej połowy filmu.

„Melancholia” to – w tym wypadku nie zawaham się użyć tego określenia – dzieło  niepokorne i niegrzeczne. Lars von Trier na szczęście nadal nie tetryczeje, nadal potrafi dokuczyć i zaskoczyć swojego widza. I co ważne – nadal czyni to w wyrafinowany, elokwentny sposób. Niech żyje nam.

The post Recenzja : Melancholia first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/12/01/recenzja-melancholia/feed/ 2
Recenzja : Jane Eyre /2011/11/25/recenzja-jane-eyre/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-jane-eyre /2011/11/25/recenzja-jane-eyre/#respond Fri, 25 Nov 2011 13:24:56 +0000 /?p=3693 Reż.:Cary Fukunaga, USA/GB 2011 Jeszcze kilka miesięcy temu założyłbym się o dowolną kwotę, że raczej nie rzuci mnie na kolana adaptacja dziewiętnastowiecznego romansidła. Teraz wiem, że byłyby to sromotnie zmarnowane pieniądze. Hello, Jane. Cary Fukunaga, reżyser ze słonecznej Kalifornii, zwrócił na siebie uwagę dwa lata temu – jego film p.t. „Sin Nombre” o trudnym życiu […]

The post Recenzja : Jane Eyre first appeared on Darek Jedzok.

]]>

Reż.:Cary Fukunaga, USA/GB 2011

Jeszcze kilka miesięcy temu założyłbym się o dowolną kwotę, że raczej nie rzuci mnie na kolana adaptacja dziewiętnastowiecznego romansidła. Teraz wiem, że byłyby to sromotnie zmarnowane pieniądze. Hello, Jane.

Cary Fukunaga, reżyser ze słonecznej Kalifornii, zwrócił na siebie uwagę dwa lata temu – jego film p.t. „Sin Nombre” o trudnym życiu południowoamerykańskiej biedoty narobił niezłego szumu na kilku festiwalach. Przeskok do wiktoriańskiej Anglii oznaczał więc lekką zmianę klimatu i wyzwanie dla młodego talentu. Fukunaga pokonał jednak tę przeszkodę bez zadyszki – powstał film prosty i wysmakowany, piękny zarówno pod względem czysto technicznym, jak i formalnym.

W „Jane Eyre” (rok wydania 1847) rozczytywały się już niektóre nasze prababcie. Książka była na pierwszy rzut oka klasycznym okazem dziewiętnastowiecznego romansu, operującego szablonami sierot, surowych nauczycieli, szczerych, nieskalanych kobiet i demonicznych amantów, mezaliansów, rozłąk i spotkań. Taki kierunek wyznaczyła Jane Austen – i taki szablon naruszyła w swojej powieści Charlotte Brontë. Postać Jane Eyre jest dzisiaj uważana za jeden z pierwszych obrazów kobiety nowoczesnej, emancypującej się, świadomej swoich praw, zdolności i możliwości. Film świetnie to obrazuje, nie wpadając ani razu w klimaty feministycznej agitacji.

Żywe postacie przeżywają swoje dramaty we wspaniale dopieszczonych sceneriach. Angielskie wrzosowiska, mgły w sadach, surowa elegancja epoki wiktoriańskiej – kamera układa ujęcia jak obrazy w zielono-brązowej tonacji.  Serce i oko polskiego patrioty ucieszy tytułowa rola Mii Wasikowskiej.

I tak oto oczekiwana nuda zmieniła się w film aspirujący do tegorocznej listy TOP10. Lubię być zaskakiwany – i przykro mi, że okradłem was o tę przyjemność, pisząc tak pozytywną recenzję. Przeżyjecie. Idźcie do kina.

The post Recenzja : Jane Eyre first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/11/25/recenzja-jane-eyre/feed/ 0
CANADA /2011/10/31/canada/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=canada Mon, 31 Oct 2011 09:00:02 +0000 /?p=3655 Raz na jakiś czas z lawiny internetowych zjadaczy czasu wypadnie na mnie nieoszlifowany diament. W taki oto przypadkowy sposób zapoznałem się z twórczością hiszpańskiej ekipy CANADA, jednej z najbardziej obiecujących formacji reżyserskich; ludzi, którzy w erze skundlonych popowych teledysków wierzą w magię i moc kina oraz sztuki.   CANADA została założona w Barcelonie zaledwie trzy […]

The post CANADA first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Raz na jakiś czas z lawiny internetowych zjadaczy czasu wypadnie na mnie nieoszlifowany diament. W taki oto przypadkowy sposób zapoznałem się z twórczością hiszpańskiej ekipy CANADA, jednej z najbardziej obiecujących formacji reżyserskich; ludzi, którzy w erze skundlonych popowych teledysków wierzą w magię i moc kina oraz sztuki.  

CANADA została założona w Barcelonie zaledwie trzy lata temu i od tego czasu zdążyła już narobić niezłego szumu. Grupa przyjaciół w swojej twórczości nie boi się eksperymentować z nowoczesnymi technikami lub odkrywać na nowo stare zabiegi wizualne, całkowicie otwarcie inspirując się największymi nazwiskami europejskiego kina XX wieku. Teledyski CANADY są kontrowersyjne, surrealistyczne, często prawie obsceniczne, nigdy jednak nie ocierają się o wulgarność.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy kariera młodej ekipy nabiera rozpędu – jest rozchwytywana przez coraz więcej znanych formacji alternatywnej sceny rockowej, z rosnącym budżetem może też sobie pozwolić na coraz większe ekscesy.

Na początku roku przedstawiła swój największy dotychczasowy wyczyn. Fenomenalny klip do utworu „Invisible Light” grupy Scissors Sisters to psychodeliczna jazda oparta na cytatach z dzieł Antonioniego, Jodorowskyego i Buňuela, a nawet z „L’enfer“, nigdy nie dokończonego eksperymentu filmowego Henri-Georgesa Clouzota. Koronkowa robota, wspaniała praca z montażem i kamerą.

W kilka tygodni później ukazały się teledyski do singli kapel Two Door Cinema Club, Vaccines oraz Battles. Dwuznaczne, prowokacyjne klipy pełne chaotycznych sekwencji, przypadkowo wmontowanych ujęć i niejasnych symboli z pewnością będą przyczyną niejednej nieprzespanej nocy cenzorów telewizyjnych. I bardzo dobrze. Jeżeli już trzeba walczyć z płycizną dominującą na stacjach muzycznych, to dlaczego nie zaatakować je ich własną bronią? Trzymajmy kciuki katalońskim partyzantom.

Wszystkie dotychczasowe nagrania ekipy (teledyski, reklamy, trailery) znajdują się na stronie https://vimeo.com/lawebdecanada/videos

 

The post CANADA first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja: Drzewo życia /2011/10/14/recenzja-drzewo-zycia/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-drzewo-zycia /2011/10/14/recenzja-drzewo-zycia/#respond Fri, 14 Oct 2011 07:23:02 +0000 /?p=3615 Reż. Terrence Malick, USA 2011 Filmowy fresk czy przeintelektualizowany onanizm? Terrence Malick zmieścił w jednym filmie Boga i dinozaury, głęboką rozpacz i bezbrzeżną radość. Jeden z najtrudniejszych, ale też najbardziej wyrafinowanych filmów tego roku. Malick zawsze kręcił filmy dla siebie – filmy refleksyjne, powolne, liryczne, urzekające obrazem i dźwiękiem, ignorujące hollywoodzkie schematy zawiązywania akcji i […]

The post Recenzja: Drzewo życia first appeared on Darek Jedzok.

]]>

Reż. Terrence Malick, USA 2011

Filmowy fresk czy przeintelektualizowany onanizm? Terrence Malick zmieścił w jednym filmie Boga i dinozaury, głęboką rozpacz i bezbrzeżną radość. Jeden z najtrudniejszych, ale też najbardziej wyrafinowanych filmów tego roku.

Malick zawsze kręcił filmy dla siebie – filmy refleksyjne, powolne, liryczne, urzekające obrazem i dźwiękiem, ignorujące hollywoodzkie schematy zawiązywania akcji i kulminacji dramatycznej. Dlatego też tworzył z tak ogromnymi przerwami i – pomimo egzaltowanych okrzyków zachwytu wśród krytyków filmowych – oprócz „Cienkiej czerwonej linii” rzadko które jego dzieło trafiło do szerszej publiczności. Wyobrażacie więc sobie, jak może wyglądać film, który taki twórca od początku uważa za dzieło swego życia – jeszcze przed seansem można się domyślić, że będzie on bezkompromisowy i dopieszczony w najdrobniejszym szczególe. No i lekko sztywnawy, jak każde pompatyczne arcydzieło.

 

W uproszczeniu można powiedzieć, że „Drzewo życia” to opowieść o śmierci dziecka. O tym dowiadujemy się w pierwszych minutach, reszta filmu to powolna rekonstrukcja narodzin, dzieciństwa i dojrzewania trzech braci. Głównym bohaterem jest dorosły już mężczyzna (Sean Penn), który wspomina nie tylko chwile przeżyte z dobrodusznym młodszym bratem pod łagodnym okiem anielsko dobrotliwej matki, ale też mozolną drogę do surowego, wręcz despotycznego ojca (Brad Pitt).

 

Film urzeka (albo nudzi) detalami – drobnymi smaczkami i okruchami wspomnień z domu rodzinnego, ogrodu, placu zabaw, łąki, szczeniackich ekspedycji. Ale też typowo dziecięcej arogancji, buntu i okrucieństwa. Freud zaciera ręce.

To jednak zdecydowanie nie wszystko. Film przeplatają długie wycieczki w metafory i impresje, nad którymi króluje wspaniała, kilkunastominutowa sekwencja powstania życia na ziemi, stanowiąca uwerturę do narodzin drugiego dziecka rodziny.

 

Trudno ocenić ten obraz przy użyciu standardowych narzędzi, opisując sucho fabułę i opracowanie techniczne. Jak już wspominałem – bez żadnej przesady chodzi o dzieło życia, pierwsze szkice filmu powstawały już w 1978 (!) roku. Chociaż jednak film jest trudny, bynajmniej nie operuje tak skomplikowanymi i trudnymi do zrozumienia strukturami, jak filmowe monumenty innych reżyserów – „Odysea kosmiczna 2001” Kubricka, „Zwierciadło” Tarkowskiego lub „Persona” Bergmana. Malick jest bardziej mistykiem, niż surrealistą, bardziej niż do mrocznej podświadomości sięga do uniwersalnych obrazów judeo-chrześcijańskiej kultury.

 

Tak, najnowszy film można potraktować jako wyznanie wiary. Barokowy, rozgałęziony opus. To jednak mogłoby być dość krzywdzące spojrzenie, ponieważ Malick zawsze może skorzystać z tylnej furtki – obrazy i słowa wypowiadane są przez postaci, to ich widzenie świata, ich nadzieje. Płonne czy nie, tego nie trzeba, a nawet nie należy oceniać.

Nawet jednak gdyby okazało się, że film jest w gruncie rzeczy przyciężkawą religijną agitką, nie zmienia to nic na fakcie, że jest wprost wzruszająco piękny – w najczystszym, estetycznym znaczeniu. Urzekającą pracę z obrazem, przypominającą nieraz słynny dokument „Baraka”, uzupełnia śmietanka dzieł muzyki klasycznej.

 

Nie chodzi przy tym o tysiąckroć przemielony klasyczny pop w stylu „Czterech pór roku” Vivaldiego czy też „Kanonu” Pachelbela. Ścieżkę dźwiękową tworzą utwory Góreckiego, Tavenera i Smetany, scenę powstania świata ilustruje czarująca „Lacrimosa” Preisnera.

trailer (reload page if not visible):

„Drzewo życia” to dzieło trudne, ale wysmakowane – wymagające dużej uwagi, ale potrafiące odwdzięczyć się z nawiązką. Zdecydowanie polecam porzucić przed seansem oczekiwania tradycyjnie opowiadanej historii, ale raczej potraktować film jako spotkanie z artystą, spotkanie pełne audiowizualnych doznań. Żywię cichą nadzieję, że to właśnie dla takich obrazów wymyślona została kamera filmowa.

The post Recenzja: Drzewo życia first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/10/14/recenzja-drzewo-zycia/feed/ 0
Śmierć serialu czyli O przeskakiwaniu rekinów /2011/06/22/smierc-serialu-czyli-o-przeskakiwaniu-rekinow/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=smierc-serialu-czyli-o-przeskakiwaniu-rekinow /2011/06/22/smierc-serialu-czyli-o-przeskakiwaniu-rekinow/#respond Wed, 22 Jun 2011 15:31:23 +0000 /?p=3488 Jest taki moment w życiu każdego popularnego serialu, kiedy zostało już powiedziane wszystko, co można było powiedzieć i urwały się naturalne drogi rozwoju. W amerykańskiej popkulturze sytuacja taka nazywana jest „przeskoczeniem rekina”. Co mają ryby chrzęstnoszkieletowe do produkcji telewizyjnej? Gdy wysycha studnia Nazwa pochodzi od precedensowego wydarzenia – jednej sceny z popularnej serii Happy Days. […]

The post Śmierć serialu czyli O przeskakiwaniu rekinów first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Jest taki moment w życiu każdego popularnego serialu, kiedy zostało już powiedziane wszystko, co można było powiedzieć i urwały się naturalne drogi rozwoju. W amerykańskiej popkulturze sytuacja taka nazywana jest „przeskoczeniem rekina”. Co mają ryby chrzęstnoszkieletowe do produkcji telewizyjnej?

Gdy wysycha studnia

Nazwa pochodzi od precedensowego wydarzenia – jednej sceny z popularnej serii Happy Days. Po kilku sezonach scenarzystom skończyły się pomysły i zaczęli gorączkowo szukać sposobów na odświeżenie klimatu, wzbogacać fabułę o coraz to bardziej egzotyczne i odleciane wątki. Tendencja ta osiągnęła punkt szczytowy w scenie, w której jeden z głównych bohaterów przeskoczył przez rekina. Na nartach wodnych. W skórzanej kurtce.

Określenia „jumping the shark” zaczęto od tej pory używać do opisania punktu w historii danej serii, od którego sypią się wszystkie reguły i widz może spodziewać się dosłownie wszystkiego.

Pojęcie to powróciło ostatnio dzięki rewelacjom w scenariuszach popularnych seriali – Dr. House oraz Big Bang Theory. Po kilku sezonach wyczerpała już się formuła tworzenia związków „każdy z każdym”, w odcinkach zaczęli się więc pojawiać nowi bohaterzy, wątki odległe od pierwotnej koncepcji serialu oraz rozmaite eksperymenty formalne.

Nuklearna lodówka

Za tym zabawnym zjawiskiem ukrywa się z reguły niechęć wielkich stacji do zrezygnowania ze swoich żył złota – seriale są zdejmowane dopiero w chwili, kiedy ich oglądalność spadnie poniżej poziomu pierwszej serii. Zanim jednak do tego dojdzie, od chwili „przeskoczenia rekina” może upłynąć nawet kilka lat i kilka sezonów, kiedy oglądalność waha się tuż powyżej tej granicy, a w odcinkach pojawiają się coraz bardziej kuriozalne wydarzenia i postacie.

Podobne zjawisko zdobyło także swoją nazwę na gruncie twórczości filmowej. W tym przypadku jego synonimem jest „rozwalenie lodówki wybuchem atomowym” (nuke the fridge). Tym razem niechlubnym ojcem tego określenia jest nie kto inny, a sam Steven Spielberg. Słynny reżyser trochę zagalopował się tworząc czwarty odcinek przygód Indiany Jonesa, zmasakrowany zarówno przez krytyków filmowych, jak i wiernych fanów.

Scenarzyści Spielberga w dzikim obłędzie stworzyli scenę, w której Indiana znajdzie się w sztucznej wiosce zbudowanej przez armię Stanów Zjednoczonych na potrzeby testów bomby atomowej. Gdy stwierdzi, że nie uda mu się uciec przed eksplozją, ukryje się w lodówce. Siła wybuchu nuklearnego zmieni sprzęt AGD w wehikuł powietrzny, który przeniesie Indianę kilkaset metrów w głąb pustyni. Bohater oczywiście przeżyje kataklizm z lekkimi siniakami i otarciami.

Ja Vam Damm!

Najświeższym członkiem tej rodziny jest wyrażenie „usmażyć colę” (frying the coke), ukute przez pewnego internetowego krytyka filmowego. Jean-Claude Van Damme nakręcił wiele złych filmów, jednak na szczyty wyobraźni wzbił się w produkcji „Double Team” (1997), która ukazała się w Polsce pod swojską nazwą „Ryzykanci”.

Film otrzymał aż trzy Złote Maliny, czyli anty-Oscary w kategoriach najgorszy aktor drugoplanowy (Dennis Rodman), najgorsza nowa gwiazda (ponownie Rodman) oraz najgorsza para bohaterów (tym razem Rodman i Van Damme, aby Dennisowi nie było przykro).

Rozmach sceny zapiera dech w piersiach. Czarny charakter sprowadzi głównego bohatera do rzymskiego amfiteatru obłożonego ładunkami wybuchowymi, a w ramach bonusu wypuszcza żywego tygrysa. Bohater stara się ratować małe dziecko śpiące w wiklinowym koszyku.

Ale to dopiero wstęp! Na odsiecz przybywa jego wspólnik na motorze, ratuje dziecko, bohater walczy z antagonistą na polu minowym, tygrys atakuje, miny wybuchają, rozpoczyna się reakcja łańcuchowa, bohaterzy łapią koszyk z dzieckiem, wskakują w ostatniej sekundzie za automat z Coca Colą i używają go jako tarczy przeciwko ścianie ognia, czarny charakter i tygrys giną w epickiej eksplozji!

Nie znalazłem sceny w oryginalnym brzmieniu, ale za to macie kolejny popkulturowy bonus – finał “Double Team” uzupełniony o temat muzyczny z gry Street Fighter (jedna z wielu inkarnacji memu internetowego Guille’s Theme Goes With Everything)

Jak widać – nieograniczone są możliwości ludzkiej fantazji oraz nowych syntetycznych narkotyków. Cieszmy się zatem ulubionymi serialami i filmami, jeszcze zanim zaczną kuleć. Zanim przyjdzie rekin i posprząta.

The post Śmierć serialu czyli O przeskakiwaniu rekinów first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/06/22/smierc-serialu-czyli-o-przeskakiwaniu-rekinow/feed/ 0