recenzja muzyczna - Darek Jedzok / blog & archiwum Fri, 19 Jun 2015 11:29:34 +0000 en-US hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Recenzja : Kamp! „Kamp!” (2012) /2013/04/17/recenzja-kamp-kamp-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-kamp-kamp-2012 Wed, 17 Apr 2013 10:31:25 +0000 /?p=4223 Kamp! to niezależny, electropopowy projekt wydany własnym sumptem, który w krótkim czasie podbił polską scenę alternatywną. Debiut, jakich mało. Może ich produkcja jest wtórna, może to tylko hipsterski kaprys i muzyczna nekrofilia, może to i opóźniona polska reakcja na renesans syntezatorowego popu. Mówcie, co chcecie, ale obok debiutanckiej płyty tego łódzkiego objawienia trudno jest przejść […]

The post Recenzja : Kamp! „Kamp!” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Kamp! to niezależny, electropopowy projekt wydany własnym sumptem, który w krótkim czasie podbił polską scenę alternatywną. Debiut, jakich mało.

kamp!-cover

Może ich produkcja jest wtórna, może to tylko hipsterski kaprys i muzyczna nekrofilia, może to i opóźniona polska reakcja na renesans syntezatorowego popu. Mówcie, co chcecie, ale obok debiutanckiej płyty tego łódzkiego objawienia trudno jest przejść obojętnie.

Na nagraniu żyją i występują w symbiozie dwa odmienne klimaty – frontalny atak na wszystkie możliwe klisze muzyki lat 80. („Can’t You Wait”, “Sulk”) oraz wykopaliska późnej ery disco w stylu Daft Punk („Cairo”, „Lux Lisbon”, „Melt”). Próżno na płycie szukać organicznych dźwięków, ze światłym wyjątkiem diabelsko funkowego, ostrego basu, który tętni i wibruje na przykład w utworach „Can’t You Wait” oraz „Heat”. Resztę wypełniają całe pokłady syntetycznych smyczków, arpeggiatorów, linii basowych i solowych. Od Michaela Jacksona, przez Eurythmics po Jana Hammera. I jeszcze dalej.

Warsztat kompozytorski broni się bez problemu, płyta zawiera 11 mocnych, ambitnych kawałków. Jakkolwiek Kamp! podkrada masowo z dziesiątek klasycznych już nagrań sprzed dwóch, trzech dekad, to po złożeniu tego łupu w całość nowe kompozycje nie cierpią na żadne powtórzenia. Jest różnorodnie, barwnie, ciekawie. To naprawdę kawał dobrej, rzetelnej pracy kompozycyjnej i nagraniowej.

Zawsze śmieszyły mnie narzekania lokalnych zespołów na brak promocji i finansów, bez  których rzekomo nie można się wybić. Dzisiaj, w epoce Facebooka i Youtube, nie ma czegoś takiego, jak niedoceniona kapela. Jeżeli zespół przez długie lata nie znajduje odbiorców, to znaczy, że jest do bani. Dobra muzyka sama znajdzie swoich słuchaczy bez dużych inwestycji i wielkiego wydawnictwa – i Kamp! jest tego najlepszym dowodem. Dotarcie na szczyt zajęło im raptem trzy lata, w ciągu których zbudowali potężna bazę fanów, a ich żywiołowe wystąpienia na festiwalach i samodzielnych koncertach spotykają się z niezmiennym zachwytem recenzentów.

Na zakończenie wyznam wam małą, wstydliwą tajemnicę. Nie znoszę muzyki lat 80. – żywiołowo, bezwarunkowo i instynktownie. Tym bardziej doceńcie więc fakt, że tak pozytywnie oceniam płytę osadzoną w klimacie a lá Kombi rocznik 1986, w której występują przejścia syntetycznej perkusji typu „ciupu-ciupu-ciupu-tśśś”. To ewenement porównywalny chyba tylko z opublikowaniem entuzjastycznej recenzji musicalu „Skrzypek na dachu” na stronie Obozu Narodowo-Radykalnego.

Posłuchajcie tej płyty.

Posłuchaj, jeśli lubisz : Daft Punk, Kraftwerk i zegarki z kalkulatorem

Warto spróbować : Cairo, Lux Lisbon, Can’t You Wait

The post Recenzja : Kamp! „Kamp!” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Tame Impala ”Lonerism” (2012) /2013/03/01/recenzja-tame-impala-lonerism-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-tame-impala-lonerism-2012 Fri, 01 Mar 2013 10:10:16 +0000 /?p=4174 Retro jest na fali – kolejne zespoły poszukują swojego dźwięku w pokładach muzycznych staroci. „Oswojona antylopa” na swojej drugiej płycie kontynuuje podróż przez tęczowe krajobrazy psychodelicznego rocka. Tańce na golasa, koraliki, słoneczniki i LSD. Nowy album australijskich retrofili poszerza ortodoksyjne, pre-Woodstockowskie brzmienie o analogowe syntezatory, co zdecydowanie wychodzi mu na dobre. Kosmiczne arpeggia podłożone pod […]

The post Recenzja : Tame Impala ”Lonerism” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Retro jest na fali – kolejne zespoły poszukują swojego dźwięku w pokładach muzycznych staroci. „Oswojona antylopa” na swojej drugiej płycie kontynuuje podróż przez tęczowe krajobrazy psychodelicznego rocka. Tańce na golasa, koraliki, słoneczniki i LSD.

Nowy album australijskich retrofili poszerza ortodoksyjne, pre-Woodstockowskie brzmienie o analogowe syntezatory, co zdecydowanie wychodzi mu na dobre. Kosmiczne arpeggia podłożone pod utwory „Why Won’t They…” lub „Endors Troi” oraz prog-rockowe linie melodyczne w utworze „Music To Walk Home By” ożywiają już i tak bogate instrumentacje.  Markowym wyznacznikiem kapeli pozostaje męski wokal zapakowany w eteryczne echo, perkusja bogato korzystająca z rozwlekłych przejść i zwięzły, apatyczny bas.

W utworze „Elephant” odzywają się nieoczekiwanie masywne, proto-metalowe akordy. W zwrotkach brzmi on niczym połączenie wczesnego Black Sabbath z Suzi Quatro, ale wkrótce przeistacza się we wspaniale melodyczny, psychodeliczny marsz w stylu najstarszych płyt Pink Floyd. Gitary jednak najczęściej  przechodzą między dwiema pozycjami – suchymi brzdęknięciami i fuzzowymi, chrapliwymi solówkami. To, co tępo rzęzi na przykład w epickim „Endors Troi” przyprawi o gęsią skórkę każdego fana gitarzystów wpychających swoje Fendery i Gibsony w ściany zbudowane z lampowych pieców Marshalla.

Słabym punktem utworów są melodie, które i tym razem nie wpadają zbytnio w ucho i najczęściej sprawiają wrażenie ornamentów pozbawionych większego znaczenia. Na szczęście jest lepiej, niż na pierwszej płycie – utwór „Feels Like We Only Go Backwards” przypomina britpopowe nagranie osnute ciężkimi oparami halucynacji. W kilku innych utworach świetnie dopracowane chórki stwarzają przyjemny, późnobeatlesowski klimacik.

Jednym słowem – jest pozytywnie. Jeżeli nudzicie się w drugiej dekadzie XXI wieku, to zapraszam do podróży o 40, anawet 50 lat wstecz. Jest cool, jest groovy.

Posłuchaj, jeśli lubisz : wczesnych Pink Floyd, późnych The Beatles, Stereolab

Warto spróbować : Endors Troi, Feels Like We Only Go Backwards, Elephant

 

The post Recenzja : Tame Impala ”Lonerism” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Mela Koteluk „Spadochron” (2012) /2013/01/31/recenzja-mela-koteluk-spadochron-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-mela-koteluk-spadochron-2012 Thu, 31 Jan 2013 10:29:41 +0000 /?p=4133 Może ktoś powie, że wyciągam stare pieczki, płyta „Spadochron” trafiła przecież na półki w ubiegłorocznym maju. Ze zdumieniem jednak stwierdziłem, że recenzja tego cacka nie ukazała się w żadnym zaolziańskim wydawnictwie – zanim więc ten rok wywietrzeje nam z głów (i ze słuchawek) szybkim rzutem na taśmę przedstawiam wam najciekawszą nową wokalistę 2012 r. n.e. […]

The post Recenzja : Mela Koteluk „Spadochron” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Może ktoś powie, że wyciągam stare pieczki, płyta „Spadochron” trafiła przecież na półki w ubiegłorocznym maju. Ze zdumieniem jednak stwierdziłem, że recenzja tego cacka nie ukazała się w żadnym zaolziańskim wydawnictwie – zanim więc ten rok wywietrzeje nam z głów (i ze słuchawek) szybkim rzutem na taśmę przedstawiam wam najciekawszą nową wokalistę 2012 r. n.e.

Króciutki życiorys. Mela Koteluk urodziła się w 1985 roku, śpiewała w chórkach Scorpions i Gaby Kulki, wygrywała tu i ówdzie konkursy śpiewacze, aż w końcu ktoś mądry ją zauważył i zamknął w studio. Owocem nagrań była właśnie płyta “Spadochron”, którą niniejszym bezczelnie wpycham w wasze odtwarzacze.

Dla niewprawnego ucha maniera wokalna Meli może przypominać głos Kasi Nosowskiej. Ale nie będę szpanował – sam dałem się oszukać, gdy po raz pierwszy usłyszałem w radio wstęp do utworu otwierającego płytę i uznałem go za nowy singiel Heya. Nie chodzi jednak o tanią kopię, młoda wokalistka dysponuje o wiele szerszym polem ekspresji, o czym przekonuje nas w innych kompozycjach – tytułowym “Spadochronie” czy “Niewidzialnej”. Lekka chrypka znakomicie współgra ze świetnie wyszkolonym głosem i chociaż Koteluk nie dysponuje wokalem o uniwersalnym zastosowaniu, to w tym kontekście, w tej stylizacji sprawdza się znakomicie. To ten rodzaj głosu, któremu ewentualne braki lub niedociągnięcia tylko dodają autentyzmu.

Płyta stoi na mocnych, żelbetonowych podstawach wyśmienitych kompozycji i ambitnych aranżacji. O ile przyzwyczaiłem się do wysokiego poziomu produkcji muzycznej nowych polskich wydawnictw, to sam surowy potencjał poszczególnych utworów był dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Już długo nie słyszałem płyty tak hitowej, w dobrym znaczeniu tego słowa. Być może z wyjątkiem ostatniej, trochę zbędnej “In The Meantime” i ukulelowego przerywnika „Stale płynne”, wszystkie utwory płyty są mocnymi kandydatami do singla radiowego. Naprawdę nie zazdroszczę temu, kto musiał z nich wybierać.

Do silnych momentów nagrania należy przede wszystkim post-rockowa ballada “Dlaczego drzewa nic nie mówią”, pozytywnie naładowane kawałki „Spadochron”, „Melodia ulotna” lub “Działać bez działania”. W utworze „Nie zasypiaj” Koteluk dołącza do grona polskich wokalistek składających trybut brytyjskim wokalistkom typu Kate Bush.


Słabym ogniwem płyty są tylko teksty, chyba jedyna dziedzina, w które talent Koteluk poważnie ustępuje zdolnościom wspomnianej już Kasi Nosowskiej czy Marii Peszek. Niektóre melodie dosłownie kaleczy niedopracowany rytm i akcenty, treść wypełniają czasami Coelhowskie truizmy i dziwna wata słowna na poziomie – nie przymierzając – Comy. Ale nic to, dziewczę jest młode, wyrobi się. Wybaczam, bo cała reszta gra i śpiewa.

„Spadochron” to chyba najświeższe, najbardziej rześkie nagranie, jakie w ubiegłym roku pojawiło się na rynku polskiego popu. Nowy głos nadwiślańskiej sceny przedstawił dojrzały, zrównoważony album, który wprawdzie nie eksperymentuje, ale też nie rezygnuje z wielkich ambicji. Z dziką radością będę śledził dalsze jej losy, na razie płyta regularnie i bezlitośnie dręczy moje głośniki. Kto ma uszy, niechaj słucha.

 Posłuchaj, jeśli lubisz : Kasię Nosowską, Kate Bush, Monikę Brodkę,

Warto zacząć od: „Dlaczego drzewa nic nie mówią”, „Melodia ulotna”, „Niewidzialna”

The post Recenzja : Mela Koteluk „Spadochron” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Maria Peszek „Jezus Maria Peszek” (2012) /2012/12/19/recenzja-maria-peszek-jezus-maria-peszek-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-maria-peszek-jezus-maria-peszek-2012 /2012/12/19/recenzja-maria-peszek-jezus-maria-peszek-2012/#comments Wed, 19 Dec 2012 09:54:22 +0000 /?p=4110 Jeżeli lubicie być szokowani i prowokowani, to serdecznie polecam te ballady chorej kobiety o chorym państwie. Peszkowa wykracza daleko poza bezpieczne granice autorefleksji. Rozbiera się do naga i wchodzi na stół. Artystka wybrnęła z osobistego kryzysu i w ramach kuracji postanowiła podzielić się ze światem swoimi przeżyciami. Niektóre teksty są tak rozbrajająco szczere, że podobno […]

The post Recenzja : Maria Peszek „Jezus Maria Peszek” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Jeżeli lubicie być szokowani i prowokowani, to serdecznie polecam te ballady chorej kobiety o chorym państwie. Peszkowa wykracza daleko poza bezpieczne granice autorefleksji. Rozbiera się do naga i wchodzi na stół.

Artystka wybrnęła z osobistego kryzysu i w ramach kuracji postanowiła podzielić się ze światem swoimi przeżyciami. Niektóre teksty są tak rozbrajająco szczere, że podobno jej mama rozpłakała się w trakcie pierwszego wysłuchania płyty. Peszek rozprawia się z prywatnymi problemami, z Polską i z bogiem. Dlaczego miałbym tego słuchać? – zapytacie. A dlatego – odpowiem –  że ta płyta jest po prostu fantastycznie nagrana.

Muzycznie dominuje na niej niespokojna, zimna elektronika wymieszana z „żywą” perkusją, basem i fortepianem. Peszek zawsze miała świetnego nosa do producentów, także i tym razem wybór Michała Foxa jest jak najbardziej trafiony. Płyta nie kopiuje biernie zachodnich trendów, przeciwnie – dosyć odważnie przeciera nowe szlaki. Jednocześnie muzyka nie przebija się na pierwszy plan, nie zagłusza tekstów, często stanowi wręcz figlarny kontrapunkt do ich przytłaczającej tematyki.

No właśnie, teksty. Peszek nie jest tekściarką wybitną, ale pisze z głową, ambitnie i oryginalnie. Nie boi się eksperymentów, ale ani razu nie otarła się o tanią manierę. Tematy, które porusza na nowej płycie, są wprawdzie uzewnętrznieniem walk toczonych wewnątrz własnej czaszki, ale wpisują się w odczucia całej generacji, która poszukuje nowych definicji dla swoich zasad, wierzeń i wartości. A Peszkowa nie owija w bawełnę.

Utwory „Nie ogarniam”, „Żwir” i „Pibloqto” są zapisem walki z neurastenią. W przenikliwie smutnej, wspaniale rozwijającej się balladzie „Nie wiem czy chcę” autorka opowiada partnerowi o tym, że nie będą mieli dzieci („Wielka szkoda, straszna strata, byłby z Ciebie fajny tata, ale nie.”). W innych utworach gorzko rozprawia się ze swoim krajem – „popiół i cement, mentalny niż, męczy mnie Polska, wisi mi krzyż”. „Sorry Polsko” – swoją drogą chyba najsłabsze ogniwo płyty – jest prawdopodobnie najbardziej anty-patriotyczną piosenką w historii polskiej muzyki.

Siódmy utwór płyty jest wariacją na Psalm 23, osobistym wyznaniem osoby definitywnie odrzucającej wiarę. „Pan nie jest moim pasterzem/a niczego mi nie brak/nie przynależę i nie wierzę/i chociaż idę ciemną doliną/zła się nie ulęknę i nie klęknę“. Do utworu została dobrana zaskakująco kontrastowa aranżacja – marszowy rytm zmiękczają eteryczne dźwięki fortepianu i syntezatorów. Wokalistka wyśpiewuje refren („Pan nie prowadzi mnie, sama prowadzę się”) bezbronnym, dziewczęcym głosem, który dopiero w ostatniej repetycji zaostrzają chórki, przypominające dzieci w „We Don’t Need No Education” Pink Floyd. Jednym z najlepszych utworów płyty jest otwierający ją kawałek „Ludzie psy”, transowy, intensywny i soczysty („Ej wy, ludzie psy, mokra wasza sierść, ej, będziemy dziś smutek łyżkami jeść”).

Wielu krytyków muzycznych uważa „Jezus Maria Peszek” za album roku i tym razem naprawdę trudno mi się nie zgodzić. Cieszę się, że w mętnych wodach polskiego popu pojawia się od czasu do czasu ktoś, kto nie boi się stawiać wyzwań sobie i słuchaczom. I – tak samo jak w przypadku albumu Kukiza (patrz recenzja) – chodzi o lekturę obowiązkową nawet dla tych, dla których brutalne teksty autorki będą trudnym orzechem do zgryzienia. Jak powiedział Georges Braque „Nauka uspokaja. Sztuka jest po to, aby denerwować”.

The post Recenzja : Maria Peszek „Jezus Maria Peszek” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/12/19/recenzja-maria-peszek-jezus-maria-peszek-2012/feed/ 1
Recenzja: Paweł Kukiz „Siła i honor” (2012) /2012/12/05/recenzja-pawel-kukiz-sila-i-honor-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-pawel-kukiz-sila-i-honor-2012 /2012/12/05/recenzja-pawel-kukiz-sila-i-honor-2012/#comments Wed, 05 Dec 2012 12:21:34 +0000 /?p=4086 Płyta narobiła wiele szumu jeszcze zanim pojawiła się w sklepach. Kukiz zarzucił mediom (między innymi Radiowej Trójce), że nie udzieliły albumowi swojego patronatu – media podobno boją się ważnych tematów i nie chcą promować pewnych wartości. Chcąc nie chcąc trzeba więc zacząć od pytania o to, jakie wartości promuje ten album?   Paweł Kukiz od […]

The post Recenzja: Paweł Kukiz „Siła i honor” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Płyta narobiła wiele szumu jeszcze zanim pojawiła się w sklepach. Kukiz zarzucił mediom (między innymi Radiowej Trójce), że nie udzieliły albumowi swojego patronatu – media podobno boją się ważnych tematów i nie chcą promować pewnych wartości. Chcąc nie chcąc trzeba więc zacząć od pytania o to, jakie wartości promuje ten album?
 
Paweł Kukiz od dłuższego czasu bawi się z odbiorcami w grę uników. Promuje postawy patriotyczne i skarży się, że dziennikarze robią z niego nacjonalistę, niedawno nawet odmówił udziału w komitecie, w którym zasiadał znany człowiek oskarżony o antysemityzm. Jednocześnie jednak nadal wspiera Obóz Narodowo-Radykalny, czyli ruch otwarcie ksenofobiczny i ekstremistyczny.
 
Podobnie jest nie tylko z treścią, ale też z samym tytułem jego nowej płyty. Jak zwykle wszystko zależy od kontekstu – w normalnej sytuacji „siła” i „honor” mogą być pozytywnymi wartościami, ale jeżeli zacznie się nimi posługiwać ktoś puszczający oko do środowisk nacjonalistycznych, to nie może się później dziwić, że komentatorzy zaczną się doszukiwać mrocznych konotacji. „Krew i honor” i „biała siła” to hasła-klucze nie tylko nacjonalistów, ale neonazistów, do których działalności ONR bezpośrednio nawiązuje. Jeden z jego czeskich odpowiedników nosi sztandary z hasłem „Odpowiedzialność-siła-honor”. Oczywiście Paweł Kukiz będzie bił się w pierś i twierdził, że tytuł płyty jest całkowicie niewinny. Ma do tego prawo, tak jak ja mam prawo myśleć o tym swoje i znacząco pochrząkiwać. Dopóki nie odżegna się od ONR, rozgrzeszenia nie będzie.
 

 
Gdyby całkowicie zamknąć oczy na kontekst – czyli samego autora – to „Siłę i Honor” można uznać za płytę patriotyczną, nawiązującą do najbardziej bolesnych chwil w dwudziestowiecznej polskiej historii. Nie można zarzucić Kukizowi pretensjonalności – w tym, co robi, jest autentyczny i całkowicie szczery. Niestety. Ponieważ trochę niepokoi mnie myśl o tym, co siedzi w głowie człowieka, który wydał ogrom energii i czasu na wydanie właśnie takiej płyty. Teksty są upiorne. Katyń, Niemcy, Rosjanie, wróg, trumna, śmierć, krew – a w końcu „wyrywanie chwastów z polskiej ziemi”. Prrr. Może herbatki? Może pan na chwilę odpocznie, policzy do dziesięciu?
 
Nie przyjmuję argumentu, że o tych sprawach nie da się opowiadać bez patosu i epatowania makabrycznością – ponieważ udało się innym, na przykład Lao Che. Ich płyta „Powstanie Warszawskie” jest zresztą często przywoływana w komentarzach nowego albumu Kukiza jako kontrast i jako wzór.
 
Co tu dużo gadać … „Siła i Honor” leży i kwiczy także pod względem warsztatowym. Znajdzie się kilka udanych perełek – klimatyczna piosnka „Ratujcie nasze dusze”, a przede wszystkim industrialne granaty „Heil Sztajnbach”, „Koniec końców” i „Homo Politicus”. Jednak nawet przy nich musiałem się skupić na samej muzyce, ponieważ teksty są okropnie toporne, siermiężne. Jeszcze gorzej z pozostałymi utworami, które nie tyle są źle napisane, co skaleczone niskim poziomem produkcji. I nie, nie wierzę w to, że chodzi o świadomy zabieg, o stworzenie „retro feel” albo „garażowego dźwięku”. Płyta po prostu brzmi źle i tanio. Najbardziej żal mi surowego potencjału żołnierskiej ballady „17 września”, który został doszczętnie zniszczony przez absurdalne, syntetyczne trąbki i chórki.
 

 
Nie chcę być okrutny, ale w sumie trudno się dziwić radom redakcyjnym, że nie chciały promować takiego wydawnictwa. Niemniej jednak płyta jest głosem, którego należy wysłuchać. Chociażby tylko raz.
 

The post Recenzja: Paweł Kukiz „Siła i honor” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/12/05/recenzja-pawel-kukiz-sila-i-honor-2012/feed/ 2
Pepe Deluxé „Queen Of The Wave” (2012) /2012/03/30/pepe-deluxe-%e2%80%9equeen-of-the-wave-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=pepe-deluxe-%25e2%2580%259equeen-of-the-wave-2012 /2012/03/30/pepe-deluxe-%e2%80%9equeen-of-the-wave-2012/#respond Fri, 30 Mar 2012 09:52:14 +0000 /?p=3935 Szaleństwo, retro w wielkim stylu, dziecko kilku epok muzycznych. Pepe Deluxé albo was zauroczy, albo udławi swoim nieokiełznanym eklektyzmem. W jakiej obłąkanej głowie zrodził się tak cudowny i cudaczny projekt? Zespół powstał pod koniec lat 90. na fali modnego wówczas big beatu, którego głównymi gwiazdami był Fatboy Slim i Chemical Brothers. I wszystko byłoby dobrze […]

The post Pepe Deluxé „Queen Of The Wave” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Szaleństwo, retro w wielkim stylu, dziecko kilku epok muzycznych. Pepe Deluxé albo was zauroczy, albo udławi swoim nieokiełznanym eklektyzmem. W jakiej obłąkanej głowie zrodził się tak cudowny i cudaczny projekt?

Zespół powstał pod koniec lat 90. na fali modnego wówczas big beatu, którego głównymi gwiazdami był Fatboy Slim i Chemical Brothers. I wszystko byłoby dobrze i normalnie, gdyby założyciele nowej formacji nie byli Finami. Do mieszanki elektronicznych dźwięków z psychodelą i punkiem dochodziła zdrowo kopnięta szata graficzna płyt i teledyski. Na jednym z obrazków promocyjnych członkowie Pepe Deluxé podkradają jajka strusiom afrykańskim (?). W starym teledysku dwóch gołych panów ćwiczy nieporadnie sztuki walki, okładając się bekonem i kiełbasami (??? – cały film ???).

Ale nic to – posłuchajmy tego, co się dzieje na najnowszej, czwartej z kolei płycie zespołu. Już sam podtytuł „Ezoteryczna pop-opera w trzech częściach” podpowiada nam, że nie będzie to raczej zwykłe wydawnictwo. W odróżnieniu od starszych nagrań tym razem zdecydowanie przeważa pastisz starych dźwięków, czasami ocierający się o parodię, a czasami o pełen szacunku ukłon. W niezliczonych momentach pojawiają się tu inspiracje filmowe – mamy tu wspaniałe, celtyckie ballady („Contain Thyself” to urocze zapożyczenie z kryminalnego musicalu „Kult” (1973), którego nikt już dzisiaj niestety nie pamięta). W renesansowych klawesynach i syntezatorowych melodiach Moogów słyszę twórczość włoskiego zespołu „Goblin”, którego progresywno-rockowymi kompozycjami ozdabiali swoje horrory Dario Argento i George A. Romero. W delikatnych wibrafonach i cytrach wielokrotnie przemyka też Ennio Morricone.

Ale to nie wszystko. Spomiędzy takich wysmakowanych próbek wyskakują bardziej żywiołowe, dzikie okazy. „A Night And Day” to klasyczny big beat, „Hesperus Garden” i „My Flaming Thirst” (wspaniały, wibrujący wokal!) przypominają czołówki ze starych seriali kryminalnych. Tu zabrzdęka surf-rockowa gitara, tam zamruczą organy, ówdzie zachrzęści tamburyn. W porównaniu ze starszymi płytami „Queen Of The Wave” zawiera zdecydowanie mniej sampli, rozbudowane aranżacje zostały nagrane na żywo, co nadaje nagraniom olbrzymiej przestrzeni.

Inspiracje można wymieniać bez końca – płyty The Beatles, ale jeszcze bardziej Rolling Stones z ich psychodelicznego okresu; najstarsze nagrania Pink Floyd; archiwalne seriale i reklamy; kompozycje Lalo Schifrina i innych kompozytorów muzyki do filmów – od czasów „Doktora No” po pierwszy film z Brudnym Harrym.

Jednym słowem – wspaniałości. Jeżeli uważacie elektronikę za ubogiego, lekko opóźnionego brata „normalnej muzy”, to serdecznie polecam wysłuchanie tego cacka.

 

Posłuchaj, jeśli lubisz : Fatboy Slim, Air, Kula Shaker, Propellerheads

Warto spróbować : A Night And Day, My Flaming Thirst, Contain Thyself

The post Pepe Deluxé „Queen Of The Wave” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/03/30/pepe-deluxe-%e2%80%9equeen-of-the-wave-2012/feed/ 0
Recenzja : Lana Del Rey „Born To Die” (2012) /2012/03/06/recenzja-lana-del-rey-%e2%80%9eborn-to-die-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-lana-del-rey-%25e2%2580%259eborn-to-die-2012 /2012/03/06/recenzja-lana-del-rey-%e2%80%9eborn-to-die-2012/#respond Tue, 06 Mar 2012 11:48:34 +0000 /?p=3909 Lana Del Rey to zjawisko, które trudno zaklasyfikować. Przez krytyków została okrzyknięta objawieniem, jej kariera przeżywa rakietowy start, który zdaje się już łamać jej kręgosłup. Skąd się wzięła? Dokąd zmierza? Na początek podsumujmy – kim jest Lana? To 25-letnia piękność o satynowym, hipnotyzującym głosie zmęczonej wokalistki barowej w luksusowym hotelu; inteligentna córka milionera, traktująca karierę […]

The post Recenzja : Lana Del Rey „Born To Die” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Lana Del Rey to zjawisko, które trudno zaklasyfikować. Przez krytyków została okrzyknięta objawieniem, jej kariera przeżywa rakietowy start, który zdaje się już łamać jej kręgosłup. Skąd się wzięła? Dokąd zmierza?

Na początek podsumujmy – kim jest Lana? To 25-letnia piękność o satynowym, hipnotyzującym głosie zmęczonej wokalistki barowej w luksusowym hotelu; inteligentna córka milionera, traktująca karierę nie jako prezent kupiony przez tatusia, ale jako bardzo osobisty monolog z odbiorcami; jeszcze w 2008 roku śpiewała pod pseudonimem Lizzy Grant. Wtedy po raz ostatni występowała „w cywilu”, w kilka miesięcy później pojawia się Lana Del Rey – połączenie femme fatale i kruchej alternatywnej wokalistki, kobiety Bonda z introwertyczną dziewczyną z sąsiedztwa.

To właśnie ta tajemnicza mikstura pociąga krytyków i fanów. W Internecie pojawiło się kilka filmów z koncertów – wnikliwy obserwator zauważy, że młoda wokalistka nie czuje się na scenie pewnie, zachowuje się nieśmiało, a nawet niezręcznie. Tak, jakby jej wizerunek sceniczny został wykonany na wyrost.

Lana Del Rey nie jest jednak kolejną pustą gwiazdką muzyki pop, która zrobi wszystko, aby przeforsować sobie drogę na duże sceny. Z wywiadów wynika, że Lana dużo czyta (i nakłania do tego swoich fanów), ale też targają nią wątpliwości i kompleksy. W rozmowie dla MySpace stwierdziła, że zawsze pociągała ją wizja kreowania życia jako dzieła sztuki.

Dość jednak o otoczce, rzućmy uchem na to, co pojawiło się na najnowszym, drugim z kolei albumie. Trudno umiejscowić muzycznie to, co dzieje się na przestrzeni tych  piętnastu piosenek. Całkowicie wbrew trendom nie ma żadnych nawiązań do sceny r’n’b – nawet w subtelny, „biały” sposób, dzięki któremu wywalczyły swoje pozycje Adele czy Amy Winehouse. Inspiracje elektroniczne zaledwie lekko koloryzują szczegóły, jednak poza tym całe pole należy do aranżacji smyczkowych, suchych gitar i damskich chórków rodem z lat 50tych. Całkiem możliwe, że inspiracja pochodzi z filmów Davida Lyncha, które wokalistka bezkrytycznie podziwia.

Podobnie ma się rzecz z wokalem – próżno tu szukać szufladki. Jako swoich idoli Del Rey wymieniła Elvisa Presleya i Kurta Cobaina. Co za kombinacja! Dzięki chłodnemu, jakby lekko spóźniającemu się wokalowi Del Rey porównywana jest do Nancy Sinatra. Trudno się nie zgodzić, słuchając na przykład tytułowego utworu płyty lub kompozycji „Video Games” lub „Dark Paradise”. W niektórych utworach („Blue Jeans”, „Lucky Ones”) leciutko przebrzmiewa barwa głosu Kate Bush. Być może komuś przypomni się też Tanita Tikaram. Bezradnie rozkładam ręce.

Płytę „Born To Die” należy docenić nie tylko ze względu na kawał solidnie wykonanej roboty, ale też za odwagę artystyczną. Lana Del Rey nie poszła na łatwiznę – i od kilku miesięcy zbiera za to zasłużony plon, aktualnie wspięła się na pierwsze miejsce list już w 14 krajach. Oby przy tym przyspieszeniu nie spaliła się w stratosferze.

Posłuchaj, jeśli lubisz : Nancy Sinatra, PJ Harvey, Imogen Heap

Warto spróbować : Born To Die, Off To Races, National Anthem 

The post Recenzja : Lana Del Rey „Born To Die” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/03/06/recenzja-lana-del-rey-%e2%80%9eborn-to-die-2012/feed/ 0
Recenzja : Hidden Orchestra „Night Walks” (2010) /2012/01/27/recenzja-hidden-orchestra-%e2%80%9enight-walks%e2%80%9d-2010/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-hidden-orchestra-%25e2%2580%259enight-walks%25e2%2580%259d-2010 /2012/01/27/recenzja-hidden-orchestra-%e2%80%9enight-walks%e2%80%9d-2010/#respond Fri, 27 Jan 2012 09:40:07 +0000 /?p=3854 Szkocja to nie tylko kilty, kobzy, gotowane owcze żołądki i Sean Connery. Prosto z Edynburga przybywa do nas mroczny jazz otoczony chłodną mgiełką elektroniki i drobinkami muzyki klasycznej. Aye! „Night Walks” to debiut edynburskiego kwartetu, w skład którego wchodzi kontrabasista i aż dwóch perkusistów. Chociaż więc zespół korzysta w wielkiej mierze z sampli muzyki klasycznej […]

The post Recenzja : Hidden Orchestra „Night Walks” (2010) first appeared on Darek Jedzok.

]]>

Szkocja to nie tylko kilty, kobzy, gotowane owcze żołądki i Sean Connery. Prosto z Edynburga przybywa do nas mroczny jazz otoczony chłodną mgiełką elektroniki i drobinkami muzyki klasycznej. Aye!

„Night Walks” to debiut edynburskiego kwartetu, w skład którego wchodzi kontrabasista i aż dwóch perkusistów. Chociaż więc zespół korzysta w wielkiej mierze z sampli muzyki klasycznej i folkowej, koncerty podobno dają niezłego kopa. O tym zresztą możemy się przekonać już wkrótce – 23 lutego w klubie Fléda, w czeskim Brnie.

Hidden Orchestra to twór eklektyczny i bardzo otwarty na różnorodne inspiracje. Możemy pobawić się w etykietki – nu-jazz, ambient, chill-out, down tempo, dark-jazz … Generalnie utwory poruszają się na klimatach obecnych na wielu wydawnictwach wytwórni Ninja Tunes, przede wszystkim brytyjskiego zespołu Cinematic Orchestra.

W odróżnieniu od podobnych projektów kapela nie korzysta z rozbudowanych symfonicznych aranżacji, ale zastępuje je kameralnymi, gościnnymi nagraniami solistów, które splata w wyrazistą fakturę dźwięków.

Aby zobrazować to bogactwo można wybrać dowolny utwór – na przykład „Stammer”. Kompozycja zaczyna się od trip-hopowej psychodeli z elektrycznym pianinem i skrzypcami, po chwili dochodzi prosty, czteronutowy motyw na trąbce. Przez muzykę przenikają krótkie, niezrozumiałe sample kobiecego głosu, stopniowo z tła wyłania się zapętlona sekwencja grana na cymbałach. Atmosfera kulminuje, perkusja definitywnie przechodzi z powolnego tętnienia do gwałtownego drum’n’bassu. Ponad tym kilka czystych nut granych na fortepianie.

Zestaw utworów na płycie jest niezwykle różnorodny. Specjalnie nie przedstawiłem opisu mojego ulubionego utworu, otwierającego nagranie. „Antiphon” przedstawia tak cudowną strukturę harmonii i dynamiki, że mógłbym się ekscytować samym jej grafem narysowanym na kartce papieru. Wysoka szkoła samplingu i łamanych rytmów.

Dosyć dziwaczny pomysł na zaangażowanie aż dwóch perkusistów (ostatnio w takim składzie grali klasycy Apollo 440) zdał egzamin –„Night Walks” potrafi zaskoczyć gwałtownym wybuchem emocji, nie niszcząc jednocześnie precyzyjnie budowanej atmosfery. Za to chwała, za to cześć. Do zobaczenia w Brnie.

Posłuchaj, jeśli lubisz : Cinematic Orchestra, Pivot, Skalpel, Bonobo

Warto spróbować : Antiphon, Dust, Out of Nowhere

The post Recenzja : Hidden Orchestra „Night Walks” (2010) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/01/27/recenzja-hidden-orchestra-%e2%80%9enight-walks%e2%80%9d-2010/feed/ 0
Recenzja w 5 zdaniach : Tides From Nebula „Earthshine” (2011) /2011/08/04/recenzja-w-5-zdaniach-tides-from-nebula-%e2%80%9eearthshine%e2%80%9d-2011/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-w-5-zdaniach-tides-from-nebula-%25e2%2580%259eearthshine%25e2%2580%259d-2011 /2011/08/04/recenzja-w-5-zdaniach-tides-from-nebula-%e2%80%9eearthshine%e2%80%9d-2011/#comments Thu, 04 Aug 2011 10:31:12 +0000 /?p=3556 Polak potrafi – warszawski zespół Tides From Nebula to dumny polski reprezentant gatunku post-rock, który nie wprowadza wprawdzie specjalnej rewolucji, ale i tak reprezentuje co najmniej europejski poziom. Jednym z gwarantów solidności płyty był kompozytor Zbigniew Preisner, który nieraz przyznawał się do potajemnego romansowania z tym gatunkiem, a więc nietrudno go chyba było przekonać do […]

The post Recenzja w 5 zdaniach : Tides From Nebula „Earthshine” (2011) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Polak potrafi – warszawski zespół Tides From Nebula to dumny polski reprezentant gatunku post-rock, który nie wprowadza wprawdzie specjalnej rewolucji, ale i tak reprezentuje co najmniej europejski poziom.

Jednym z gwarantów solidności płyty był kompozytor Zbigniew Preisner, który nieraz przyznawał się do potajemnego romansowania z tym gatunkiem, a więc nietrudno go chyba było przekonać do tego, aby zajął się produkcją muzyczną albumu.

Nie trzeba opisywać nagrań, ponieważ spełniają definicję tego stylu – z punktu widzenia struktury to długie, minimalistyczne utwory instrumentalne wykorzystujące zmienne metrum. Dźwięki i bogatą dynamikę tworzą gitary na przesterze z potężnym echem, tętniąca gitara basowa i organiczna perkusja, przechodząca od szumów po serie burzliwych uderzeń. Wielbiciele gatunku odpłyną z rozkoszy, przeciwnicy zasną w połowie pierwszego utworu.

Warto spróbować :  These Days Glory Days, Caravans, Siberia

web: www.tidesfromnebula.com

The post Recenzja w 5 zdaniach : Tides From Nebula „Earthshine” (2011) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/08/04/recenzja-w-5-zdaniach-tides-from-nebula-%e2%80%9eearthshine%e2%80%9d-2011/feed/ 3
Recenzja w 5 zdaniach : Lykke Li „Wounded Rhymes” (2011) /2011/07/17/recenzja-w-5-zdaniach-lykke-li-%e2%80%9ewounded-rhymes%e2%80%9d-2011/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-w-5-zdaniach-lykke-li-%25e2%2580%259ewounded-rhymes%25e2%2580%259d-2011 /2011/07/17/recenzja-w-5-zdaniach-lykke-li-%e2%80%9ewounded-rhymes%e2%80%9d-2011/#respond Sun, 17 Jul 2011 11:43:20 +0000 /?p=3531 Szwedzka diva, łącząca w swojej twórczości zadziorną seksualność i retro klimat a lá wczesne lata 60te z niewinnym głosem licealistki – Sonic Youth w popowym ubranku, Portishead na cukierkowo. Intrygujące to, niepokojące i słodkie jednocześnie. Trzeba jedynie przyzwyczaić się do specyficznej, niedbałej maniery, która w niektórych utworach sprawia wrażenie, jakby wokalistka fałszowała. Same utwory stanowią […]

The post Recenzja w 5 zdaniach : Lykke Li „Wounded Rhymes” (2011) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Szwedzka diva, łącząca w swojej twórczości zadziorną seksualność i retro klimat a lá wczesne lata 60te z niewinnym głosem licealistki – Sonic Youth w popowym ubranku, Portishead na cukierkowo.

Intrygujące to, niepokojące i słodkie jednocześnie. Trzeba jedynie przyzwyczaić się do specyficznej, niedbałej maniery, która w niektórych utworach sprawia wrażenie, jakby wokalistka fałszowała. Same utwory stanowią świeże i żywiołowe połączenie nowych trendów z instrumentarium żywcem wyjętym ze ścieżek dźwiękowych do starych szpiegowskich filmów. Lykke Li to oryginał, specyficzna artystka o nietuzinkowym, lecz łatwo rozpoznawalnym stylu – dodaję do listy obserwowanych.

Posłuchaj, jeśli lubisz : Emilíana Torrini, Adele, Brodka

Warto spróbować : Get some, I Follow Rivers, Youth Knows No Pain

The post Recenzja w 5 zdaniach : Lykke Li „Wounded Rhymes” (2011) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/07/17/recenzja-w-5-zdaniach-lykke-li-%e2%80%9ewounded-rhymes%e2%80%9d-2011/feed/ 0