recenzja - Darek Jedzok / blog & archiwum Fri, 19 Jun 2015 11:29:34 +0000 en-US hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Recenzja:  “Hospicjum Zaolzie” /2014/10/15/recenzja-hospicjum-zaolzie/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-hospicjum-zaolzie Wed, 15 Oct 2014 11:57:28 +0000 /?p=4879 Masochiści całego Zaolzia łączcie się. Przyjezdny gad wyhodowany na tustelańskiej piersi postanowił nas opisać. I, co gorsza, świetnie mu idzie.     Od razu na początku muszę zaznaczyć, że moja recenzja nie będzie prawdopodobnie zupełnie bezstronna. Jot-Drużycki odwiedza nasze tereny już od ładnych kilku lat i w tym czasie wybudował rozległą sieć informacyjną, swoisty knajpanet, […]

The post Recenzja:  “Hospicjum Zaolzie” first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Masochiści całego Zaolzia łączcie się. Przyjezdny gad wyhodowany na tustelańskiej piersi postanowił nas opisać. I, co gorsza, świetnie mu idzie.  
 
Od razu na początku muszę zaznaczyć, że moja recenzja nie będzie prawdopodobnie zupełnie bezstronna. Jot-Drużycki odwiedza nasze tereny już od ładnych kilku lat i w tym czasie wybudował rozległą sieć informacyjną, swoisty knajpanet, w którego sidła nieraz udało mi się wpaść. Korzyść z tych spotkań jest zresztą obopólna – po przekazaniu swojej dawki plot i nowinek chętnie korzystam z rosnącego zbioru spostrzeżeń i powiedzonek (podczas ostatniego piwnego wywiadu po raz pierwszy usłyszałem ekumeniczne motto “ewangelik czy katolik – byle dobry alkoholik”).
 
Znam więc autora i zazdroszczę mu niezwykłego etnograficznego genu. Dzięki niemu w stosunkowo krótkim czasie wrósł w miejscową społeczność i poddał ją analizie, której owocem jest właśnie ta fioletowa książka, a raczej książeczka, książunia, bo całość ma raptem 70 stron. Co tu kryć – żadne z nas Trobriandy. Na tej skromnej przestrzeni zostaliśmy poddani szybkiej, ale pieczołowitej analizie. Jak zaś wskazuje sama nazwa – nie jest to radosna lektura.
 
Praktycznie każda kartka zalatuje poczuciem schyłkowości, które cementują cytaty samych Zaolziaków. W jednym z wywiadów karwiński pezetkaowiec mówi “Najwięcej tutejszych Polaków jest w tej chwili na cmentarzu, tam pod ziemią”. Zapraszam specjalistów od PR-u, aby przekuli to zdanie na hasło promujące naszą społeczność. Autor nie robi zresztą dobrej miny do złej gry i sam z rozbrajającą szczerością wyznaje, że przyjeżdża do nas, aby patrzeć, jak umieramy.
 
Nic dziwnego, że pojawiły się już pierwsze krytyczne reakcje. Niektórym czytelnikom nie podoba się wspomniana atmosfera publikacji, inni narzekają, że pan etnograf analizuje nas jak jakichś Buszmenów. Całkowicie rozumiem te reakcje – nie było jeszcze takiego zwierzęcia, któremu podobałaby się własna wiwisekcja.
 
Jakiś czas temu brytyjska antropolożka Kate Fox wydała książkę “Przejrzeć Anglików“, w której opisuje swoich rodaków tak, jakby byli egzotycznym, obcym plemieniem. Publikacja szybko trafiła na listę bestsellerów, jednak sama autorka wielokrotnie zaznaczała, ile wysiłku i stresu kosztował ją ten etnograficzny “krok wstecz”, utrzymanie profesjonalnego dystansu. Książka Drużyckiego potwierdza tezę, której bronię od lat – Zaolziacy nie powinni opisywać siebie samych. To zadanie dla ludzi “spoza”. Nie chodzi zaledwie o kwestię obiektywizmu, ale też pewnej zwięzłości, zdolności dokonywania syntezy, skrótów myślowych. “Hospicjum” napisane przez lokalsa byłoby nużącą epistołą zaplątaną w nieistotne niuanse.
 
Poza tym, że książka spełnia funkcję zwięzłego kompendium informacji o regionie, jest też – w najlepszym znaczeniu tych słów – łatwo przyswajalna, co w tym dziale literatury zakrawa na mały cud. “Hospicjum” to łyk orzeźwiającej wody po dziesiątkach dogłębnych, wyczerpujących i fantastycznie usypiających lektur o Zaolziu, które dotychczas obciążały półki biblioteczne.
 
Tyle o plusach. A minusy? Są pewne kwestie światopoglądowe, z którymi trudno mi się zgodzić. Wprawdzie autor sam nie określił swoich preferencji, jednak po przeczytaniu kilku stron nietrudno zgadnąć, że w odwiecznym dylemacie “region-państwo” (mała-duża ojczyzna) stoi po stronie biało-czerwonej. W kilku miejscach pisze o czeskiej propagandzie i nacjonalistycznych ekscesach, miłosiernie pomijając polskie wybryki. Cóż, to i tak małe piwo w porównaniu z większością zaolziańskich publikacji historycznych. Jakoś przeżyłem, mam już wytworzone przeciwciała.
 
Jedyną poważną wadą jest więc niedbała praca edytora/korektora tekstu – kreatywne podejście do zasad interpunkcji i bałagan panujący w niektórych zdaniach (“…jednak Emeryt uważa się on…”). Ta skaza faktycznie psuła mi czasami satysfakcję z lektury, mam więc nadzieję, że kolejne wydanie ukaże się po odpowiednim liftingu.
 
Piszę o kolejnym wydaniu, ponieważ jestem święcie przekonany, że wkrótce się ono pojawi. Musi. “Hospicjum Zaolzie” jest książką, na którą czekaliśmy od lat. Teraz marzenie się spełniło – i dobrze nam tak.
 
autor: Jarosław jot-Drużycki, wydawnictwo Beskidy
 
Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot

 

The post Recenzja:  “Hospicjum Zaolzie” first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Kamp! „Kamp!” (2012) /2013/04/17/recenzja-kamp-kamp-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-kamp-kamp-2012 Wed, 17 Apr 2013 10:31:25 +0000 /?p=4223 Kamp! to niezależny, electropopowy projekt wydany własnym sumptem, który w krótkim czasie podbił polską scenę alternatywną. Debiut, jakich mało. Może ich produkcja jest wtórna, może to tylko hipsterski kaprys i muzyczna nekrofilia, może to i opóźniona polska reakcja na renesans syntezatorowego popu. Mówcie, co chcecie, ale obok debiutanckiej płyty tego łódzkiego objawienia trudno jest przejść […]

The post Recenzja : Kamp! „Kamp!” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Kamp! to niezależny, electropopowy projekt wydany własnym sumptem, który w krótkim czasie podbił polską scenę alternatywną. Debiut, jakich mało.

kamp!-cover

Może ich produkcja jest wtórna, może to tylko hipsterski kaprys i muzyczna nekrofilia, może to i opóźniona polska reakcja na renesans syntezatorowego popu. Mówcie, co chcecie, ale obok debiutanckiej płyty tego łódzkiego objawienia trudno jest przejść obojętnie.

Na nagraniu żyją i występują w symbiozie dwa odmienne klimaty – frontalny atak na wszystkie możliwe klisze muzyki lat 80. („Can’t You Wait”, “Sulk”) oraz wykopaliska późnej ery disco w stylu Daft Punk („Cairo”, „Lux Lisbon”, „Melt”). Próżno na płycie szukać organicznych dźwięków, ze światłym wyjątkiem diabelsko funkowego, ostrego basu, który tętni i wibruje na przykład w utworach „Can’t You Wait” oraz „Heat”. Resztę wypełniają całe pokłady syntetycznych smyczków, arpeggiatorów, linii basowych i solowych. Od Michaela Jacksona, przez Eurythmics po Jana Hammera. I jeszcze dalej.

Warsztat kompozytorski broni się bez problemu, płyta zawiera 11 mocnych, ambitnych kawałków. Jakkolwiek Kamp! podkrada masowo z dziesiątek klasycznych już nagrań sprzed dwóch, trzech dekad, to po złożeniu tego łupu w całość nowe kompozycje nie cierpią na żadne powtórzenia. Jest różnorodnie, barwnie, ciekawie. To naprawdę kawał dobrej, rzetelnej pracy kompozycyjnej i nagraniowej.

Zawsze śmieszyły mnie narzekania lokalnych zespołów na brak promocji i finansów, bez  których rzekomo nie można się wybić. Dzisiaj, w epoce Facebooka i Youtube, nie ma czegoś takiego, jak niedoceniona kapela. Jeżeli zespół przez długie lata nie znajduje odbiorców, to znaczy, że jest do bani. Dobra muzyka sama znajdzie swoich słuchaczy bez dużych inwestycji i wielkiego wydawnictwa – i Kamp! jest tego najlepszym dowodem. Dotarcie na szczyt zajęło im raptem trzy lata, w ciągu których zbudowali potężna bazę fanów, a ich żywiołowe wystąpienia na festiwalach i samodzielnych koncertach spotykają się z niezmiennym zachwytem recenzentów.

Na zakończenie wyznam wam małą, wstydliwą tajemnicę. Nie znoszę muzyki lat 80. – żywiołowo, bezwarunkowo i instynktownie. Tym bardziej doceńcie więc fakt, że tak pozytywnie oceniam płytę osadzoną w klimacie a lá Kombi rocznik 1986, w której występują przejścia syntetycznej perkusji typu „ciupu-ciupu-ciupu-tśśś”. To ewenement porównywalny chyba tylko z opublikowaniem entuzjastycznej recenzji musicalu „Skrzypek na dachu” na stronie Obozu Narodowo-Radykalnego.

Posłuchajcie tej płyty.

Posłuchaj, jeśli lubisz : Daft Punk, Kraftwerk i zegarki z kalkulatorem

Warto spróbować : Cairo, Lux Lisbon, Can’t You Wait

The post Recenzja : Kamp! „Kamp!” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Tame Impala ”Lonerism” (2012) /2013/03/01/recenzja-tame-impala-lonerism-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-tame-impala-lonerism-2012 Fri, 01 Mar 2013 10:10:16 +0000 /?p=4174 Retro jest na fali – kolejne zespoły poszukują swojego dźwięku w pokładach muzycznych staroci. „Oswojona antylopa” na swojej drugiej płycie kontynuuje podróż przez tęczowe krajobrazy psychodelicznego rocka. Tańce na golasa, koraliki, słoneczniki i LSD. Nowy album australijskich retrofili poszerza ortodoksyjne, pre-Woodstockowskie brzmienie o analogowe syntezatory, co zdecydowanie wychodzi mu na dobre. Kosmiczne arpeggia podłożone pod […]

The post Recenzja : Tame Impala ”Lonerism” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Retro jest na fali – kolejne zespoły poszukują swojego dźwięku w pokładach muzycznych staroci. „Oswojona antylopa” na swojej drugiej płycie kontynuuje podróż przez tęczowe krajobrazy psychodelicznego rocka. Tańce na golasa, koraliki, słoneczniki i LSD.

Nowy album australijskich retrofili poszerza ortodoksyjne, pre-Woodstockowskie brzmienie o analogowe syntezatory, co zdecydowanie wychodzi mu na dobre. Kosmiczne arpeggia podłożone pod utwory „Why Won’t They…” lub „Endors Troi” oraz prog-rockowe linie melodyczne w utworze „Music To Walk Home By” ożywiają już i tak bogate instrumentacje.  Markowym wyznacznikiem kapeli pozostaje męski wokal zapakowany w eteryczne echo, perkusja bogato korzystająca z rozwlekłych przejść i zwięzły, apatyczny bas.

W utworze „Elephant” odzywają się nieoczekiwanie masywne, proto-metalowe akordy. W zwrotkach brzmi on niczym połączenie wczesnego Black Sabbath z Suzi Quatro, ale wkrótce przeistacza się we wspaniale melodyczny, psychodeliczny marsz w stylu najstarszych płyt Pink Floyd. Gitary jednak najczęściej  przechodzą między dwiema pozycjami – suchymi brzdęknięciami i fuzzowymi, chrapliwymi solówkami. To, co tępo rzęzi na przykład w epickim „Endors Troi” przyprawi o gęsią skórkę każdego fana gitarzystów wpychających swoje Fendery i Gibsony w ściany zbudowane z lampowych pieców Marshalla.

Słabym punktem utworów są melodie, które i tym razem nie wpadają zbytnio w ucho i najczęściej sprawiają wrażenie ornamentów pozbawionych większego znaczenia. Na szczęście jest lepiej, niż na pierwszej płycie – utwór „Feels Like We Only Go Backwards” przypomina britpopowe nagranie osnute ciężkimi oparami halucynacji. W kilku innych utworach świetnie dopracowane chórki stwarzają przyjemny, późnobeatlesowski klimacik.

Jednym słowem – jest pozytywnie. Jeżeli nudzicie się w drugiej dekadzie XXI wieku, to zapraszam do podróży o 40, anawet 50 lat wstecz. Jest cool, jest groovy.

Posłuchaj, jeśli lubisz : wczesnych Pink Floyd, późnych The Beatles, Stereolab

Warto spróbować : Endors Troi, Feels Like We Only Go Backwards, Elephant

 

The post Recenzja : Tame Impala ”Lonerism” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Mela Koteluk „Spadochron” (2012) /2013/01/31/recenzja-mela-koteluk-spadochron-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-mela-koteluk-spadochron-2012 Thu, 31 Jan 2013 10:29:41 +0000 /?p=4133 Może ktoś powie, że wyciągam stare pieczki, płyta „Spadochron” trafiła przecież na półki w ubiegłorocznym maju. Ze zdumieniem jednak stwierdziłem, że recenzja tego cacka nie ukazała się w żadnym zaolziańskim wydawnictwie – zanim więc ten rok wywietrzeje nam z głów (i ze słuchawek) szybkim rzutem na taśmę przedstawiam wam najciekawszą nową wokalistę 2012 r. n.e. […]

The post Recenzja : Mela Koteluk „Spadochron” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Może ktoś powie, że wyciągam stare pieczki, płyta „Spadochron” trafiła przecież na półki w ubiegłorocznym maju. Ze zdumieniem jednak stwierdziłem, że recenzja tego cacka nie ukazała się w żadnym zaolziańskim wydawnictwie – zanim więc ten rok wywietrzeje nam z głów (i ze słuchawek) szybkim rzutem na taśmę przedstawiam wam najciekawszą nową wokalistę 2012 r. n.e.

Króciutki życiorys. Mela Koteluk urodziła się w 1985 roku, śpiewała w chórkach Scorpions i Gaby Kulki, wygrywała tu i ówdzie konkursy śpiewacze, aż w końcu ktoś mądry ją zauważył i zamknął w studio. Owocem nagrań była właśnie płyta “Spadochron”, którą niniejszym bezczelnie wpycham w wasze odtwarzacze.

Dla niewprawnego ucha maniera wokalna Meli może przypominać głos Kasi Nosowskiej. Ale nie będę szpanował – sam dałem się oszukać, gdy po raz pierwszy usłyszałem w radio wstęp do utworu otwierającego płytę i uznałem go za nowy singiel Heya. Nie chodzi jednak o tanią kopię, młoda wokalistka dysponuje o wiele szerszym polem ekspresji, o czym przekonuje nas w innych kompozycjach – tytułowym “Spadochronie” czy “Niewidzialnej”. Lekka chrypka znakomicie współgra ze świetnie wyszkolonym głosem i chociaż Koteluk nie dysponuje wokalem o uniwersalnym zastosowaniu, to w tym kontekście, w tej stylizacji sprawdza się znakomicie. To ten rodzaj głosu, któremu ewentualne braki lub niedociągnięcia tylko dodają autentyzmu.

Płyta stoi na mocnych, żelbetonowych podstawach wyśmienitych kompozycji i ambitnych aranżacji. O ile przyzwyczaiłem się do wysokiego poziomu produkcji muzycznej nowych polskich wydawnictw, to sam surowy potencjał poszczególnych utworów był dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Już długo nie słyszałem płyty tak hitowej, w dobrym znaczeniu tego słowa. Być może z wyjątkiem ostatniej, trochę zbędnej “In The Meantime” i ukulelowego przerywnika „Stale płynne”, wszystkie utwory płyty są mocnymi kandydatami do singla radiowego. Naprawdę nie zazdroszczę temu, kto musiał z nich wybierać.

Do silnych momentów nagrania należy przede wszystkim post-rockowa ballada “Dlaczego drzewa nic nie mówią”, pozytywnie naładowane kawałki „Spadochron”, „Melodia ulotna” lub “Działać bez działania”. W utworze „Nie zasypiaj” Koteluk dołącza do grona polskich wokalistek składających trybut brytyjskim wokalistkom typu Kate Bush.


Słabym ogniwem płyty są tylko teksty, chyba jedyna dziedzina, w które talent Koteluk poważnie ustępuje zdolnościom wspomnianej już Kasi Nosowskiej czy Marii Peszek. Niektóre melodie dosłownie kaleczy niedopracowany rytm i akcenty, treść wypełniają czasami Coelhowskie truizmy i dziwna wata słowna na poziomie – nie przymierzając – Comy. Ale nic to, dziewczę jest młode, wyrobi się. Wybaczam, bo cała reszta gra i śpiewa.

„Spadochron” to chyba najświeższe, najbardziej rześkie nagranie, jakie w ubiegłym roku pojawiło się na rynku polskiego popu. Nowy głos nadwiślańskiej sceny przedstawił dojrzały, zrównoważony album, który wprawdzie nie eksperymentuje, ale też nie rezygnuje z wielkich ambicji. Z dziką radością będę śledził dalsze jej losy, na razie płyta regularnie i bezlitośnie dręczy moje głośniki. Kto ma uszy, niechaj słucha.

 Posłuchaj, jeśli lubisz : Kasię Nosowską, Kate Bush, Monikę Brodkę,

Warto zacząć od: „Dlaczego drzewa nic nie mówią”, „Melodia ulotna”, „Niewidzialna”

The post Recenzja : Mela Koteluk „Spadochron” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja : Maria Peszek „Jezus Maria Peszek” (2012) /2012/12/19/recenzja-maria-peszek-jezus-maria-peszek-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-maria-peszek-jezus-maria-peszek-2012 /2012/12/19/recenzja-maria-peszek-jezus-maria-peszek-2012/#comments Wed, 19 Dec 2012 09:54:22 +0000 /?p=4110 Jeżeli lubicie być szokowani i prowokowani, to serdecznie polecam te ballady chorej kobiety o chorym państwie. Peszkowa wykracza daleko poza bezpieczne granice autorefleksji. Rozbiera się do naga i wchodzi na stół. Artystka wybrnęła z osobistego kryzysu i w ramach kuracji postanowiła podzielić się ze światem swoimi przeżyciami. Niektóre teksty są tak rozbrajająco szczere, że podobno […]

The post Recenzja : Maria Peszek „Jezus Maria Peszek” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Jeżeli lubicie być szokowani i prowokowani, to serdecznie polecam te ballady chorej kobiety o chorym państwie. Peszkowa wykracza daleko poza bezpieczne granice autorefleksji. Rozbiera się do naga i wchodzi na stół.

Artystka wybrnęła z osobistego kryzysu i w ramach kuracji postanowiła podzielić się ze światem swoimi przeżyciami. Niektóre teksty są tak rozbrajająco szczere, że podobno jej mama rozpłakała się w trakcie pierwszego wysłuchania płyty. Peszek rozprawia się z prywatnymi problemami, z Polską i z bogiem. Dlaczego miałbym tego słuchać? – zapytacie. A dlatego – odpowiem –  że ta płyta jest po prostu fantastycznie nagrana.

Muzycznie dominuje na niej niespokojna, zimna elektronika wymieszana z „żywą” perkusją, basem i fortepianem. Peszek zawsze miała świetnego nosa do producentów, także i tym razem wybór Michała Foxa jest jak najbardziej trafiony. Płyta nie kopiuje biernie zachodnich trendów, przeciwnie – dosyć odważnie przeciera nowe szlaki. Jednocześnie muzyka nie przebija się na pierwszy plan, nie zagłusza tekstów, często stanowi wręcz figlarny kontrapunkt do ich przytłaczającej tematyki.

No właśnie, teksty. Peszek nie jest tekściarką wybitną, ale pisze z głową, ambitnie i oryginalnie. Nie boi się eksperymentów, ale ani razu nie otarła się o tanią manierę. Tematy, które porusza na nowej płycie, są wprawdzie uzewnętrznieniem walk toczonych wewnątrz własnej czaszki, ale wpisują się w odczucia całej generacji, która poszukuje nowych definicji dla swoich zasad, wierzeń i wartości. A Peszkowa nie owija w bawełnę.

Utwory „Nie ogarniam”, „Żwir” i „Pibloqto” są zapisem walki z neurastenią. W przenikliwie smutnej, wspaniale rozwijającej się balladzie „Nie wiem czy chcę” autorka opowiada partnerowi o tym, że nie będą mieli dzieci („Wielka szkoda, straszna strata, byłby z Ciebie fajny tata, ale nie.”). W innych utworach gorzko rozprawia się ze swoim krajem – „popiół i cement, mentalny niż, męczy mnie Polska, wisi mi krzyż”. „Sorry Polsko” – swoją drogą chyba najsłabsze ogniwo płyty – jest prawdopodobnie najbardziej anty-patriotyczną piosenką w historii polskiej muzyki.

Siódmy utwór płyty jest wariacją na Psalm 23, osobistym wyznaniem osoby definitywnie odrzucającej wiarę. „Pan nie jest moim pasterzem/a niczego mi nie brak/nie przynależę i nie wierzę/i chociaż idę ciemną doliną/zła się nie ulęknę i nie klęknę“. Do utworu została dobrana zaskakująco kontrastowa aranżacja – marszowy rytm zmiękczają eteryczne dźwięki fortepianu i syntezatorów. Wokalistka wyśpiewuje refren („Pan nie prowadzi mnie, sama prowadzę się”) bezbronnym, dziewczęcym głosem, który dopiero w ostatniej repetycji zaostrzają chórki, przypominające dzieci w „We Don’t Need No Education” Pink Floyd. Jednym z najlepszych utworów płyty jest otwierający ją kawałek „Ludzie psy”, transowy, intensywny i soczysty („Ej wy, ludzie psy, mokra wasza sierść, ej, będziemy dziś smutek łyżkami jeść”).

Wielu krytyków muzycznych uważa „Jezus Maria Peszek” za album roku i tym razem naprawdę trudno mi się nie zgodzić. Cieszę się, że w mętnych wodach polskiego popu pojawia się od czasu do czasu ktoś, kto nie boi się stawiać wyzwań sobie i słuchaczom. I – tak samo jak w przypadku albumu Kukiza (patrz recenzja) – chodzi o lekturę obowiązkową nawet dla tych, dla których brutalne teksty autorki będą trudnym orzechem do zgryzienia. Jak powiedział Georges Braque „Nauka uspokaja. Sztuka jest po to, aby denerwować”.

The post Recenzja : Maria Peszek „Jezus Maria Peszek” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/12/19/recenzja-maria-peszek-jezus-maria-peszek-2012/feed/ 1
Recenzja: Paweł Kukiz „Siła i honor” (2012) /2012/12/05/recenzja-pawel-kukiz-sila-i-honor-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-pawel-kukiz-sila-i-honor-2012 /2012/12/05/recenzja-pawel-kukiz-sila-i-honor-2012/#comments Wed, 05 Dec 2012 12:21:34 +0000 /?p=4086 Płyta narobiła wiele szumu jeszcze zanim pojawiła się w sklepach. Kukiz zarzucił mediom (między innymi Radiowej Trójce), że nie udzieliły albumowi swojego patronatu – media podobno boją się ważnych tematów i nie chcą promować pewnych wartości. Chcąc nie chcąc trzeba więc zacząć od pytania o to, jakie wartości promuje ten album?   Paweł Kukiz od […]

The post Recenzja: Paweł Kukiz „Siła i honor” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Płyta narobiła wiele szumu jeszcze zanim pojawiła się w sklepach. Kukiz zarzucił mediom (między innymi Radiowej Trójce), że nie udzieliły albumowi swojego patronatu – media podobno boją się ważnych tematów i nie chcą promować pewnych wartości. Chcąc nie chcąc trzeba więc zacząć od pytania o to, jakie wartości promuje ten album?
 
Paweł Kukiz od dłuższego czasu bawi się z odbiorcami w grę uników. Promuje postawy patriotyczne i skarży się, że dziennikarze robią z niego nacjonalistę, niedawno nawet odmówił udziału w komitecie, w którym zasiadał znany człowiek oskarżony o antysemityzm. Jednocześnie jednak nadal wspiera Obóz Narodowo-Radykalny, czyli ruch otwarcie ksenofobiczny i ekstremistyczny.
 
Podobnie jest nie tylko z treścią, ale też z samym tytułem jego nowej płyty. Jak zwykle wszystko zależy od kontekstu – w normalnej sytuacji „siła” i „honor” mogą być pozytywnymi wartościami, ale jeżeli zacznie się nimi posługiwać ktoś puszczający oko do środowisk nacjonalistycznych, to nie może się później dziwić, że komentatorzy zaczną się doszukiwać mrocznych konotacji. „Krew i honor” i „biała siła” to hasła-klucze nie tylko nacjonalistów, ale neonazistów, do których działalności ONR bezpośrednio nawiązuje. Jeden z jego czeskich odpowiedników nosi sztandary z hasłem „Odpowiedzialność-siła-honor”. Oczywiście Paweł Kukiz będzie bił się w pierś i twierdził, że tytuł płyty jest całkowicie niewinny. Ma do tego prawo, tak jak ja mam prawo myśleć o tym swoje i znacząco pochrząkiwać. Dopóki nie odżegna się od ONR, rozgrzeszenia nie będzie.
 

 
Gdyby całkowicie zamknąć oczy na kontekst – czyli samego autora – to „Siłę i Honor” można uznać za płytę patriotyczną, nawiązującą do najbardziej bolesnych chwil w dwudziestowiecznej polskiej historii. Nie można zarzucić Kukizowi pretensjonalności – w tym, co robi, jest autentyczny i całkowicie szczery. Niestety. Ponieważ trochę niepokoi mnie myśl o tym, co siedzi w głowie człowieka, który wydał ogrom energii i czasu na wydanie właśnie takiej płyty. Teksty są upiorne. Katyń, Niemcy, Rosjanie, wróg, trumna, śmierć, krew – a w końcu „wyrywanie chwastów z polskiej ziemi”. Prrr. Może herbatki? Może pan na chwilę odpocznie, policzy do dziesięciu?
 
Nie przyjmuję argumentu, że o tych sprawach nie da się opowiadać bez patosu i epatowania makabrycznością – ponieważ udało się innym, na przykład Lao Che. Ich płyta „Powstanie Warszawskie” jest zresztą często przywoływana w komentarzach nowego albumu Kukiza jako kontrast i jako wzór.
 
Co tu dużo gadać … „Siła i Honor” leży i kwiczy także pod względem warsztatowym. Znajdzie się kilka udanych perełek – klimatyczna piosnka „Ratujcie nasze dusze”, a przede wszystkim industrialne granaty „Heil Sztajnbach”, „Koniec końców” i „Homo Politicus”. Jednak nawet przy nich musiałem się skupić na samej muzyce, ponieważ teksty są okropnie toporne, siermiężne. Jeszcze gorzej z pozostałymi utworami, które nie tyle są źle napisane, co skaleczone niskim poziomem produkcji. I nie, nie wierzę w to, że chodzi o świadomy zabieg, o stworzenie „retro feel” albo „garażowego dźwięku”. Płyta po prostu brzmi źle i tanio. Najbardziej żal mi surowego potencjału żołnierskiej ballady „17 września”, który został doszczętnie zniszczony przez absurdalne, syntetyczne trąbki i chórki.
 

 
Nie chcę być okrutny, ale w sumie trudno się dziwić radom redakcyjnym, że nie chciały promować takiego wydawnictwa. Niemniej jednak płyta jest głosem, którego należy wysłuchać. Chociażby tylko raz.
 

The post Recenzja: Paweł Kukiz „Siła i honor” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/12/05/recenzja-pawel-kukiz-sila-i-honor-2012/feed/ 2
Recenzja : Lana Del Rey „Born To Die” (2012) /2012/03/06/recenzja-lana-del-rey-%e2%80%9eborn-to-die-2012/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-lana-del-rey-%25e2%2580%259eborn-to-die-2012 /2012/03/06/recenzja-lana-del-rey-%e2%80%9eborn-to-die-2012/#respond Tue, 06 Mar 2012 11:48:34 +0000 /?p=3909 Lana Del Rey to zjawisko, które trudno zaklasyfikować. Przez krytyków została okrzyknięta objawieniem, jej kariera przeżywa rakietowy start, który zdaje się już łamać jej kręgosłup. Skąd się wzięła? Dokąd zmierza? Na początek podsumujmy – kim jest Lana? To 25-letnia piękność o satynowym, hipnotyzującym głosie zmęczonej wokalistki barowej w luksusowym hotelu; inteligentna córka milionera, traktująca karierę […]

The post Recenzja : Lana Del Rey „Born To Die” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Lana Del Rey to zjawisko, które trudno zaklasyfikować. Przez krytyków została okrzyknięta objawieniem, jej kariera przeżywa rakietowy start, który zdaje się już łamać jej kręgosłup. Skąd się wzięła? Dokąd zmierza?

Na początek podsumujmy – kim jest Lana? To 25-letnia piękność o satynowym, hipnotyzującym głosie zmęczonej wokalistki barowej w luksusowym hotelu; inteligentna córka milionera, traktująca karierę nie jako prezent kupiony przez tatusia, ale jako bardzo osobisty monolog z odbiorcami; jeszcze w 2008 roku śpiewała pod pseudonimem Lizzy Grant. Wtedy po raz ostatni występowała „w cywilu”, w kilka miesięcy później pojawia się Lana Del Rey – połączenie femme fatale i kruchej alternatywnej wokalistki, kobiety Bonda z introwertyczną dziewczyną z sąsiedztwa.

To właśnie ta tajemnicza mikstura pociąga krytyków i fanów. W Internecie pojawiło się kilka filmów z koncertów – wnikliwy obserwator zauważy, że młoda wokalistka nie czuje się na scenie pewnie, zachowuje się nieśmiało, a nawet niezręcznie. Tak, jakby jej wizerunek sceniczny został wykonany na wyrost.

Lana Del Rey nie jest jednak kolejną pustą gwiazdką muzyki pop, która zrobi wszystko, aby przeforsować sobie drogę na duże sceny. Z wywiadów wynika, że Lana dużo czyta (i nakłania do tego swoich fanów), ale też targają nią wątpliwości i kompleksy. W rozmowie dla MySpace stwierdziła, że zawsze pociągała ją wizja kreowania życia jako dzieła sztuki.

Dość jednak o otoczce, rzućmy uchem na to, co pojawiło się na najnowszym, drugim z kolei albumie. Trudno umiejscowić muzycznie to, co dzieje się na przestrzeni tych  piętnastu piosenek. Całkowicie wbrew trendom nie ma żadnych nawiązań do sceny r’n’b – nawet w subtelny, „biały” sposób, dzięki któremu wywalczyły swoje pozycje Adele czy Amy Winehouse. Inspiracje elektroniczne zaledwie lekko koloryzują szczegóły, jednak poza tym całe pole należy do aranżacji smyczkowych, suchych gitar i damskich chórków rodem z lat 50tych. Całkiem możliwe, że inspiracja pochodzi z filmów Davida Lyncha, które wokalistka bezkrytycznie podziwia.

Podobnie ma się rzecz z wokalem – próżno tu szukać szufladki. Jako swoich idoli Del Rey wymieniła Elvisa Presleya i Kurta Cobaina. Co za kombinacja! Dzięki chłodnemu, jakby lekko spóźniającemu się wokalowi Del Rey porównywana jest do Nancy Sinatra. Trudno się nie zgodzić, słuchając na przykład tytułowego utworu płyty lub kompozycji „Video Games” lub „Dark Paradise”. W niektórych utworach („Blue Jeans”, „Lucky Ones”) leciutko przebrzmiewa barwa głosu Kate Bush. Być może komuś przypomni się też Tanita Tikaram. Bezradnie rozkładam ręce.

Płytę „Born To Die” należy docenić nie tylko ze względu na kawał solidnie wykonanej roboty, ale też za odwagę artystyczną. Lana Del Rey nie poszła na łatwiznę – i od kilku miesięcy zbiera za to zasłużony plon, aktualnie wspięła się na pierwsze miejsce list już w 14 krajach. Oby przy tym przyspieszeniu nie spaliła się w stratosferze.

Posłuchaj, jeśli lubisz : Nancy Sinatra, PJ Harvey, Imogen Heap

Warto spróbować : Born To Die, Off To Races, National Anthem 

The post Recenzja : Lana Del Rey „Born To Die” (2012) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/03/06/recenzja-lana-del-rey-%e2%80%9eborn-to-die-2012/feed/ 0
Recenzja : Kim Nowak „Kim Nowak” (2010) /2011/03/10/recenzja-kim-nowak-%e2%80%9ekim-nowak%e2%80%9d-2010/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-kim-nowak-%25e2%2580%259ekim-nowak%25e2%2580%259d-2010 /2011/03/10/recenzja-kim-nowak-%e2%80%9ekim-nowak%e2%80%9d-2010/#respond Thu, 10 Mar 2011 10:05:55 +0000 /?p=3129 Ciekawa zależność – czym niżej upada polska kinematografia, tym wyżej szybuje muzyka. Podczas gdy czeska scena muzyczna nadaremnie próbuje osiągnąć chociażby przeciętny poziom zachodniej produkcji sprzed pięciu lat, w Polsce pojawiają się płyty żywo reagujące na trendy, a nawet dalece je wyprzedzające. Taki jest właśnie nowy projekt braci Waglewskich. Trio Fisz, Emade plus Michał Sobolewski […]

The post Recenzja : Kim Nowak „Kim Nowak” (2010) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Ciekawa zależność – czym niżej upada polska kinematografia, tym wyżej szybuje muzyka. Podczas gdy czeska scena muzyczna nadaremnie próbuje osiągnąć chociażby przeciętny poziom zachodniej produkcji sprzed pięciu lat, w Polsce pojawiają się płyty żywo reagujące na trendy, a nawet dalece je wyprzedzające. Taki jest właśnie nowy projekt braci Waglewskich.

Trio Fisz, Emade plus Michał Sobolewski z niczym się nie patyczkuje. Kim Nowak to surowe uderzenie w przewody słuchowe, brawurowe połączenie muzyki garażowej i szorstkiego wokalu zanurzone w gęstej mazi muzyki lat 60tych i 70tych. Wystarczy zresztą spojrzeć na okładkę, by domyślić się, że w środku czekają na nas piece Marshalla, odrapane gitary i dźwięki tamburynu.

Idealnym przykładem jest pierwszy singiel, „Szczur”. Fuzzowy przester przypominający pierwsze nagrania Breakoutu Tadeusza Nalepy, tekst wyszczekiwany przez megafon, ascetycznie prosta sekcja rytmiczna, jęk organów, ekstatyczne sprzężenia zwrotne, solówka brudna i mulista jak brzegi Mississipi. Chryste, co za power.

Utwór „Pistolet” otwiera riff całkowicie otwarcie zerżnięty z Hendrixa, w refrenie wchodzą wokalizy z głębokim, psychodelicznym echem, całość zamyka marszowe outro na perkusji. Krótkie utwory – niektóre o długości zaledwie dwóch minut –  odkrywają nuty Led Zeppelin, Cream, Deep Purple czy też Jefferson Airplane, retro-atmosfera zaskakująco dobrze współgra ze wspominanym punkowym „szczekaniem” do mikrofonu.

Tu też kryje się chyba jedyny słaby punkt płyty – maniera wokalna Fisza staje się po czasie irytująca, co prawdę powiedziawszy psuje kilka naprawdę niezłych momentów płyty.

Dzięki tej mieszance starego z nowym nie raz i nie dwa zapachnie klimatem wczesnych lat 90tych, kiedy to hard rock powrócił rykoszetem na fali crossovera stylów muzycznych w twórczości grup Rage Against The Machine, The Bestie Boys lub Lenny’ego Kravitza.

Konkluzja? Generalnie jednak jestem na tak. Stosuję jako środek przeciwwymiotny po obejrzeniu niedawnych czeskich nagród muzycznych.

Warto spróbować :  Szczur, Pistolet, AAA!

The post Recenzja : Kim Nowak „Kim Nowak” (2010) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/03/10/recenzja-kim-nowak-%e2%80%9ekim-nowak%e2%80%9d-2010/feed/ 0
Recenzja : Radiohead „The King Of Limbs” (2011) /2011/03/05/recenzja-radiohead-%e2%80%9ethe-king-of-limbs%e2%80%9d-2011/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-radiohead-%25e2%2580%259ethe-king-of-limbs%25e2%2580%259d-2011 /2011/03/05/recenzja-radiohead-%e2%80%9ethe-king-of-limbs%e2%80%9d-2011/#respond Sat, 05 Mar 2011 10:47:28 +0000 /?p=3114 Nowa płyta trafiła na wirtualne półki znienacka, bez zapowiedzi. Czyżby Radiohead aż tak wstydzili się swojego najnowszego dzieła? Na pewno nie jest aż tak źle, to po prostu kolejny z eksperymentów, którymi Radiogłowi testują mechanizmy rynku muzycznego. Wcześniej wydali płytę, za którą każdy mógł płacić, ile chce, tym razem całkowicie zablokowali wszystkie kanały promocyjne. Zabawa […]

The post Recenzja : Radiohead „The King Of Limbs” (2011) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Nowa płyta trafiła na wirtualne półki znienacka, bez zapowiedzi. Czyżby Radiohead aż tak wstydzili się swojego najnowszego dzieła?

Na pewno nie jest aż tak źle, to po prostu kolejny z eksperymentów, którymi Radiogłowi testują mechanizmy rynku muzycznego. Wcześniej wydali płytę, za którą każdy mógł płacić, ile chce, tym razem całkowicie zablokowali wszystkie kanały promocyjne. Zabawa raczej z nudy i ciekawości, niż w celu dokonania rewolucji. I podobnie wygląda też zawartość płyty.

Wielu recenzentów uważa nowy krążek za niedopracowany, niedogotowany. Skromna objętość (8 kawałków, 38 minut) na szczęście wychodzi na dobre ogólnemu odbiorowi – po dobrzmieniu ostatniego kawałka płyta aż prosi się o ponowne wysłuchanie.

Wbrew modłom starych fanów Radiohead nie zamierzają wrócić do rockowego brzmienia, coraz głębiej zanurzają się w sfery nibydźwięków, pogłosów i niedopowiedzeń. Chociaż na płycie nie ma pierwszoplanowo porywających kawałków (takich, jak „15 Steps” na „In Rainbows” albo „2+2=5” na „Hail To The Thief”), to już przy drugim przesłuchaniu motywy zaczynają się nakładać, wrastać pod skórę.

W melodiach utworów „Little by Little” oraz „Lotus Flower” odbijają się echem czasy największej świetności zespołu. W kompozycji „Codex” jękliwy wokal Thoma Yorka owijają rozmyte dźwięki trąbek i dzwonków – w takich chwilach trudno zgodzić się z twierdzeniem, że chodzi o płytę wyplutą w pośpiechu.

„Radiohead” stają się kwintesencją inteligentnej muzyki rockowej. Gęste rozgałęzienia aranżacji w trakcie odtwarzania na dobrym sprzęcie oferują dodatkowe, ukryte źródła muzycznych uniesień.

Jednocześnie kapeli udaje się omijać skały pozerstwa i snobizmu, o jakie z reguły rozbijają się zespoły rocka progresywnego. Radiogłowi mieszają skomplikowane, przemyślne warstwy rytmiczne i harmonijne z fleszami improwizacji i chaosu.

Płyta nie rzuca na kolana, raczej uwodzi wysublimowanymi smaczkami. To podejście nadal się sprawdza, pozostaje jednak pytanie – jak długo jeszcze?

The post Recenzja : Radiohead „The King Of Limbs” (2011) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/03/05/recenzja-radiohead-%e2%80%9ethe-king-of-limbs%e2%80%9d-2011/feed/ 0
Recenzja : Foals „Total Life Forever” (2010) /2011/02/03/recenzja-foals-%e2%80%9etotal-life-forever%e2%80%9d-2010/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-foals-%25e2%2580%259etotal-life-forever%25e2%2580%259d-2010 /2011/02/03/recenzja-foals-%e2%80%9etotal-life-forever%e2%80%9d-2010/#comments Thu, 03 Feb 2011 08:59:44 +0000 /?p=3041 Czy będziesz, czy będziesz tam dla mnie? Zdradzisz mnie, czy uratujesz? Uratujesz przed Tobą. Brytyjski zespół Foals wpychany jest dosłownie w dziesiątki szufladek muzycznych. Indie rock z domieszką post-rocka? Math rock? Alternative dance-punk? To z reguły dosyć niebezpieczna sytuacja, ponieważ bezpruderyjność w krzyżowaniu stylów stanowi wyzwanie dla potencjalnych słuchaczy. Takie salto mortale udaje się tylko […]

The post Recenzja : Foals „Total Life Forever” (2010) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Czy będziesz, czy będziesz tam dla mnie? Zdradzisz mnie, czy uratujesz? Uratujesz przed Tobą.

Brytyjski zespół Foals wpychany jest dosłownie w dziesiątki szufladek muzycznych. Indie rock z domieszką post-rocka? Math rock? Alternative dance-punk? To z reguły dosyć niebezpieczna sytuacja, ponieważ bezpruderyjność w krzyżowaniu stylów stanowi wyzwanie dla potencjalnych słuchaczy. Takie salto mortale udaje się tylko nielicznym. I Foals z pewnością należą do tej elity.

Jeżeli zapytacie mnie „jak to brzmi”, to mogę wymienić wiele całkowicie niepowiązanych ze sobą zespołów muzycznych. Pierwszym singlem nowego – drugiego z kolei – krążka jest „Spanish Sahara”, utwór z początku zmarznięty, niepozorny, ale rozwijający się w porywach aż do wspaniałego rozkwitu. W połączeniu z wideoklipem utrzymanym w chłodnej, melancholijnej tonacji mamy tu kawałek, który mógłby się znaleźć na płycie jakiejś islandzkiej gwiazdy gatunku post-rock.

Drugi singiel pochodzi z całkowicie odmiennej półki rocka niezależnego – „Miami”, z którego pochodzi cytat z pierwszego akapitu – to przekorny kawałek przywołujący na myśl twórczość którejś z kapel gitarowej sceny w Manchester. Do tego teledysk – eksplozja kolorów, prawie surrealistyczne, zwolnione ujęcia bitwy między kulturystami a transwestytami.

Foals nie stawiają jednak tylko na efekt – chwytliwe melodie, teksty pisane z głową, a i aranżacje niegłupie są. Każdy utwór to inna wioska – marszowa rytmika w„After Glow”, szczypta Radiohead w „2 Trees”, wybuch pozytywnych emocji w „This Orient”. Po prostu płyta, której warto słuchać w całości.

Od dawna poszukiwałem inteligentnego, świeżego, alternatywnego rocka, z frustracją odnajdując kapele, które spełniały najwyżej dwa z powyższych trzech wymogów. Dziękuję, chłopcy.

Warto spróbować :  Spanish Sahara, Miami, After Glow

WEB : link

The post Recenzja : Foals „Total Life Forever” (2010) first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2011/02/03/recenzja-foals-%e2%80%9etotal-life-forever%e2%80%9d-2010/feed/ 3