Unia Europejska - Darek Jedzok / blog & archiwum Thu, 23 Jun 2016 07:21:11 +0000 en-US hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Felieton 264 – Brexit. Operacja udana, pacjent zmarł. /2016/06/23/felieton-264-brexit-operacja-udana-pacjent-zmarl/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-264-brexit-operacja-udana-pacjent-zmarl Thu, 23 Jun 2016 07:11:24 +0000 /?p=5221 Nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być jeszcze gorzej. Kryzys ekonomiczny, fala uchodźców i zagrożenie terrorystyczne zaczęły podmywać filary Unii Europejskiej. Trzymajcie się, Brexit idzie. Już wkrótce Brytyjczycy postanowią, czy dalej będą się bawić z innymi krajami w Europę, czy też wrócą do własnej piaskownicy. Nam pozostaje obserwować to widowisko z bezpiecznej odległości, […]

The post Felieton 264 – Brexit. Operacja udana, pacjent zmarł. first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być jeszcze gorzej. Kryzys ekonomiczny, fala uchodźców i zagrożenie terrorystyczne zaczęły podmywać filary Unii Europejskiej. Trzymajcie się, Brexit idzie.

Już wkrótce Brytyjczycy postanowią, czy dalej będą się bawić z innymi krajami w Europę, czy też wrócą do własnej piaskownicy. Nam pozostaje obserwować to widowisko z bezpiecznej odległości, jak płonącą stodołę sąsiada, chociaż w obu przypadkach bezpieczeństwo jest tylko pozorne i chwilowe. Ogień, szelma, lubi się szerzyć, a następstwa ewentualnej dezercji Brytyjczyków prędzej czy później osmalą i nasze podwórko.

Europa stała się po części ofiarą własnego sukcesu. Z punktu widzenia mieszkańców Azji czy Afryki jesteśmy bandą spasionych malkontentów, którzy po kilku dekadach pokoju i dobrobytu z braku laku zaczynają narzekać na to, że ktoś im prostuje ogórki.

Oczywiście Unia też sama na to zasłużyła. To, co miało być progresywną, dynamiczną instytucją, w ciągu kilku dekad zmieniło się w ogólnokontynentalną hodowlę trutniów prima sort. A leku ni ma. Entuzjaści dalej idą w zaparte i twierdzą, że wszystko gra, podczas gdy próby krytyki podejmują z reguły betonowi eurosceptycy, którzy tak naprawdę nie chcą leczenia, ale jak najszybszej EUtanazji.

W takich warunkach trudno osiągnąć jakąkolwiek poprawę, jednak nadal wierzę, że pomimo wszystkich tych problemów kuracja jest możliwa i konieczna. Mamy zbyt wiele do stracenia.

Chociaż więc sytuacja nadal wygląda naprawdę niewesoło, uciszam w sobie wiecznego pesymistę i marzę, że dojdzie do jakiegoś nieoczekiwanego zwrotu akcji – że Europa przetrzyma tę zawieruchę i że nie będziemy musieli wyjaśniać przyszłej generacji jakim cudem zatopiliśmy jeden z najbardziej ambitnych, pokojowych projektów w historii.

Może za dwadzieścia lat spojrzymy na ten moment historii jak na rodzinne zdjęcia z lat 80. – z mieszanką rozbawienia, zażenowania i ulgi, że te dziwne, ekscentryczne czasy już minęły. Mam nadzieję, że Brexit będzie kiedyś takim odpowiednikiem utlenionej trwałej i neonowych gaci.


Tekst ukazał się drukiem w Głosie Ludu, gazecie Polaków w Republice Czeskiej

The post Felieton 264 – Brexit. Operacja udana, pacjent zmarł. first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Felieton 202 – Ofiary Europy /2012/03/24/felieton-202-ofiary-europy/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-202-ofiary-europy /2012/03/24/felieton-202-ofiary-europy/#comments Sat, 24 Mar 2012 09:01:26 +0000 /?p=3927 Nic tak mnie nie denerwuje jak malkontenctwo i sytuowanie się w pozycji pokrzywdzonego. Chociaż więc nie jestem żadnym entuzjastą Unii Europejskiej, powoli zaczyna mi się przejadać nieustający marsz samozwańczych ofiar eurokołchozu.   Struktury Unii z pewnością wymagają krytyki. Ostrej, ale rzeczowej. Tymczasem co rusz pojawiają się fantastyczne, wyssane z palca doniesienia o tym, jak to […]

The post Felieton 202 – Ofiary Europy first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Nic tak mnie nie denerwuje jak malkontenctwo i sytuowanie się w pozycji pokrzywdzonego. Chociaż więc nie jestem żadnym entuzjastą Unii Europejskiej, powoli zaczyna mi się przejadać nieustający marsz samozwańczych ofiar eurokołchozu.

 

Struktury Unii z pewnością wymagają krytyki. Ostrej, ale rzeczowej. Tymczasem co rusz pojawiają się fantastyczne, wyssane z palca doniesienia o tym, jak to eurokraci ograniczają naszą wolność osobistą. Absolutna większość tych sensacji szybko zostaje obalonych, ale tym nikt już się nie interesuje. Jak w starym dowcipie – oskarżymy kolegę o kradzież, a gdy pieniądze się znajdą, to nadal go nie lubimy, bo „niesmak pozostał”.

Tak było z kontrowersyjną ustawą o ziołolecznictwie. W Internecie zawrzało, wszystkie „zielone” organizacje podniosły rwetes, głosząc, że „brukselski reżim zakazał ziołolecznictwa”. Nikt nie przeczytał tekstu ustawy, która wręcz przeciwnie – ma umożliwić sprzedaż ziół w aptekach i wprowadzić ziołolecznictwo do medycyny konwencjonalnej. Nikomu nie zabrania zbierania ani legalnego sprzedawania ziół, wprowadza jedynie minimalne wymogi jakości dla produktów, które mają nosić nazwę „lekarstwa”.

Aby jednak było zabawniej, do opery jęków dołączają też środowiska, które zwykle zwalczają „ekoterrorystów” (wspaniale paranoidalne określenie). Aktualnie wszyscy żyjemy aferą „jajkową”. W czasach, kiedy co kilka dni publikowane są zatrważające wyniki badań jakości pożywienia sprzedawanego w hipermarketach, oburza nas informacja o … podniesieniu standardów. Za ograniczenie naszej wolności uważamy prawo, które wymusza na producentach, aby zagwarantowali hodowanym zwierzętom nieco lepsze warunki i w konsekwencji przestali nas karmić śmieciami.

Tutaj załamują się trochę wizje zwolenników wolnego rynku, którzy wierzą w to, że mądry konsument sam wybierze dobrą jakość. Okazuje się, że ludzie wolą kupować na przykład szynkę faszerowaną wodą, hormonami i chemikaliami, byle była tania. Co tanie, to dobre.

Nie czuję się ograniczany przez te nowe normy bezpieczeństwa. Tak samo, jak nie ogranicza mnie zakaz przechodzenia przez ulicę na czerwonym świetle, obowiązkowa szczepionka albo nakaz wysłania dziecka do szkoły.

Dajmy jednak na to, że popadnę w negatywizm i odrzucę UE jako pastwisko dla otyłych urzędników, szwedzki stół dla kombinatorów rozkradających dotacje lub jako dyktaturę ograniczającą wolność obywateli do głupich i niebezpiecznych zachowań – na przykład gmerania gwoździem w uchu lub skoków bungee na gumce od majtek …

Nawet wtedy Unia zachowałaby jedną ważną zaletę – rolę uniwersalnego, jasno określonego winowajcy dla wszystkich zgorzknialców bez względu na światopogląd i przekonania polityczne. Dajcie dziecku zajęcie, to nie nabroi. Dopóki zakute, radykalne łby mają wspólnego chłopca do bicia, możemy spać spokojnie.

 

The post Felieton 202 – Ofiary Europy first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2012/03/24/felieton-202-ofiary-europy/feed/ 1
Logo Zaolzia /2007/08/16/logo-zaolzia/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=logo-zaolzia /2007/08/16/logo-zaolzia/#comments Thu, 16 Aug 2007 11:39:28 +0000 /?p=154   Pisałem dwa lata temu na łamach Kalendarza o „syndromie Maugliego”, na który moim zdaniem choruje Zaolzie. Jeden Bóg wie czemu niektórym ludziom wcale się owo porównanie nie podobało – przy czym z reguły chodziło właśnie o osobników rzeczywiście stawiających się w sytuacji dzieci oderwanych od ludzkiej Matki i wychowanych wśród wilków po drugiej stronie […]

The post Logo Zaolzia first appeared on Darek Jedzok.

]]>
 

Pisałem dwa lata temu na łamach Kalendarza o „syndromie Maugliego”, na który moim zdaniem choruje Zaolzie. Jeden Bóg wie czemu niektórym ludziom wcale się owo porównanie nie podobało – przy czym z reguły chodziło właśnie o osobników rzeczywiście stawiających się w sytuacji dzieci oderwanych od ludzkiej Matki i wychowanych wśród wilków po drugiej stronie rzeki.

 

 

Tak czy owak w ciągu tych dwóch lat nie doszło do żadnej znaczącej zmiany – poznałem jednak wielu nowych ludzi po obu stronach Olzy i wrosłem co nieco w cieszyńskie środowisko studenckie, co dało mi nie tyle możliwość lepszej oceny aktualnej sytuacji, ile pozwoliło porozmyślać o możliwych scenariuszach dalszego rozwoju naszej społeczności.

 

Podstawowe spostrzeżenie brzmi tak – ciągle trapią nas te same bolączki, 17 lat po rewolucji ciągle żyjemy w przeświadczeniu, że „ci na górze” jakoś to załatwią a jak nie, to zawsze przecież można się poużalać nad pianką chmielowego napoju. Hasłem wygrawerowanym złotymi literami na ścianach naszych świetlic jest slogan „siedź w kóncie, bałamóncie, jakeś dobry, znajdóm cie”.

 

Kto nas kupi?

 

Jednym z najbardziej czułych miejsc naszego życia kulturalnego jest bowiem z pewnością tragiczne wprost ignorowanie podstawowych zasad marketingu i propagacji. Zobaczyć zorganizowaną przez nas solidnie przeprowadzoną akcję reklamową to tak, jakby złapać jednorożca. Zdarza się, że nawet nasze największe i najważniejsze imprezy poprzestają na klasycznym rozlepieniu plakatów – wyjątek stanowią może oba Zloty, CieLaF (vel TrzyLaF) czy Gorol. Organizatorzy żyją pewnie w przekonaniu, że tradycyjna  jakość obroni się sama i nie wolno jej kalać reklamą, w wyniku czego impreza bez względu na skład jej programu prezentuje się jako mdła i skostniała.

 

A co niby mieliby zrobić – zapytacie? A no – wystarczy wysłać folklorystę do którejś z regionalnych stacji radiowych kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu. Zaangażować kilku studentów do rozdania ulotek na mieście. I wreszcie – przyczaić się przy wyjściu z gimnazjum czy szkoły ekonomicznej i capnąć pierwszego lepszego informatyka, by za cenę „dziękuję” zrobił w miarę przyzwoite strony internetowe.

 

Na razie jest bowiem tak, że o ile jakiś zdolny grafik cudem stworzy w miarę ciekawy (dla wszystkich pokoleń) pomysł, to organizatorzy wykorzystają go tylko na afiszach, w związku z czym tworzy on w zestawieniu z pozostałymi materiałami propagacyjnymi dziki kolaż niespójnych elementów. Ośmielam się też stwierdzić, że nie ma na Zaolziu ANI JEDNEJ poprawnie działającej i atrakcyjnej witryny internetowej. To, co wisi bezwładnie w naszej sieci, jest albo technologicznym, przestarzałym dziadostwem albo graficznym oczopląsem albo – w najlepszym wypadku – schludnym miejscem do zdobycia pliku nudnych informacji.

 

Smutne jest to, że nawet wspomniane wyżej imprezy kulturalne nie są w stanie utrzymać kontaktu z potencjalnymi uczestnikami poprzez stworzenie prężnie działającej strony WWW z forum dyskusyjnym i aktualizowanymi nowościami.

 

Wynajęcie oficjalnej domeny .com kosztuje już od niespełna 300 koron na rok. Komercyjne są za darmo. Mówię o tym, bo tutaj oczywiście od razu pada argument, skąd nasze organizacje mają na to wszystko wziąć pieniądze. Jak mówi klasyk – odpowiedzi są proste jak bułgarskie striptizerki.

Trzeba otworzyć buzię, spytać o radę i dotrzeć do kontaktów. Zapytać młodszych, jak to robią. Przy trosze szczęścia można stworzyć ekipę twórców pracujących ochotniczo i obniżyć w ten sposób całe koszty do zera. O ile zaś nie ma żadnych ludzi chętnych do współpracy non-profit, wtedy pozostaje druga alternatywa.

 

Unia.

 

Być może kiedyś dożyjemy się czasów, kiedy w radzie organizacyjnej danej akcji miejsce konsultanta do spraw pieczenia pączków zajmie człowiek mający na głowie pisanie wniosków o dotacje unijne. Zaolziańskie organizacje młodzieżowe czynią w tym kierunku pierwsze nieśmiałe kroki, od pewnego czasu z tego źródła regularnie korzysta Kongres Polaków i już teraz widać, że jest to sposób na stosunkowo łatwy sposób na zdobycie dużej ilości funduszy. Dla chcącego nic trudnego, wystarczy dobrze ułożyć projekt. A pieniądze można dostać na wszystko – kursy, wycieczki, koncerty, samochody a nawet budynki … to gdzie jest problem?

 

Będzie lepiej?

 

W opłakanym stanie znajdują się nie tylko nasze struktury organizacyjne, ale – co za tym idzie – także i sam schemat naszej autopropagacji. Możemy tylko zgrzytać zębami z zazdrości obserwując sprawne poczynania innych grup mniejszościowych. Przez zamykanie się w gorsecie własnej społeczności skazujemy się na izolację, która prowadzi później do nieporozumień.

 

Komunikując z mrowiem Czechów i Polaków nie spotkałem się praktycznie z żadnymi negatywnymi reakcjami. Podobne doświadczenie ma, jak sądzę, większość członków młodszej generacji Zaolziaków. Młodzi ludzie nie znają być może dokładnych dat miejscowych wydarzeń z okresu międzywojnia, zapytani potrafią jednak bez moralizowania wyjaśnić, skąd u licha bierze się Polak w Ostrawie czy Hawierzowie.

 

Do najbardziej zaś ciekawych wydarzeń należą spotkania młodzieży zaolziańskiej z tą pochodzącą z polskiej strony Śląska. I abstrahuję w tym momencie od faktu, że sam znalazłem sobie połówkę w Tychach, w związku z czym udało mi się odkryć całe mrowie wspólnych elementów kulturowych. Punktem przełamującym lody jest tutaj sam nośnik kultury – język. Scenariusz z reguły przebiega podobnie – dyskutuję z jakimś Polakiem na dowolny temat, kiedy nagle przyplątuje mi się niechcący jakieś słówko „po naszymu”. Rozmówca zamiera, po czym pyta z rozwagą „Coś to teraz powiedzioł? Tyś je nasz? Ja?” Przytakuję nieśmiało, twarz rozmówcy promienieje a reszta rozmowy przebiega już o wiele swobodniej w gwarze śląskiej. „Przeca nie bedymy mówić jak Gorole, ni?” (Gorol = Polak spoza Śląska). Nie zamierzam tutaj propagować jakichś tez zjednoczeniowych – chciałbym po prostu zaznaczyć, że wcale nie jest tak, że jesteśmy otoczeni przez samych wrogów.

 

W jednym z felietonów opublikowanych na łamach Głosu Ludu pisałem o ciekawym zestawieniu pojęcia „krzywda śląska” (opisanemu między innymi w publikacjach Gerlicha czy Simonides) z nie nazwanym na razie poczuciem krzywdy „zaolziańskiej”.

 

Jak to możliwe, że chociaż żyje nas tutaj kilkadziesiąt tysięcy, wielu Czechów (jak i rdzennych Polaków) ciągle się dziwi, skąd się tu wzięliśmy? To nie ich wina, ale NASZA. Wegetujemy tutaj na tym skrawku ziemi, czekając na pomocną dłoń, zamiast próbować własnych sił. Brak pomocy odbieramy jako zdradę albo wręcz przejaw wrogości.

 

A gdzie nić Ariadny?

 

Fakt faktem, że każdy człowiek kreuje swój światopogląd na podstawie własnych doświadczeń życiowych. I o ile nasza społeczność ma się uchować w relatywnym zdrowiu, nie powinniśmy odrzucać żadnych pomysłów na podtrzymywanie jej egzystencji. Być może uda nam się połączyć wiedzę i tradycje z elastycznością i młodzieńczym zapałem.

 

Aby to osiągnąć, trzeba podtrzymywać dyskusję, konfrontować idee i wspierać wszelkie typy działalności twórczej. A niezależnie od tego – i tu zamykam krąg w moich rozważaniach – powinniśmy zsumować doświadczenia każdej generacji i stworzyć własne, rozpoznawalne logo, wiązkę symboli. Korzystając z języka hipermarketów – powinniśmy ułożyć własną ofertę, listę produktów, które mogą być „sprzedawane” pod marką Zaolzia. Mniejszość taka jak nasza, z bagażem własnych zwyczajów, historii, tradycji, ale też endemicznych zjawisk kulturowych nie może przecież mieć z tym najmniejszych problemów.

 

Jeżeli to się kiedyś uda, z niekonkretnej masy wyłoni się jasny, wyrazisty kształt, który nie dość, że zapadnie w pamięć obcym, ale z którym będziemy się mogli zidentyfikować nie tylko my, ale i przyszłe pokolenia.

 

P.S.

 

Aby nie być oskarżonym o pustosłowie, oto mój e-mail : darek.jedzok@gmail.com . Chętnie pomogę w załatwianiu kontaktów.

 

The post Logo Zaolzia first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2007/08/16/logo-zaolzia/feed/ 23