Zwrot - Darek Jedzok / blog & archiwum Tue, 17 Jul 2018 09:51:57 +0000 en-US hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Felieton 273 – Notatki spod Wieży Babel /2018/07/02/felieton-273-notatki-spod-wiezy-babel/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-273-notatki-spod-wiezy-babel Mon, 02 Jul 2018 09:37:16 +0000 /?p=5314 Od pewnego czasu pomieszkuję sobie na emigracji, mogę więc nausznie śledzić przemianę polszczyzny w barwnego „ponglisha”. Powiem Wam, piękna to katastrofa! Jakiś czas temu Polacy śmiali się łamańców językowych modelki „Dżoanny” Krupy, i ja też poznałem kilka osób, które na obczyźnie utknęły w podobnej otchłani między dwoma lingwistycznymi światami. Wcale nie zależy to od inteligencji […]

The post Felieton 273 – Notatki spod Wieży Babel first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Od pewnego czasu pomieszkuję sobie na emigracji, mogę więc nausznie śledzić przemianę polszczyzny w barwnego „ponglisha”. Powiem Wam, piękna to katastrofa!

Jakiś czas temu Polacy śmiali się łamańców językowych modelki „Dżoanny” Krupy, i ja też poznałem kilka osób, które na obczyźnie utknęły w podobnej otchłani między dwoma lingwistycznymi światami. Wcale nie zależy to od inteligencji czy wykształcenia – wszystko sprowadza się do talentu językowego, a raczej jego braku. Tak, jak są ludzie, którym słoń nadepnął na ucho i w życiu nie zaśpiewają czystej nuty, tak są i tacy, którzy nie utrzymają w głowie dwóch języków; jeżeli chcą się nauczyć nowego, muszą dokonać wyboru Zofii.

To pojedyncze, jaskrawe przypadki, jednak mniejsze lub większe potknięcia zdarzają się prawie wszystkim emigrantom. Sam staram się używać anglicyzmów tylko ironicznie i dbać o cnotę mojego polisza, ale cóż – i mnie czasem zdarza się trochę puścić.

Tym razem orania tedy nie będzie, nie zamierzam piętnować ludzi, którzy pogrześli mowę w pięć minut po rzuceniu ziemi skąd ich ród. Każdy ma inne priorytety, nie wszyscy noszą w portfelu fotkę Miodka.

Swoistym pocieszeniem jest fakt, że zapożyczenia językowe emigrantów rzadko przypominają szorstką korporacyjną nowomowę w stylu „zrób order ASAP, bo dedlajn idzie”. Niektóre angielskie słowa po przetrawieniu przez polski akcent brzmią zaskakująco swojsko, wchodzą w rozmowę jak w masełko. „Stoję na platformie (peronie)”, „Jutro wywożą rabisz (śmieci)”, „Spotkamy się w szopie (sklepie)”.

W dodatku niektóre zamiany są całkiem ekonomiczne – takie „słopnąć” (od „swap”) jest o całą sylabę krótsze od polskiego „wymienić”. Zamiast „włożyć do czytnika” możemy z kolei mówić „słajpnąć” (od „swipe”), a zaoszczędzony czas wykorzystać na spacery nad oceanem lub naukę gry na ukulele.

Zresztą nie tylko my zachwaszczamy swój język, zapożyczanie działa też w drugą stronę – zwłaszcza w przypadku wulgaryzmów, od których rodacy prawie zawsze zaczynają korepetycje z polskiego dla obcokrajowców. Znajomy Brazylijczyk, zapytany o postępy w nauce polskiego, z uśmiechem wyrecytował “czeszcz”, “jabko” i “leniwa menda”. Spotkałem też Wietnamczyka, który skwitował rozlanie zupy smutnym „kurła”, albo Szkota, który źle ocenił kaliber wyzwiska i zarzucił ostrym „He’s a fucking osiołek”.

Nie będę więc kruszył kopii, ostatecznie postanowiłem pójść w ślady strażaków z filmu Formana – skoro nie mogę ugasić pożaru, to przynajmniej se popatrzę, jak ładnie się pali.


Tekst ukazał się drukiem w miesięczniku Zwrot 05/2018

The post Felieton 273 – Notatki spod Wieży Babel first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Felieton 272 – Bo ci strzelę /2018/06/18/felieton-272-bo-ci-strzele/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-272-bo-ci-strzele Mon, 18 Jun 2018 08:59:53 +0000 /?p=5302 Różne rzeczy sprowadziliśmy z Ameryki. Były już pomidory i kukurydza, była kola i hamburgery, jazz i blues, kino samochodowe i pecety. Nie ma na razie masakr w szkołach, jednak jeszcze nic straconego – prace trwają. Nie jarają mnie lufy i kolby, ale wiem, że różne są gusta i koniki. W pewien sposób rozumiem więc fascynację […]

The post Felieton 272 – Bo ci strzelę first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Różne rzeczy sprowadziliśmy z Ameryki. Były już pomidory i kukurydza, była kola i hamburgery, jazz i blues, kino samochodowe i pecety. Nie ma na razie masakr w szkołach, jednak jeszcze nic straconego – prace trwają.

Nie jarają mnie lufy i kolby, ale wiem, że różne są gusta i koniki. W pewien sposób rozumiem więc fascynację bronią palną – nie rozumiem jednak jej gloryfikacji i urabiania na symbol demokracji.

Może to mieć jeszcze jakąś pokrętną logikę na gruncie Stanów Zjednoczonych, chociaż i tam chodzi o dziwny relikt z końca ery osadnictwa. Słynna druga poprawka do Konstytucji USA gwarantująca obywatelom dostęp do broni powstała w sytuacji, gdy na granicy czyhali Francuzi, w polu Indianie, w spiżarni niedźwiedź, a przeładowanie muszkietu zajmowało kilkanaście sekund. W dwieście lat później niedźwiedzie i Indianie siedzą w rezerwatach, Francuzi w kawiarniach… a cywile mogą legalnie kupić broń oddającą kilkaset strzałów na minutę.

W porównaniu z państwami o podobnej historii Stany Zjednoczone same stawiają się w roli głupiego Jasia. Kanada już dawno dostosowała prawo do nowych okoliczności, dzięki czemu może się pochwalić siedmiokrotnie niższymi statystykami zabójstw przy użyciu broni palnej. Australię zmusiła do tych zmian dopiero masakra w Port Arthur w 1996 roku, ale i ona w końcu pozbyła się złogów traperskiej i kowbojskiej mentalności.

To właśnie lokalna specyfika, a nie liczba posiadaczy broni odgrywa tutaj największą rolę. Nasi apologeci swobodnej strzelanki stawiają za przykład Szwajcarię – po pierwsze powołując się na przestarzałe statystyki (w ciągu ostatniej dekady ilość broni per capita spadła w Szwajcarii prawie o połowę), a – po drugie – ignorując fakt, że w odróżnieniu od kraju Białego Plusa temat powszechnego uzbrojenia jest dla nas mniej więcej tak egzotyczny, jak uliczny karnawał samby.

Serio, znam osoby, które co roku zalewają fejsbuki protestami przeciwko importowaniu Halloween do polskiej kultury, a jednocześnie starają się zaszczepić nad Wisłą model posiadania broni wzorowany na ustawie napisanej dla ludzi w futrzankach i z tomahawkiem w czaszce. Przecie to się kupy nie trzyma.

Wyobrażam sobie alternatywną rzeczywistość, w której nad Wisłą stara się lobbować grupka fanów kultury eskimoskiej. Bum. Eskimoski pop, T-shirty z foczej skóry, filmy akcji opisujące walki plemienne (Nanuk III: Krew na lodzie). W tej wersji wydarzeń hasło „Szkoła, kościół, strzelnica” (promowane kilka lat temu przez Grzegorza Brauna, kandydata na prezydenta), występuje w wersji „igloo, szaman, przerębla”, a wolnościowcy argumentują statystykami uzbrojenia Inuitów i głoszą zasadę „harpun w każdej rodzinie”. Prędzej czy później zaczną się zdarzać pierwsze masakry w szkołach dokonane przy użyciu tej broni, ale co wtedy robimy?

Zwiększamy ilość harpunów. Się wie.


Strona z codziennie aktualizowanymi statystykami ataków i wypadków z udziałem broni palnej w USA: www.gunviolencearchive.org

The post Felieton 272 – Bo ci strzelę first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Felieton 269 – Było lepiej /2018/04/08/felieton-269-bylo-lepiej/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-269-bylo-lepiej Sun, 08 Apr 2018 11:43:30 +0000 /?p=5273 O tym, jak mnie hip hop zasmucił, ale przy Orwellu mi przeszło. Żaden ze mnie koneser hip hopu, na mojej liście ulubionych gatunków muzycznych plasował się gdzieś w okolicach mongolskiego śpiewu gardłowego. Ale cóż – od czasu do czasu lubiłem se usiąść przy kominku, wypić cygaro, zapalić whisky i posłuchać historii z getta. I tak […]

The post Felieton 269 – Było lepiej first appeared on Darek Jedzok.

]]>
O tym, jak mnie hip hop zasmucił, ale przy Orwellu mi przeszło.

Żaden ze mnie koneser hip hopu, na mojej liście ulubionych gatunków muzycznych plasował się gdzieś w okolicach mongolskiego śpiewu gardłowego. Ale cóż – od czasu do czasu lubiłem se usiąść przy kominku, wypić cygaro, zapalić whisky i posłuchać historii z getta. I tak było gdzieś do przełomu tysiąclecia, kiedy motywem przewodnim większości kawałków stał się szmal, pupiaste niewiasty i impreza na maksa. Ostatni, bolesny cios zadało mi niedawno odkrycie tzw. „mumble rappers” (bełkoczących raperów), czyli pokracznych postaci o słownictwie i elokwencji pacjentów po poważnym urazie głowy.

„Oj, za moich czasów to jednak lepiej grali. I ambitniej. Co z tych młodych wyrośnie?” – poszeptał mi do ucha wewnętrzny moralizator, jednak szybko uciszyła go kolejna, niezbyt odkrywcza myśl. Otóż jest prawie pewne, że dzisiejsza młodzież wyrośnie na kolejną generację zniesmaczoną zachowaniem i upodobaniami swoich potomków, a więc kontynuująca tradycję, której korzenie sięgają epoki dolnego paleolitu („Po co dzieciakom te kamienie? Ja dusiłem antylopy gołymi rękoma i patrz, wyszedłem na małpoludzi.”)

Zresztą tęsknota do „starego, lepszego” jest często przebranym sentymentem do utraconej młodości, bez względu na to, czy jej lata przypadały na czasy wczesnego kapitalizmu, Zimnej Wojny, czy jeszcze innych Hitlerów. Bo wszystko wydaje się lepsze, kiedy jest się młodym – i niebo bardziej błękitne, i powietrze pachnie słodziej, nawet stokrotki pięknie kwitną na zgliszczach ratusza.

Zniesmaczenie gustem nastolatków też jest stare jak świat. Nauczyciel mojego taty surowo zabronił uczniom ozdabiać zeszyty zdjęciami Niemena, bo ten „wygląda jak baba i ryczy jak krowa”. Z kolei mój nauczyciel muzyki na lekcji o historii punk rocka zaczął kiedyś czytać relację z koncertu wokalisty o rzekomo nieprzyzwoitych, wulgarnych ruchach, przedstawiającego zagrożenie dla moralnego rozwoju młodzieży. Wbrew oczekiwaniom recenzja nie dotyczyła występu Sex Pistols, ale… Elvisa Presleya.

I jeszcze jedno. Wspomniany na starcie Orwell, opisując swoje wspomnienia z pracy księgarza, ubolewał nad tym, że wszystkie Dickensy i Jane Austen leżały odłogiem, podczas gdy ludzie masowo kupowali tanie romansidła pisarki Ethel M. Dell. Zeszła ze mnie para. Kto dzisiaj pamięta o jakiejś Ethel i kto za kolejnych 80 lat będzie pamiętał o jakimś bełkoczącym raperze? Esej Orwella dowodzi, że chała zawsze była obecna w kulturze, pod względem popularności biła na głowę dzieła wysokich lotów, ale – co najważniejsze – szybko znikała w odmętach historii.

Zamykam więc moralizatora na dwa spusty. Bez względu na to, czy się nie znam i szkaluję przyszłych klasyków, czy też psioczę na coś, co za kilka miesięcy lub lat zostanie zasłużenie zapomniane, jedno jest pewne – żyjemy w tym, co kiedyś będzie nazywane starymi, dobrymi czasami. Joł.


Tekst ukazał się drukiem w miesięczniku Zwrot 02/2018

The post Felieton 269 – Było lepiej first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Felieton 268 – Na niewiedzę /2018/03/06/felieton-268-na-niewiedze/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-268-na-niewiedze Mon, 05 Mar 2018 23:43:18 +0000 /?p=5249 No i stało się – wkroczyliśmy w osiemnasty rok trzeciego tysiąclecia. Codziennie słyszymy o rewolucjach w medycynie, transporcie, energetyce… tylko to społeczeństwo ciągle jakieś takie niemrawe. Nosimy w kieszeniach futurystyczne środki komunikacji, a wykorzystujemy je do szerzenia nonsensów, które powinny były wymrzeć przed epoką pary. Niektórzy eksperci uważają, że głównym winowajcą jest tutaj Internet, ta […]

The post Felieton 268 – Na niewiedzę first appeared on Darek Jedzok.

]]>
No i stało się – wkroczyliśmy w osiemnasty rok trzeciego tysiąclecia. Codziennie słyszymy o rewolucjach w medycynie, transporcie, energetyce… tylko to społeczeństwo ciągle jakieś takie niemrawe. Nosimy w kieszeniach futurystyczne środki komunikacji, a wykorzystujemy je do szerzenia nonsensów, które powinny były wymrzeć przed epoką pary.

Niektórzy eksperci uważają, że głównym winowajcą jest tutaj Internet, ta łatwo dostępna i bezdenna skarbnica wiedzy. Nikt już nie może się usprawiedliwiać brakiem wykształcenia lub pieniędzy, wszystkie informacje są na wyciągnięcie ręki, a nawet na kliknięcie palucha. Znacie ten kawał o facecie, który chwalił się w towarzystwie zdolnością szybkiego liczenia?

„Ok, ile jest 7 razy 135?”

„Osiemdziesiąt trzy!”

„Przecież to nawet nie było blisko…”

„Ale jak szybko!”. Badum tss.

W ciągu kilku minionych lat nieraz byliśmy świadkami tego, jak błędne, ale zdecydowane odpowiedzi zdobywały serca, rozstrzygały dyskusje i wygrywały wybory. Do programów śniadaniowych zapraszani są celebryci, którzy bez zająknięcia wypowiadają się na wszystkie możliwe tematy, począwszy od szczepień ludzi, a skończywszy na rozszczepieniu uranu.

Społeczeństwo wywiera na nas presję, abyśmy mieli wyrobione zdanie na każdy temat, więc oduczyliśmy się odpowiadać „nie wiem”. Wstydzimy się tych dwóch prostych słów, a przecież nie ma w nich niczego żenującego. Wręcz przeciwnie – to sokratejskie uznanie własnej niewiedzy wymaga dużej dawki rozsądku, odwagi i pokory.

Psycholodzy nazywają ten paradoks (nie)wiedzy efektem Krugera-Dunninga, jednak już wcześniej filozof Bertrand Russel trafnie ujął to zjawisko w sentencji „Problem z dzisiejszym światem polega na tym, że głupcy zawsze są pewni siebie, a ludzie rozsądni pełni są wątpliwości.”

Swoje trzy grosze wtrąciła też Wisława na obrażonych łapach. W swoim noblowskim odczycie Szymborska zauważyła, że dyktatorzy, fanatycy i demagodzy zawsze „wiedzą” i że ta wiedza im wystarczy, chociaż (a może nawet ponieważ) „nie wyłania ona z siebie nowych pytań”. Tymczasem „małe, ale mocno uskrzydlone nie wiem” stało i stoi u zarania największych odkryć i fascynacji, zawsze inspirowało do działania i naukowców, i poetów.

Z okazji nowego roku życzę więc nam wszystkim, byśmy odkryli na nowo urok i potencjał niewiedzy. Życzę nam, byśmy nie szli na łatwiznę i nie słuchali kusząco prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania; abyśmy nauczyli się mieć wątpliwość.

Ale czy to się uda? Jeżu, nie mam bladego pojęcia.


Tekst ukazał się drukiem w miesięczniku Zwrot 01/2018

The post Felieton 268 – Na niewiedzę first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Recenzja:  “Hospicjum Zaolzie” /2014/10/15/recenzja-hospicjum-zaolzie/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=recenzja-hospicjum-zaolzie Wed, 15 Oct 2014 11:57:28 +0000 /?p=4879 Masochiści całego Zaolzia łączcie się. Przyjezdny gad wyhodowany na tustelańskiej piersi postanowił nas opisać. I, co gorsza, świetnie mu idzie.     Od razu na początku muszę zaznaczyć, że moja recenzja nie będzie prawdopodobnie zupełnie bezstronna. Jot-Drużycki odwiedza nasze tereny już od ładnych kilku lat i w tym czasie wybudował rozległą sieć informacyjną, swoisty knajpanet, […]

The post Recenzja:  “Hospicjum Zaolzie” first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Masochiści całego Zaolzia łączcie się. Przyjezdny gad wyhodowany na tustelańskiej piersi postanowił nas opisać. I, co gorsza, świetnie mu idzie.  
 
Od razu na początku muszę zaznaczyć, że moja recenzja nie będzie prawdopodobnie zupełnie bezstronna. Jot-Drużycki odwiedza nasze tereny już od ładnych kilku lat i w tym czasie wybudował rozległą sieć informacyjną, swoisty knajpanet, w którego sidła nieraz udało mi się wpaść. Korzyść z tych spotkań jest zresztą obopólna – po przekazaniu swojej dawki plot i nowinek chętnie korzystam z rosnącego zbioru spostrzeżeń i powiedzonek (podczas ostatniego piwnego wywiadu po raz pierwszy usłyszałem ekumeniczne motto “ewangelik czy katolik – byle dobry alkoholik”).
 
Znam więc autora i zazdroszczę mu niezwykłego etnograficznego genu. Dzięki niemu w stosunkowo krótkim czasie wrósł w miejscową społeczność i poddał ją analizie, której owocem jest właśnie ta fioletowa książka, a raczej książeczka, książunia, bo całość ma raptem 70 stron. Co tu kryć – żadne z nas Trobriandy. Na tej skromnej przestrzeni zostaliśmy poddani szybkiej, ale pieczołowitej analizie. Jak zaś wskazuje sama nazwa – nie jest to radosna lektura.
 
Praktycznie każda kartka zalatuje poczuciem schyłkowości, które cementują cytaty samych Zaolziaków. W jednym z wywiadów karwiński pezetkaowiec mówi “Najwięcej tutejszych Polaków jest w tej chwili na cmentarzu, tam pod ziemią”. Zapraszam specjalistów od PR-u, aby przekuli to zdanie na hasło promujące naszą społeczność. Autor nie robi zresztą dobrej miny do złej gry i sam z rozbrajającą szczerością wyznaje, że przyjeżdża do nas, aby patrzeć, jak umieramy.
 
Nic dziwnego, że pojawiły się już pierwsze krytyczne reakcje. Niektórym czytelnikom nie podoba się wspomniana atmosfera publikacji, inni narzekają, że pan etnograf analizuje nas jak jakichś Buszmenów. Całkowicie rozumiem te reakcje – nie było jeszcze takiego zwierzęcia, któremu podobałaby się własna wiwisekcja.
 
Jakiś czas temu brytyjska antropolożka Kate Fox wydała książkę “Przejrzeć Anglików“, w której opisuje swoich rodaków tak, jakby byli egzotycznym, obcym plemieniem. Publikacja szybko trafiła na listę bestsellerów, jednak sama autorka wielokrotnie zaznaczała, ile wysiłku i stresu kosztował ją ten etnograficzny “krok wstecz”, utrzymanie profesjonalnego dystansu. Książka Drużyckiego potwierdza tezę, której bronię od lat – Zaolziacy nie powinni opisywać siebie samych. To zadanie dla ludzi “spoza”. Nie chodzi zaledwie o kwestię obiektywizmu, ale też pewnej zwięzłości, zdolności dokonywania syntezy, skrótów myślowych. “Hospicjum” napisane przez lokalsa byłoby nużącą epistołą zaplątaną w nieistotne niuanse.
 
Poza tym, że książka spełnia funkcję zwięzłego kompendium informacji o regionie, jest też – w najlepszym znaczeniu tych słów – łatwo przyswajalna, co w tym dziale literatury zakrawa na mały cud. “Hospicjum” to łyk orzeźwiającej wody po dziesiątkach dogłębnych, wyczerpujących i fantastycznie usypiających lektur o Zaolziu, które dotychczas obciążały półki biblioteczne.
 
Tyle o plusach. A minusy? Są pewne kwestie światopoglądowe, z którymi trudno mi się zgodzić. Wprawdzie autor sam nie określił swoich preferencji, jednak po przeczytaniu kilku stron nietrudno zgadnąć, że w odwiecznym dylemacie “region-państwo” (mała-duża ojczyzna) stoi po stronie biało-czerwonej. W kilku miejscach pisze o czeskiej propagandzie i nacjonalistycznych ekscesach, miłosiernie pomijając polskie wybryki. Cóż, to i tak małe piwo w porównaniu z większością zaolziańskich publikacji historycznych. Jakoś przeżyłem, mam już wytworzone przeciwciała.
 
Jedyną poważną wadą jest więc niedbała praca edytora/korektora tekstu – kreatywne podejście do zasad interpunkcji i bałagan panujący w niektórych zdaniach (“…jednak Emeryt uważa się on…”). Ta skaza faktycznie psuła mi czasami satysfakcję z lektury, mam więc nadzieję, że kolejne wydanie ukaże się po odpowiednim liftingu.
 
Piszę o kolejnym wydaniu, ponieważ jestem święcie przekonany, że wkrótce się ono pojawi. Musi. “Hospicjum Zaolzie” jest książką, na którą czekaliśmy od lat. Teraz marzenie się spełniło – i dobrze nam tak.
 
autor: Jarosław jot-Drużycki, wydawnictwo Beskidy
 
Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot

 

The post Recenzja:  “Hospicjum Zaolzie” first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Felieton 227 – Cieszyn odchamiony /2013/10/13/felieton-227-cieszyn-odchamiony/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-227-cieszyn-odchamiony Sun, 13 Oct 2013 17:27:27 +0000 /?p=4321 Mieszkam w Cieszynie od ładnych kilku lat i od początku odczuwałem dziwny, nieokreślony niedosyt. Niby miasto wypiękniało, nie szpecą go już przecież stare dworki szlacheckie zastąpione przez innowacyjną architekturę hipermarketową. Cieszyniacy trzymają też rękę na pulsie polskiego życia kulturalnego – w tym roku zaśpiewał dla nich Andrzej „Piasek” Piaseczny, a więc jak trochę poczekają, to […]

The post Felieton 227 – Cieszyn odchamiony first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Mieszkam w Cieszynie od ładnych kilku lat i od początku odczuwałem dziwny, nieokreślony niedosyt. Niby miasto wypiękniało, nie szpecą go już przecież stare dworki szlacheckie zastąpione przez innowacyjną architekturę hipermarketową. Cieszyniacy trzymają też rękę na pulsie polskiego życia kulturalnego – w tym roku zaśpiewał dla nich Andrzej „Piasek” Piaseczny, a więc jak trochę poczekają, to może już w przyszłej dekadzie odwiedzą ich wykonawcy z tegorocznych list przebojów. Pomimo tego ciągle czegoś brakuje. Ale czego?

 

Oświeciło mnie dopiero po przeczytaniu artykułu w lokalnej prasie – oj, głupi Jedzoku ty, przecież to takie oczywiste! Przecie w mieście nie ma McDonalda!

 

Zwolennicy postępu zarzucają burmistrzowi, że to z jego winy nad Olzą nadal nie stoi ta żółto-czerwona pochodnia niosąca światło zachodniej cywilizacji. Ale mer uspokaja, gasi panikę w zalążku – nie trwóżcie się, obywatele, będzie Mac. Nie spocznę, póki nie zobaczę tłustego uśmiechu na twarzach cieszyńskich dzieci, póki nie zarumienią się policzki utuczone obfitą dawką cholesterolu. Przywitamy inwestora chlebem, solą i glutaminianem sodu.

 

Kto wie, może w przyszłości, za dwadzieścia, trzydzieści lat, spełnią się inne wizjonerskie pomysły, które dotychczas były nieśmiało omawiane tylko w kręgach cieszyńskiej awangardy? Może kiedyś Cieszyniacy doczekają się własnego KFC lub Pizza Hut, a nawet Starbucksa, kawa jego mać? Ludzie spod Bogumina i spod Gnojnika, spod Zamarsk i spod Ustronia będą tutaj przyjeżdżać, aby zobaczyć te cuda na własne oczy. Dopiero wtedy zmartwychwstanie niegdysiejsza sława Cieszyna, Małego Wiednia, perły regionu. Tako rzecze proroctwo.

 

Jednak nie ma co się bawić w futurystyczne prognozy, aktualnie walczymy o dwa złote łuki na czerwonym tle. Aby jakoś przeczekać ten trudny czas, obmyśliłem sobie tymczasowy plan przetrwania. Raz na miesiąc zrobimy w rodzinie składkę pieniężną, a następnie loterię. Wylosowany szczęśliwiec otrzyma bilet do Ostrawy lub Katowic oraz sakwę z kilkoma monetami na zakup cheeseburgera, coli i frytek. Pojedzie, zje, wróci, a wieczorem opowie przy ognisku zebranym krewnym i sąsiadom o tym, jak to się stołuje w wielkim świecie – tam, gdzie sztuciec biały i elastyczny; tam, gdzie kartofel w kratkę szatkowany; tam, gdzie pomidory płynne, w saszetkach ukryte.

 

Wytrzymamy. Przyszłość zbliża się milowymi krokami.

 

 

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 9/2013

 

The post Felieton 227 – Cieszyn odchamiony first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Felieton 226 – Śmierć w Wenecji, kalectwo w Splicie /2013/09/15/felieton-226-smierc-w-wenecji-kalectwo-w-splicie/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-226-smierc-w-wenecji-kalectwo-w-splicie Sun, 15 Sep 2013 17:21:09 +0000 /?p=4312 Redakcja zleciła mi napisanie wyluzowanego tekstu o letniej tematyce. Challenge accepted. Tematem dzisiejszego felietonu będą zgony na wakacjach. Sezon ogórkowy w czeskiej prasie ożywiły dwa śmiertelne wypadki turystów w Egipcie i w Indiach, czyli – jak ktoś złośliwie to określił – dwóch krajach, do których Czesi jeżdżą teraz na swoje „last minute”. W dyskusjach pod […]

The post Felieton 226 – Śmierć w Wenecji, kalectwo w Splicie first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Redakcja zleciła mi napisanie wyluzowanego tekstu o letniej tematyce. Challenge accepted. Tematem dzisiejszego felietonu będą zgony na wakacjach.

danger

Sezon ogórkowy w czeskiej prasie ożywiły dwa śmiertelne wypadki turystów w Egipcie i w Indiach, czyli – jak ktoś złośliwie to określił – dwóch krajach, do których Czesi jeżdżą teraz na swoje „last minute”. W dyskusjach pod artykułami próżno było szukać wyrazów współczucia, większość komentarzy powtarzało mantrę „po co tam leźli”, ewentualnie „ja bym do tych brązowych nigdy nie jechał, nic ino się mordują, brudasy”. I ton dyskusji nie zmienił się ani trochę nawet wtedy, gdy kolejne informacje doniosły, że podejrzanym o zatrucie kobiety i dziecka w Hurghadzie jest sam ojciec rodziny, a o zabicie dziewczyny na plaży Goa oskarżono jej chłopaka. My już tam wiemy swoje.

Punkt  widzenia zależy jednak od punktu siedzenia. Nie mamy patentu na ksenofobię i płytkie stereotypy i nie uświadamiamy sobie, że obcokrajowcy nie przyjeżdżają do nas dokładnie z tych samych powodów, dla których my zamykamy się na naszych ogródkach działkowych. Niemiec WIE, że ukradną mu tutaj samochód w pięć minut po przejechaniu granicy państwowej. Francuz przypomni sobie o wiadomościach z bananowej republiki, w której ludzie masowo schodzą na zatrucie lewym alkoholem. Amerykanin jest bezpieczny, bo i tak nigdy tu nie trafi, szukając nas na mapie gdzieś w strefie Sahelu. Założę się też, że Polska do dzisiaj traci potencjalnych zachodnich turystów z powodu artykułów o piraniach w Wiśle i pumie na Śląsku.

Zapominamy o tym, że zaawansowany fajtłapa wcale nie musi jechać do Afganistanu albo slumsów Rio de Janeiro, ponieważ z łatwością zakończy życie doczesne w dowolnym miejscu globu. Może utonąć na spływie kajakowym na Wełtawie, może potknąć się i upaść twarzą na jeżowca w Chorwacji, może udusić się ostrężyną na wspomnianym ogródku działkowym. Oszczędność kosztów.

Po dodatkowym dopieszczeniu swojej paranoi możemy stwierdzić, że jesteśmy otoczeni przez śmiertelne niebezpieczeństwa – w Beskidach żyją żmije, w parku kleszcze a pod rynną osy, place zabaw najeżone są gwoździami z tężcem i strzykawkami z HIV-em. Sąsiedzi pewnie nie zaszczepili swojej chihuahuy przeciwko wściekliźnie. Zresztą w lecie co chwilę lecą z nieba jakieś deszcze meteorytów, a więc generalnie lepiej nie wychodzić z domu, tylko zaryglować drzwi, zaciągnąć żaluzje i poczytać.

Ale czy ja wiem … podobno to czytanie szkodzi na oczy.

 

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 7/2013

The post Felieton 226 – Śmierć w Wenecji, kalectwo w Splicie first appeared on Darek Jedzok.

]]>