Felieton 178 – Zaolziańskie fado

Bajeczka o Zaolziu zaczynałaby się tak : pod pewnymi górami, za lub przed pewną rzeką (w zależności od tego skąd patrzymy) był sobie skrawek ziemi zamieszkany przez ludki Smętniaczki. Nazywali się tak, ponieważ nikt na całym, dużym świecie nie chciał ich pogłaskać ani wspomóc.

 

Ich smutek i frustracja znajdowały dwa zupełnie odmienne ujścia – albo grozili sobie wzajemnie piąstkami, albo siadali wieczorem nad brzegiem rzeczki i nucili smętne piosnki o starych czasach.
 
Tacy jesteśmy. Chcielibyśmy mieć gorące głowy i iskrę w oku jak bohaterzy, o których czytaliśmy w polskich podręcznikach historii, ale ziemia, na której od stuleci mieszkamy, powłaziła już we wszystkie nasze trybiki. Spowolniła nas i uspokoiła. Próżno u nas szukać dumnych hymnów, optymistycznych marszów lub pieśni zagrzewających do boju.
 
Te wszystkie „ojcowskie domy” i „płynące Olzy” przypominają mi raczej „fado”, piosenki portugalskich żeglarzy, będące wyrazem tęsknoty do bezpowrotnie zaginionej przeszłości, pokornego pogodzenia się z losem, z tym, że dobre czasy już nie wrócą. Nad Olzą i nad Atlantykiem ta sama melancholia, te same mollowe westchnienia.
 
Co zaś do grożenia piąstkami, to nigdy nie przestanie mnie zadziwiać fakt, że nawet jeżeli już zdarzy nam się unieść, to nie bronimy się przed atakiem z zewnątrz, ale obijamy się sztachetami po głowach we własnym gronie. To fascynujące, że pomimo widma asymilacji i topniejącej liczebności nadal potrafimy wymyślać nowe, wrogie obozy albo odświeżać stare.
 
Kombinacja tych dwóch stanów umysłu może w smutny sposób zaowocować w wynikach najbliższego spisu ludności. Z jednej strony – rezygnacja i inercja, z drugiej – moralizowanie i wyszydzanie każdego, kto mówi w niewłaściwy sposób albo wysłał dziecko do niewłaściwej szkoły. Po tylu latach nadal zdarza nam się zapomnieć, że groźby i presja to mizerne metody zachęty.
 
Takie nastawienie doprowadziło nas w końcu do sytuacji, kiedy musimy desperacko wołać „Postaw na polskość”. Myślę, że mamy za swoje. To prosta wypadkowa braku pozytywnej autopromocji oraz długoletniego stylizowania się na biednych i pokrzywdzonych. Tak sknoconego wizerunku nie da się odbudować w ciągu kilku tygodni.
 
Spis ludności jest na tyle ważny, że powinniśmy przestać wybrzydzać. Jeżeli ktoś zakreśli na blankiecie narodowość polską, to nie powinno nas obchodzić, że kupuje „listki” na „nadrażi”. Na edukowanie pobratymców mamy całą kolejną dekadę. Myślę też, że nawet po spisie moglibyśmy zachować tę przyjazną twarz – otworzyć się na zewnątrz, pochwalić się Ewą Farną, zaprosić na Gorolskie Święto znajomego Polaka lub Czecha, przytulić zbitego szkopyrtoka.
 
Pokażmy, że jesteśmy fajni. Proszę o uśmiech, ludu Smętniaczków.
 

Więcej!

Podaj dalej