Felieton 204: „Obudź się Polsko”, powiedział lunatyk

Niezręczny flirt Kaczyńskiego z Rydzykiem ogląda się jak stary, niskobudżetowy serial. Możemy nabijać się z kiczowatych kulis, mizernej gry aktorskiej, sztywnych kwestii, a jednak patrzymy dalej, nie mogąc się doczekać kolejnej fenomenalnej porażki twórców tego show. Marsz „Obudź się Polsko” był dla mnie jak kaseta wideo z wycinkami najlepszych scenek sezonu. Nic tylko usiąść przed ekranem z miską chrupek na kolanach.

Jest na świecie wiele zawodów, których wykonywania nie życzyłbym nawet najgorszemu wrogowi. Amerykański ambasador w Pakistanie, śmieciarz w indyjskim slumsie, lekarz wykonujący aborcje w którymś z południowych stanów USA … Do ścisłej czołówki należą jednak specjaliści od wizerunku Jarosława Kaczyńskiego.

Kiedy tylko zdążyli się otrząsnąć ze wspaniale przygotowanej i wspaniale spapranej akcji z Biedronką, postanowili odbudować image prezesa jako trzeźwo myślącego profesjonalisty. Kaczyński zaprosił ekonomistów na publiczną debatę, padły konkretne propozycje reform, a nawet zdanie „w Polsce nie ma miejsca na rewolucję”. Było rzeczowo, konstruktywnie, przystępnie. Ekipa wizerunkowa już pewnie szykowała się do otworzenia szampana … W tydzień później pojawiają się dwuznaczne groźby obalenia rządu przy użyciu siły, a prezes wypada na ulice Warszawy z pianą u dzioba i szerzy apokaliptyczne wizje końca demokracji. Takiego go znamy i kochamy. Otwieram drugą paczkę chrupek.

W samym środku kryzysu, kiedy nie wiadomo, którą dziurę załatać najwcześniej, nagle okazuje się, że naczelnym problemem państwa polskiego jest walka o miejsce w multipleksie dla sekciarskiej platformy telewizyjnej. A właściciel tego medium, które już od początku z goebbelsowską gracją walczy o jednolitość umysłów swoich słuchaczy, ma czelność nazywać lemingami tych, którzy się z nim nie zgadzają.

To, co miało być wielkim zwycięstwem Jarosława Kaczyńskiego, jest w gruncie rzeczy jego ponownym strzałem w stopę. Chciał uzyskać większe poparcie – ale poprzez bratanie się z moherową masą stracił kolejne głosy umiarkowanych, prawicowych wyborców. Chciał walczyć o chwałę ojczyzny – ale jego reality-show znowu wysłało w świat sygnał, że niektóre polskie środowiska marzą o zrobieniu z Polski europejskiego Iranu.

Dlatego uważam marsz za pożyteczną i pożądaną inicjatywę. Co więcej, proponuję, aby następnym razem był on transmitowany nie tylko przez TV Trwam, ale też przez pozostałe stacje telewizyjne. W ten sposób widzowie – wyborcy – mogą w prosty i szybki sposób spisać listę osób, które dobrowolnie rezygnują z udziału w cywilizowanym życiu politycznym i społecznym.

Felieton opublikowany w miesięczniku Zwrot (10/2012).

Więcej!

Podaj dalej