Recenzja : Skyfall

Reż. Sam Mendes, 2012

50. urodziny trzeba odpowiednio uczcić. Dlatego najnowsza odsłona przygód Jamesa Bonda przypomina benefis ku czci znanej osobistości – całość prowadzi doświadczony reżyser, który karmi wiernych fanów licznymi odsyłaczami do starszych filmów. A jak wyszedł z tej imprezy nasz solenizant?

Zacznijmy od fabuły. Widzowie wskakują w sam środek akcji, obserwują Bonda biorącego udział w wirtuozerskim pościgu przez centrum Istambułu. Po kilku minutach dochodzi do wypadku i Bond znika w odmętach rzeki. Podczas gdy w Londynie odbywają się przygotowania do jego pogrzebu, agent prowadzi obskurne życie w chatce przy tureckiej plaży. Z apatii i pijaństwa wyrywa go dopiero wieść o zamachu terrorystycznym na centralę MI6.

Bond wraca i zmuszony jest do ponownego przejścia przez testy sprawnościowe, w których – eufemistycznie mówiąc – nie wychodzi najlepiej. Twarz Craiga od początku była sarkastyczną odpowiedzią na lalusiowatą kreację Brosnana, co w najnowszym filmie dodatkowo uwypuklają zbliżenia kamery. Nieogolona twarz, problemy z alkoholem, stare szramy na ciele i na psychice … to nie jest agent, który po upadku z wysokości trzech pięter prostuje krawat i odchodzi na bal.

Szefowa ukrywa przed Bondem żałosne wyniki jego sprawdzianu i wysyła go do Chin na niebezpieczną misję. Po epizodach w Szanghaju i Makau udaje mu się w końcu wpaść na trop i schwytać organizatora zamachu. Okazuje się jednak, że antagonista (w tej roli trochę zbyt ekspresyjny Javier Bardem w wersji blond) jest o wiele sprytniejszy, niż mogło się wydawać, Bond jest więc zmuszony do wycofania się na górzyste połacie Szkocji, gdzie przygotowuje się do ostatniego starcia.

Więcej zdradzić nie wypada, ponieważ reżyser i producenci wyraźnie poprosili wszystkich recenzentów o nie ujawnianie najważniejszych szczegółów fabuły. Dlatego widzowie przez większość filmu mogą się zastanawiać nad tym, czy „Skyfall” jest kryptonimem operacji a może kodem oznaczającym innego agenta, mogą też poczuć się mile zaskoczeni zakończeniem, które otwiera drzwi do nowej koncepcji przygód Bonda. Zamykam więc klawiaturę na kłódkę, zobaczcie sami. Jak jednak przedstawia się nowy Bond z punktu widzenia warsztatu filmowego?

Krótko mówiąc: jest dobrze, ale mogło być o wiele lepiej. A wszystko dlatego, że producentom zabrakło ikry. W Hollywood kręci się bowiem dwa rodzaje filmów – filmy autorskie i producenckie, z miażdżącą przewagą tych drugich. Reżyserzy ekranizujący własne pomysły są gatunkiem na wymarciu, absolutna większość produkcji zaczyna się od tego, że producent wykupuje prawa na ekranizację, a następnie wybiera ekipę, która zajmie się jej zrealizowaniem. Jeżeli reżyser stwierdzi, że nie pasuje mu koncepcja albo wątek scenariusza, po prostu zostaje zastąpiony kimś bardziej – ehm, ehm – „elastycznym”.

Olbrzymim zwrotem w tym podejściu była zmiana koncepcji filmów o Batmanie. Producenci wykazali się nie lada odwagą i oddali całą moc w ręce Christophera Nolana, który wykuł postać Mrocznego Rycerza na nowo i … odniósł oszałamiający sukces. Od tego czasu wielbiciele ambitnego kina powinni całować grunt, po którym stąpa Nolan, ponieważ dzięki niemu na odwagę zdobyło się wielu producentów dzierżących w ręku prawa do innych serii – głupiutkie, nieszkodliwe filmy przeistoczyły się w porywające dramaty, scenarzyści w końcu zaczęli szkicować wielowymiarowych bohaterów.

Najnowszy Bond mógł pójść właśnie w tym kierunku, ponieważ właściciele praw „kupili” dla tej ekranizacji naprawdę znane nazwisko. Sam Mendes jest reżyserem wybitnym, jego „American Beauty” i „Droga do zatracenia” należą już do kanonu hollywoodzkiej kinematografii. Producenci jednak stchórzyli, nie poszli na całość, oddając Mendesowi wszystko oprócz najważniejszego elementu – scenariusza.

Film obfituje więc w cudownie, precyzyjnie doszlifowane sceny (wspaniały pojedynek w szklanej wieży chińskiego biurowca, rozmowa Bonda z dziewczyną w kasynie), jednak scenariusz raz po raz potyka się o poluzowane sznurówki. Antagonista przez dwadzieścia lat przygotowuje misterny plan zemsty, którego kulminacją jest niezdarna strzelanina w sali sądowej. Ostatnie starcie, epickie i bezkompromisowe, kończy się mdłym i mało intrygującym pojedynkiem, przypominającym marną adaptację Szekspira. Co więc z tego, że reżyserowi przybyli w sukurs jego wierni pomocnicy, że muzyką zajął się znakomity Thomas Newman a za kamerą zasiadł Roger Deakins?

Mimo wszystko nie można tutaj zastosować powiedzonka o kręceniu bata. „Skyfall” to kawał porządnej roboty i całkiem możliwe, że jeszcze kilka lat temu zostałby okrzyknięty arcydziełem kina akcji. Od tego czasu po prostu podniosła się poprzeczka. Na pewno warto zobaczyć ten film – i to na dużym ekranie.

Jest jednak jeden ważniejszy powód, dlaczego nie chcę zbytnio krytykować żadnego filmu z „Craigowskiej” trylogii. Po prostu boję się tego, co będzie dalej. Zakończenie „Skyfall” proponuje powrót do starszych koncepcji serii – a jeżeli ma to oznaczać wskrzeszenie tradycji wymuskanego kobieciarza z wyrzutnią rakietową w kapeluszu, to ja wysiadam.

Więcej!