Recenzja: Paweł Kukiz „Siła i honor” (2012)

Płyta narobiła wiele szumu jeszcze zanim pojawiła się w sklepach. Kukiz zarzucił mediom (między innymi Radiowej Trójce), że nie udzieliły albumowi swojego patronatu – media podobno boją się ważnych tematów i nie chcą promować pewnych wartości. Chcąc nie chcąc trzeba więc zacząć od pytania o to, jakie wartości promuje ten album?
 
Paweł Kukiz od dłuższego czasu bawi się z odbiorcami w grę uników. Promuje postawy patriotyczne i skarży się, że dziennikarze robią z niego nacjonalistę, niedawno nawet odmówił udziału w komitecie, w którym zasiadał znany człowiek oskarżony o antysemityzm. Jednocześnie jednak nadal wspiera Obóz Narodowo-Radykalny, czyli ruch otwarcie ksenofobiczny i ekstremistyczny.
 
Podobnie jest nie tylko z treścią, ale też z samym tytułem jego nowej płyty. Jak zwykle wszystko zależy od kontekstu – w normalnej sytuacji „siła” i „honor” mogą być pozytywnymi wartościami, ale jeżeli zacznie się nimi posługiwać ktoś puszczający oko do środowisk nacjonalistycznych, to nie może się później dziwić, że komentatorzy zaczną się doszukiwać mrocznych konotacji. „Krew i honor” i „biała siła” to hasła-klucze nie tylko nacjonalistów, ale neonazistów, do których działalności ONR bezpośrednio nawiązuje. Jeden z jego czeskich odpowiedników nosi sztandary z hasłem „Odpowiedzialność-siła-honor”. Oczywiście Paweł Kukiz będzie bił się w pierś i twierdził, że tytuł płyty jest całkowicie niewinny. Ma do tego prawo, tak jak ja mam prawo myśleć o tym swoje i znacząco pochrząkiwać. Dopóki nie odżegna się od ONR, rozgrzeszenia nie będzie.
 

 
Gdyby całkowicie zamknąć oczy na kontekst – czyli samego autora – to „Siłę i Honor” można uznać za płytę patriotyczną, nawiązującą do najbardziej bolesnych chwil w dwudziestowiecznej polskiej historii. Nie można zarzucić Kukizowi pretensjonalności – w tym, co robi, jest autentyczny i całkowicie szczery. Niestety. Ponieważ trochę niepokoi mnie myśl o tym, co siedzi w głowie człowieka, który wydał ogrom energii i czasu na wydanie właśnie takiej płyty. Teksty są upiorne. Katyń, Niemcy, Rosjanie, wróg, trumna, śmierć, krew – a w końcu „wyrywanie chwastów z polskiej ziemi”. Prrr. Może herbatki? Może pan na chwilę odpocznie, policzy do dziesięciu?
 
Nie przyjmuję argumentu, że o tych sprawach nie da się opowiadać bez patosu i epatowania makabrycznością – ponieważ udało się innym, na przykład Lao Che. Ich płyta „Powstanie Warszawskie” jest zresztą często przywoływana w komentarzach nowego albumu Kukiza jako kontrast i jako wzór.
 
Co tu dużo gadać … „Siła i Honor” leży i kwiczy także pod względem warsztatowym. Znajdzie się kilka udanych perełek – klimatyczna piosnka „Ratujcie nasze dusze”, a przede wszystkim industrialne granaty „Heil Sztajnbach”, „Koniec końców” i „Homo Politicus”. Jednak nawet przy nich musiałem się skupić na samej muzyce, ponieważ teksty są okropnie toporne, siermiężne. Jeszcze gorzej z pozostałymi utworami, które nie tyle są źle napisane, co skaleczone niskim poziomem produkcji. I nie, nie wierzę w to, że chodzi o świadomy zabieg, o stworzenie „retro feel” albo „garażowego dźwięku”. Płyta po prostu brzmi źle i tanio. Najbardziej żal mi surowego potencjału żołnierskiej ballady „17 września”, który został doszczętnie zniszczony przez absurdalne, syntetyczne trąbki i chórki.
 

 
Nie chcę być okrutny, ale w sumie trudno się dziwić radom redakcyjnym, że nie chciały promować takiego wydawnictwa. Niemniej jednak płyta jest głosem, którego należy wysłuchać. Chociażby tylko raz.
 

Więcej!

Podaj dalej