jezusmaria-peszek

Recenzja : Maria Peszek „Jezus Maria Peszek” (2012)

Jeżeli lubicie być szokowani i prowokowani, to serdecznie polecam te ballady chorej kobiety o chorym państwie. Peszkowa wykracza daleko poza bezpieczne granice autorefleksji. Rozbiera się do naga i wchodzi na stół.

Artystka wybrnęła z osobistego kryzysu i w ramach kuracji postanowiła podzielić się ze światem swoimi przeżyciami. Niektóre teksty są tak rozbrajająco szczere, że podobno jej mama rozpłakała się w trakcie pierwszego wysłuchania płyty. Peszek rozprawia się z prywatnymi problemami, z Polską i z bogiem. Dlaczego miałbym tego słuchać? – zapytacie. A dlatego – odpowiem –  że ta płyta jest po prostu fantastycznie nagrana.

Muzycznie dominuje na niej niespokojna, zimna elektronika wymieszana z „żywą” perkusją, basem i fortepianem. Peszek zawsze miała świetnego nosa do producentów, także i tym razem wybór Michała Foxa jest jak najbardziej trafiony. Płyta nie kopiuje biernie zachodnich trendów, przeciwnie – dosyć odważnie przeciera nowe szlaki. Jednocześnie muzyka nie przebija się na pierwszy plan, nie zagłusza tekstów, często stanowi wręcz figlarny kontrapunkt do ich przytłaczającej tematyki.

No właśnie, teksty. Peszek nie jest tekściarką wybitną, ale pisze z głową, ambitnie i oryginalnie. Nie boi się eksperymentów, ale ani razu nie otarła się o tanią manierę. Tematy, które porusza na nowej płycie, są wprawdzie uzewnętrznieniem walk toczonych wewnątrz własnej czaszki, ale wpisują się w odczucia całej generacji, która poszukuje nowych definicji dla swoich zasad, wierzeń i wartości. A Peszkowa nie owija w bawełnę.

Utwory „Nie ogarniam”, „Żwir” i „Pibloqto” są zapisem walki z neurastenią. W przenikliwie smutnej, wspaniale rozwijającej się balladzie „Nie wiem czy chcę” autorka opowiada partnerowi o tym, że nie będą mieli dzieci („Wielka szkoda, straszna strata, byłby z Ciebie fajny tata, ale nie.”). W innych utworach gorzko rozprawia się ze swoim krajem – „popiół i cement, mentalny niż, męczy mnie Polska, wisi mi krzyż”. „Sorry Polsko” – swoją drogą chyba najsłabsze ogniwo płyty – jest prawdopodobnie najbardziej anty-patriotyczną piosenką w historii polskiej muzyki.

Siódmy utwór płyty jest wariacją na Psalm 23, osobistym wyznaniem osoby definitywnie odrzucającej wiarę. „Pan nie jest moim pasterzem/a niczego mi nie brak/nie przynależę i nie wierzę/i chociaż idę ciemną doliną/zła się nie ulęknę i nie klęknę“. Do utworu została dobrana zaskakująco kontrastowa aranżacja – marszowy rytm zmiękczają eteryczne dźwięki fortepianu i syntezatorów. Wokalistka wyśpiewuje refren („Pan nie prowadzi mnie, sama prowadzę się”) bezbronnym, dziewczęcym głosem, który dopiero w ostatniej repetycji zaostrzają chórki, przypominające dzieci w „We Don’t Need No Education” Pink Floyd. Jednym z najlepszych utworów płyty jest otwierający ją kawałek „Ludzie psy”, transowy, intensywny i soczysty („Ej wy, ludzie psy, mokra wasza sierść, ej, będziemy dziś smutek łyżkami jeść”).

Wielu krytyków muzycznych uważa „Jezus Maria Peszek” za album roku i tym razem naprawdę trudno mi się nie zgodzić. Cieszę się, że w mętnych wodach polskiego popu pojawia się od czasu do czasu ktoś, kto nie boi się stawiać wyzwań sobie i słuchaczom. I – tak samo jak w przypadku albumu Kukiza (patrz recenzja) – chodzi o lekturę obowiązkową nawet dla tych, dla których brutalne teksty autorki będą trudnym orzechem do zgryzienia. Jak powiedział Georges Braque „Nauka uspokaja. Sztuka jest po to, aby denerwować”.

Więcej!