Felieton 242 – Spocznij, Polsko

Obchody 70. rocznicy Powstania Warszawskiego ponownie pokazały, jak słabo wychodzi Polakom refleksja nad kluczowymi momentami własnej historii. Nawet najbardziej tragiczne wydarzenia albo zostają przekute na kicz, albo służą za podpałkę do ognia bratobójczej walki.

 
Ze wszystkich złych sposobów celebrowania powstania właśnie te dwa zniesmaczyły mnie najbardziej. Po pierwsze – podejście popcornowe. Z okazji rocznicy odbyła się premiera filmu “Miasto 44”, który zmienił warszawski zryw w melodramatyczny blockbuster w hollywoodzkim stylu. Nadobne dziewczyny i chłopcy niczym z katalogu slipków Calvina Kleina miziają się w ruinach, podczas gdy wokół nich latają w zwolnionym tempie szwabskie pociski. Estetyzacja wojny i monetyzacja śmierci, ot co. Jeżeli szkoły wyślą na to dzieło swoich uczniów w ramach nauki historii, to proponuję dołączyć też seans “Gladiatora” (cesarstwo rzymskie) i “Rambo III” (radziecka interwencja w Afganistanie).

 

Jeszcze gorszym przypadkiem tego trendu “oswajania” tragedii był piknik dla dzieci, podczas którego warszawskie maluchy mogły pobawić się we własną rebelię. Program imprezy zorganizowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego obejmował szycie opasek, gaszenie pożaru i budowanie barykad. W tym roku niestety zabrakło nauki walki wręcz na bagnety, ale wierzę, że przyszłym razem organizatorzy nie popełnią takiej gafy.

 

Po drugim, krzywym torze wyjechała sapiąca lokomotywa konserwatywnych ultrapatriotów. W mediach braci Karnowskich – tygodnik wSieci, portal wPolityce – opublikowany został artykuł porównujący krwawe zmagania 44. roku do obecnej sytuacji politycznej i nawołujący do ponownego powstania do walki z rzekomą opresją. “Wróg”, “wojna”, “profanacja” – tekst zawiera pełny pakiet zaawansowanej paranoi, która już nie liczy się z żadną dyskusją. Bo dyskusja jest dla słabeuszy, bierzemy szable i idziemy. Tak, jakby dawni powstańcy walczyli nie o pokój, o normalność, ale o stan nieustającej krucjaty przeciwko wszystkim i wszystkiemu.

 

Rozumiem, że niektórzy ludzie dzień w dzień budzą się sfrustrowani, ponieważ nie ma żadnej prawdziwej wojny, w której mogliby spektakularnie zginąć (albo – jeszcze lepiej – wysłać na nią kogoś innego). Po czasie, zżerani przez ten palący niedosyt, zaczynają domalowywać diabły do demokratycznej rzeczywistości, przekuwać zwykłych oponentów na śmiertelnych wrogów kraju, wiary, cywilizacji.

 

Ale może nie da się inaczej? Otóż – da. Dla mnie najbardziej wzruszającą chwilą rocznicy było nagranie z minuty ciszy w Warszawie. Na 60 sekund zatrzymali się wszyscy przechodnie, samochody i tramwaje, zawyły syreny.

 

A później? Cud. Miasto ożyło na nowo.
 

 
Jakże prosta, mocna, a przede wszystkim pozytywna metafora. Może kiedyś Polska nauczy się przetrawiać historyczne wydarzenia właśnie w taki sposób – bez tanich fajerwerków i wymuszonych emocji, bez skowytu i żądania świeżej juchy. Dopóki tak się nie stanie, dzieci na lekcjach polskiego mogą uczyć się tylko czasu przeszłego. Obawiam się, że dwa pozostałe przestają być w tym kraju potrzebne.