festiwal - Darek Jedzok / blog & archiwum Mon, 18 Jul 2011 17:54:16 +0000 en-US hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Nowa Muzyka 2010 – klinika złamanych rytmów /2010/09/04/nowa-muzyka-2010-%e2%80%93-klinika-zlamanych-rytmow/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=nowa-muzyka-2010-%25e2%2580%2593-klinika-zlamanych-rytmow /2010/09/04/nowa-muzyka-2010-%e2%80%93-klinika-zlamanych-rytmow/#respond Sat, 04 Sep 2010 11:07:40 +0000 /?p=2715 Miło patrzeć na dzieci, które rosną, rozwijają się. Właśnie takie uczucie towarzyszyło mi przez cały czas pobytu na wyjątkowej celebracji nowych, niecodziennych dźwięków, która w ubiegły weekend odbyła się w Katowicach. Co w szybie piszczy Na Nową Muzykę powróciłem po kilkuletniej przerwie i z lekką nutką niepewności, ponieważ wcześniejsze spotkanie z festiwalem na cieszyńskim gruncie […]

The post Nowa Muzyka 2010 – klinika złamanych rytmów first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Miło patrzeć na dzieci, które rosną, rozwijają się. Właśnie takie uczucie towarzyszyło mi przez cały czas pobytu na wyjątkowej celebracji nowych, niecodziennych dźwięków, która w ubiegły weekend odbyła się w Katowicach.

Co w szybie piszczy

Na Nową Muzykę powróciłem po kilkuletniej przerwie i z lekką nutką niepewności, ponieważ wcześniejsze spotkanie z festiwalem na cieszyńskim gruncie nie było do końca udane. Świetny program niestety nie miał szans na zabłyśnięcie w niezbyt atrakcyjnej lokalizacji, na ciasnej przestrzeni jednej jedynej sceny otoczonej przez wąskie pasemko trawnika. Nowa Muzyka w Cieszynie przypominała bardziej wiejski festyn, niż imprezę promującą progresywne brzmienia.

Dzięki Bogu w ciągu kilku lat festiwal wydoroślał – sceneria szybu kopalnianego i budynków z czerwonej cegły idealnie komponowała się z muzycznymi klimatami imprezy. Kilka oddzielnych scen pozwoliło na spokojną fluktuację pomiędzy poszczególnymi punktami programu, a cały ten mikroświatek uzupełniały sztuczne plaże z wysypanego piasku, ogrzewające chociaż troszkę chłodne wieczory ostatnich dni lata.

Jedynym wspomnieniem starych czasów był krótki kafkowski epizod, kiedy to ochrona odmówiła wpuszczenia do centrum medialnego … przedstawicieli mediów. Na szczęście problem szybko został rozwiązany i mogłem bez przeszkód pospieszyć na koncerty.

Cierpienia młodego ochroniarza

W piątek tuż po 19 na głównej scenie wystąpili Three Trapped Tigers, zespół nowy i stosunkowo mało doświadczony, ale już zasłużenie przyciągający zainteresowanie krytyków. Muzycy nie oderwali się jeszcze od swoich klubowych zwyczajów, trzech introwertyków gubiło się na dużym podium, wypełniając przestrzeń jedynie frenetyczną mieszanka ostrej, precyzyjnej perkusji, sampli, syntezatorów i gitar na brudnym przesterze.

Początkowo skromny występ szybko rozwinął się w porywającą lawinę energii – kapela na razie ma na koncie tylko kilka płyt EP, jednak już teraz wiem, że na pewno warto będzie poczekać na pełnowartościowy album.

Już po zmroku wystąpiła skandynawska formacja Jaga Jazzist, która z kolei miała poważny problem ze zmieszczeniem na scenie całego swego pokaźnego instrumentarium. Pojawił się nie tylko klasyczny jazz-rockowy skład, ale też kontrabas, wibrafon, instrumenty dęte oraz bateria analogowych i cyfrowych syntezatorów.

Zawiłe kompozycje z pogranicza jazzu, elektroniki i progresywnego rocka niestety lekko ucierpiały z powodu nieodpowiedniego nagłośnienia, jednak pomimo tego Norwedzy po raz kolejny zatroszczyli się o moje prywatne „koncertowe wydarzenie roku”. Szkoda tylko, że muzycy skoncentrowali się prawie wyłącznie na najnowszym albumie, powracając tylko sporadycznie do wcześniejszych utworów.

Tego dnia główną scenę ułożył do snu występ Bonobo Live Band, koncertowy projekt Simona Greena. Sam maestro jak zawsze stopił się skromnie z tłem, wypuszczając w światło reflektorów pozostałych muzyków. Tym razem przy mikrofonie stanęła fenomenalna Andreya Triana, z dużym wdziękiem zastępującą wokalistkę Baikę, którą Bonobo przywiózł do Cieszyna trzy lata temu.

Obie artystki dysponują podobnymi, aksamitnymi głosami z delikatną chrypką, do której Andreya dodaje odrobinę więcej soulowego pazurka. Chociaż kapela kilkukrotnie wyjechała w stronę bardziej drapieżnej psychodeli, większość koncertu była utrzymana w spokojnym, chilloutowym tonie.

Później dowiedziałem się, że wokalistka w najbliższym czasie wyda swoją debiutancką płytę, a o produkcję muzyczną zatroszczył się właśnie pan Bonobo. Kolejny smakołyk, na który warto poczekać.

O pierwszej w nocy na Club Stage mogłem już po raz drugi w tym roku posłuchać niekwestionowanych legend progresywnej elektroniki, duetu Autechre. Chociaż w odróżnieniu od koncertu na słowackiej Pohodzie muzycy zaprezentowali składankę o wiele bardziej melodyjną i rytmiczną, z sadystycznym upodobaniem wyobrażałem sobie cierpienia ochroniarzy, którzy przez godzinę słuchali spod sceny piekielnych rytmicznych połamańców i wielominutowych sekwencji dysharmonicznych dźwięków. Po tej kołysance szybko udałem się w pielesze, by nabrać sił na kolejną dawkę wrażeń.

Brytyjska inwazja

Po piątkowym, letnim wieczorze nadszedł sobotni, okrutnie jesienny poranek. Na szczęście szybko rozgrzała mnie polska formacja Pink Freud, która wbiła na scenę po południu. Wprawdzie jej nagrania zamieszczone w Internecie nie zrobiły na mnie większego wrażenia, jednak na żywo okazała się prawdziwym dynamitem (i kolejną porcją katuszy dla członków ochrony).

Panowie zaprezentowali konglomeraty wysublimowanego jazzu i bezkompromisowej elektroniki – słyszałem już w tym roku wiele cudów, ale jeszcze długo będę pamiętał porywające solówki na trąbce bezlitośnie nękanej przez kilka efektów dźwiękowych. Idealna symbioza umiejętności instrumentalnych, otwartego umysłu i nieokiełznanej energii!

(… tutaj Kurt Kombajn w coverze jazzopodobnym.)

Lekko rozczarował mnie koncert Bibio, brytyjskiego muzyka, którego twórczość zachwalali podobno członkowie Boards of Canada – jego katowickie wystąpienie było przy tym stosunkowo banalną składanką prostych rytmów i sampli. Wróciłem pod główną scenę, by poprawić sobie humor na koncercie kolejnej angielskiej formacji – Dub Mafia.

Chociaż ponownie musiałem w sobie zdusić wszelkie ciągotki eksplorerskie, to Dub Mafia stosunkowo łatwo wdarła się pod czaszkę. Prostolinijna muzyka i prostolinijne hasła wyszczekiwane przez wielkogabarytową wokalistkę rozbujały tłumy pod sceną i sprawiły, że przez wielu widzów to właśnie ten koncert został uznany za wydarzenie festiwalu.

Szacunek należy się o tyle bardziej, że Dub Mafia to – podobnie jak wspominani na początku Three Trapped Tigers – muzyczne żółtodzioby, kapela powstała w ubiegłym roku i dopiero szykuje się do wydania pierwszej płyty długogrającej.

Rośnij w siłę!

O jedenastej przyszła pora na odrobinę retro – DMX Krew (tyż z Wysp) stanowi bowiem ciekawy, prawie muzealny zlepek eksponatów z muzeum muzyki elektronicznej. Usłyszałem wszystko od romantycznego synth-popu po chaotyczne kalejdoskopy piknięć i trzasków w stylu Aphex Twina, to wszystko pod wizualizacjami a lá Kraftwerk.

O północy wystąpił projekt Moderat, wspólne dzieło dwóch uznawanych twórców – Apparata i Modeselectora. Panowie wprawdzie sprytnie ukryli się za snopami stroboskopów odwróconych w stronę publiczności i wywołujących ataki padaczki u fotografów, jednak ich muzyka była godną klamrą zamykającą program na głównej scenie.

Pozornie niespójne zestawienie chłodnej, drgającej elektroniki z onirycznymi melodiami równocześnie porywały do tańca i wywoływały gęsią skórkę.

Co było potem? Kilkanaście minut występu kalifornijskiego DJskiego psychopaty Gaslamp Kilera, ostatnie piwo na piasku i szybki powrót nad Olzę – z płytą Jaga Jazzist w kieszeni, piaskiem w sandałach i solidnym przeziębieniem.

Nowa Muzyka spełniła wszystkie oczekiwania i rozwiała wcześniejsze obawy. Organizatorzy złapali okazję i nabrali głębokiego wdechu, koncepcja jest już klarowna i otwiera ekscytujące perspektywy. Pozostaje mi tylko wyglądać sokolim wzrokiem listy gości przyszłej edycji – jeżeli organizatorzy utrzymają poprzeczkę, to rysuję na wakacyjnej mapce festiwali kolejny obowiązkowy punkcik.

Galeria : link

<object width=”425″ height=”344″><param name=”movie” value=”http://www.youtube.com/v/UfJ-NU0j78A?fs=1&amp;hl=cs_CZ”></param><param name=”allowFullScreen” value=”true”></param><param name=”allowscriptaccess” value=”always”></param><embed src=”http://www.youtube.com/v/UfJ-NU0j78A?fs=1&amp;hl=cs_CZ” type=”application/x-shockwave-flash” allowscriptaccess=”always” allowfullscreen=”true” width=”425″ height=”344″></embed></object>

The post Nowa Muzyka 2010 – klinika złamanych rytmów first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2010/09/04/nowa-muzyka-2010-%e2%80%93-klinika-zlamanych-rytmow/feed/ 0
Pohoda 2010 /2010/07/23/pohoda-2010/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=pohoda-2010 /2010/07/23/pohoda-2010/#respond Fri, 23 Jul 2010 13:43:40 +0000 /?p=2586 Po raz kolejny wyruszyłem na Słowację, aby wziąć udział w jednym z najważniejszych festiwali w Europie Środkowej. Trenczyńska Pohoda skończyła się w ubiegłym roku przedwcześnie i tragicznie – tegoroczna edycja była więc otoczona woalką niepewności. Czy nie został uszkodzony duch festiwalu? Czy impreza wyjdzie na prostą? Chodźta ze mną, zara zobaczyta! (uwaga Jedzoka : udało […]

The post Pohoda 2010 first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Po raz kolejny wyruszyłem na Słowację, aby wziąć udział w jednym z najważniejszych festiwali w Europie Środkowej. Trenczyńska Pohoda skończyła się w ubiegłym roku przedwcześnie i tragicznie – tegoroczna edycja była więc otoczona woalką niepewności. Czy nie został uszkodzony duch festiwalu? Czy impreza wyjdzie na prostą? Chodźta ze mną, zara zobaczyta!

(uwaga Jedzoka : udało mi się zawalić podanie o photopass, więc koncertowe zdjęcia są, jakie są :) Mam nauczkę na przyszłość.)

Przełamać złą passę

W tym roku kapryśna pogoda nie wyciągnęła z rękawa żadnych asów w postaci orkanu lub powodzi – festiwalowicze smażyli się przez trzy dni w tropikalnych upałach. Na rozgrzaną płytę trenczyńskiego lotniska przyjechało blisko 30 tysięcy ludzi, frekwencja ponownie poszła w górę, co zawsze stanowi próbę sprawności sztabu organizacyjnego. Organizatorzy Pohody zdali jednak na piątkę z plusem nawet najbardziej rygorystyczny test festiwalowy – tzw. „egzamin toi toi”. Chemiczne ubikacje nawet trzeciego dnia nie przypominały czeluści piekielnych, co w realiach festiwalowych zakrawa na mały cud.

Oczywiście w związku z upałami w ruch ponownie poszły tradycyjne wozy strażackie. Ponownie żałowałem, że nie mam kamery z trybem zwolnionego ujęcia – z tłumów skąpo ubranych uczestników i uczestniczek falujących pod strugami wody ze strażackich sikawek spokojnie mógłbym zmontować czołówkę Słonecznego Patrolu.

To już czwarty akapit, a ja nadal nie dorwałem się do muzyki …  Jednak na festiwalu było tyle atrakcji! Jak co roku na lotnisku stał namiot gitar Fendera wyposażony w kompletne instrumentarium kapeli rockowej, wokół którego spontanicznie tworzyły się zespoły amatorskich muzyków. Każdy sponsor przygotował własne, oryginalne stoisko – operator sieci telefonii komórkowej zbudował nawet dwupiętrową sztuczną dżunglę z wyrobnikami mgły wodnej i sztucznym wodospadem.

Żyć, nie umierać! Piwo i Kofola potaniały od ubiegłego roku o prawie 50 procent, dla największych wygodnisiów zbudowano nawet prowizoryczny hipermarket, w którym można było znaleźć wszystko od pieczywa po śpiwory. Pohoda potwierdziła reputację jednego z najlepiej zorganizowanych festiwali w regionie – wiem swoje, ponieważ byłem już na kilku dużych festiwalach, które przypominały raczej skrzyżowanie gułagu z międzynarodowym przeglądem chorób infekcyjnych.

W końcu przyszła pora na zaatakowanie którejś z pięciu scen muzycznych. Co łaskotało nam bębenki w tym roku?

Uczta melomana

Ważnym wydarzeniem piątkowego wieczora był z pewnością koncert brytyjskiego zespołu The Futureheads, który bez problemu zapanował nad największą sceną. Zadziorny punk-rock przyciągnął na płytę lotniska zarówno półnagich punków, jak i licznych wyznawców rocka alternatywnego. Kapela sprawiała wrażenie bardzo wyluzowanej, co zresztą potwierdziła wtapiając się po koncercie w festiwalowy tłum – jeszcze w dwie godziny później można było natknąć się na członków zespołu przy którymś z namiotów z piwem.

Przeklinając własne roztargnienie dobiegłem na ostatnie 20 minut koncertu Collegium Musicum akurat na czas, aby wysłuchać w całości słynnej „Suity po tisíc a jednej noci“ (1, 2), przepięknego rockowego covera „Szeherezady” Rimskiego-Korsakowa, który znam dosłownie na pamięć z płyty „Konvergencie” z 1971 roku. Marian Varga jak zawsze skurczył się za organami Hammonda, pozostawiając scenę dla basisty Tibora Freša i gitarzysty Františka Grigláka. Utwór wypełniony solówkami i wyśmienitymi przejściami dynamicznymi nie pozostawiał cienia wątpliwości co do tego, że panowie są w formie nawet po 30letniej pauzie. Chcę jeszcze!

W nocy na głównym podium pojawiła się jamajska legenda – Max Romeo, sympatyczny siwy rastafarianin, który rozkołysał tłumy muzyką reggae czystą jak łza, spokojną i pozytywną.

Wszyscy fani The Prodigy na pewno rozpoznają ten kawałek :

Tuż po nim w największym festiwalowym namiocie zagrał swój godzinny set duet Autechre – prekursorzy nowych dźwięków, dysharmonii i arytmicznych sekwencji. Słynna nazwa przyciągnęła rzesze ciekawskich, jednak trudna w odbiorze muzyka szybko wyczyściła szeregi tak, że po pół godzinie w namiocie pozostał tylko zdrowy rdzeń fanów. Podejrzewam zresztą, że chodziło o świadomy zabieg, ponieważ najbardziej skomplikowane i niepokojące utwory zabrzmiały na początku występu.

Więcej, więcej!

Sobota. Wczesną poobiednią porą miło zaskoczył nas koncert czeskich weteranów – kapeli Mňága a Žďorp. Panowie posiwieli i porośli szczeciną, ale już długo nie widziałem ich tak zadowolonych i pewnych siebie. Dowcipny, zabawny, ambitny koncert.

Zaraz po nich na scenę wtargnęła kapela Dubioza Kolektiv z Bośni i Herzegoviny, prezentująca agresywną, przebojową mieszankę ska, punku, funku, elektroniki, rapu i bałkańskiego folkloru. Już długo nie widziałem tak autentycznej, dzikiej energii – to trzeba zobaczyć na żywo! Z Bałkanów przeskoczyliśmy zaś do Senegalu, dokąd zaprowadziła nas świetnie zgrana kapela Orchestra Baobab, która w swojej twórczości łączy tradycyjne afrykańskie harmonie z kubańskimi rytmami. Idealny wybór na gorący wieczór. Podkład muzyczny do zachodu słońca dostarczył szwedzki bard José Gonzáles (SONY!), który poradził sobie z samą tylko gitarą delikatnie przyprawioną fujarką liryczną lub smyczkiem łzawym.

Na głównym podium zaszalała amerykańska aktorka i wokalistka Juliette Lewis. To, czego nie mogła dostarczyć w przeciętnych melodiach i tekstach, nadrabiała charyzmą i barwnym kostiumem – bez trudu pozyskała na swoją stronę tysiące ludzi zgromadzonych pod sceną.

Następnie byliśmy świadkami występu amerykańskiej kapeli Scissor Sisters. „Nożyczkowe siostry” wprawiły mnie w osłupienie dziwaczną mieszanką perfekcyjnych chórków, glam-rockowego pazurka i najbardziej ortodoksyjnego disco z lat 70tych. Dziwne, przedziwne retro. W roli głównej wampowata wokalistka oraz frontman gibający się jak Freddie Mercury i śpiewający falsecikiem braci Gibbs.

Już powoli zaczynałem się cieszyć na jednego z moich faworytów – skandynawską kapelę Múm. Wbrew oczekiwaniom koncert wcale nie był tak melancholijny i  stonowany, jak starsze płyty zespołu. Muzycy przypominali raczej przedwcześnie wyrośnięte dzieci, które przytargały na scenę cały arsenał zabawek, samograjek i przeszkadzajek – z harmidru szczeniackiej zabawy wyłaniały się jednak dojrzałe harmonie i konstrukcje. Problemy były dwa – primo, dźwiękowiec nie stanął na wysokości zadania i nie udało mu się wyważyć obszernego instrumentarium. Secundo – w połowie w miarę spokojnego koncertu ktoś postawił wyzwanie grawitacji i nadepnął mojej żonie na twarz. Lekko zdezorientowani absurdalną sytuacją udaliśmy się w objęcia Morfeusza.

Wyjazdy i powroty

Podsumowanie? Wszystko gra – po ubiegłorocznej tragedii, która doprowadziła do śmierci dwóch osób, widać było nasilenie starań organizacyjnych. Jeszcze nigdy nie czułem się tak bezpiecznie na tak dużej imprezie. Ponownie sprawdził się też szósty zmysł dramaturgiczny organizatorów – na Pohodę można jechać nie znając ani jednej kapeli i spokojnie spodziewać się najwyższej jakości. Podczas gdy na wielu pozostałych festiwalach grają formacje odgrzewające dawną sławę, do Trenczyna przyjeżdżają zespoły, które właśnie teraz osiągają apogeum sukcesu na Wyspach lub za oceanem.

Trzy dni muzycznego lata upłynęły jak woda, już teraz nurtuje mnie jednak pytanie, co Pohoda zaproponuje w przyszłym roku. Poczekamy, zobaczymy – za rok, za dzień, za chwilę.

www.pohodafestival.sk

The post Pohoda 2010 first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2010/07/23/pohoda-2010/feed/ 0
Święto Herbaty coraz bliżej! /2010/05/30/swieto-herbaty-coraz-blizej/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=swieto-herbaty-coraz-blizej /2010/05/30/swieto-herbaty-coraz-blizej/#respond Sun, 30 May 2010 19:21:48 +0000 /?p=2442 Niektórzy z was pewnie zauważyli na blogu nową, zieloną ikonkę. Już za kilka tygodni zapach herbaty zwabi do Cieszyna muzyków, podróżników i wszystkich ludzi ciekawych świata.  A ponieważ ja też przypałętałem się do sztabu organizacyjnego tej imprezy, serdecznie zapraszam – oto kilka podstawowych informacji i ciekawostek. Będzie się działo! W dniach 16. – 17. 7. […]

The post Święto Herbaty coraz bliżej! first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Niektórzy z was pewnie zauważyli na blogu nową, zieloną ikonkę. Już za kilka tygodni zapach herbaty zwabi do Cieszyna muzyków, podróżników i wszystkich ludzi ciekawych świata.  A ponieważ ja też przypałętałem się do sztabu organizacyjnego tej imprezy, serdecznie zapraszam – oto kilka podstawowych informacji i ciekawostek. Będzie się działo!

W dniach 16. – 17. 7. 2010 w Cieszynie i Czeskim Cieszynie odbędzie się druga edycja festiwalu Święto Herbaty.

Przez całe dwa dni przebiegać będzie zarówno program dla szerokiej publiczności, jak i specjalistyczna konferencja przeznaczona dla wszystkich osób poważnie interesujących się branżą herbacianą oraz kulturą picia herbaty.

Do najważniejszych wydarzeń koncertowych z pewnością będzie należał występ zespołu Karpaty Magiczne, wspólny koncert dwóch legend czeskiej alternatywy – wokalistki Ivy Bittovej i multiinstrumentalisty Vladimíra Václavka oraz występ duetu Tara Fuki. W Cieszynie zabrzmi też japoński flet shakuhachi oraz gongi, na koncercie braci Mrowińskich i Jana Kubka będziemy mieli możliwość zapoznać się z indyjskimi instrumentami muzycznymi. Klasyczną japońską groteskę przedstawi teatr Kyogen.

Widzowie mogą szybko i wygodnie zwiedzić świat dzięki serii wykładów, projekcji i relacji z podróży – w tym roku dotrzemy na do Iranu, Ameryki Południowej oraz do Kambodży. Warsztaty zaoferują na przykład kurs gotowania lub wytwarzania przedmiotów z wikliny. Poszczególne punkty programu będą przebiegać zarówno po polsku, jak i po czesku – przy udziale tłumaczy.

Festiwal „Święto Herbaty“ jest imprezą w pełni charytatywną. Wszystkie dochody z festiwalu zostaną przekazane na projekt budowy kliniki medycznej w Dolpo, jednym z najbardziej izolowanych zakątków Nepalu.

Widzowie będą mogli skosztować wielu rodzajów herbat i specjałów z całego świata lub zrobić zakupy w jednym z licznych straganów z ceramiką, odzieżą i biżuterią.

Bilety można zakupić w przedsprzedaży (23 zł na dwa dni, tylko sobota – 13 zł, ilość biletów w przedsprzedaży jest ograniczona) lub na miejscu (30 zł na dwa dni, tylko sobota – 16 zł).

Wszelkie informacje dotyczące tegorocznej edycji znajdziecie na stronie www.swietoherbaty.pl.

The post Święto Herbaty coraz bliżej! first appeared on Darek Jedzok.

]]>
/2010/05/30/swieto-herbaty-coraz-blizej/feed/ 0