Słufka

„Wiele ludzi uskarża się na globalizację, chociaż nie ma zielonego pojęcia o tym, o co tak na prawdę chodzi. Gdyby nie było globalizacji, do dziś żylibyśmy w epoce kamienia łupanego“ – te oto słowa powiedział niedawno jeden z moich wykładowców. Po krótkim namyśle nie pozostało mi nic innego, niż zgodzić się z tym zdaniem w stu procentach.

Pojawiają się od czasu do czasu słowa – demony. Chodzi o modne słówka, które trafiają w tak szeroki obieg, że tracą swój pierwotny zakres i znaczenie, większość ludzi używa ich z taką swobodą, jak spójnika „i” między zdaniami. Za czasów czerwonych takim słowem był „kapitalista” – po drugiej stronie oceanu „komunista”. W obu wypadkach dochodziło do częstych nadużyć, używano tych określeń zamiennie do takich epitetów jak „zły”, „zepsuty”, „niemoralny”.

Po 11 września innym takim uniwersalnym słówkiem stał się wyraz „terroryzm”. Już nie ma bandytów i łupieżców – każdy oddział partyzancki, który znajduje się po drugiej stronie barykady, staje się od razu organizacją terrorystyczną.

Oczywiście można też wymienić kilka takich słów – widm, które nie cechują się ujemnym znaczeniem, chociaż w ten sam sposób pokazują nam, w którą stronę się przesuwamy. Pamiętacie powiedzenie naszych babć : „Siedź w kóncie, bałamóncie, jakeś dobry, nóńdóm cie?”. Tego już nie ma. Teraz trzeba być asertywnym (według słownika gwarowego – „upyszczany a dosmolóny”).

Wróćmy jednak do tych „demonów” i globalizacji, o której pisałem na początku. Sława słowa tego zaczęła się od bardzo jaskrawych przykładów – używano tego określenia zawsze, kiedy mówiło się o wielkich, ponadnarodowych korporacjach, co nacechowało ten termin wybitnie ujemnym ładunkiem (co ciekawe, określenie „wioska globalna” nie stwarza takich emocji). A przecież chodzi o tak naturalną rzecz! Każda kultura przecież rozwijała się w oparciu o kontakt z kulturami sąsiednimi, zawsze dochodziło do przemieszania, dyfuzji. Gdyby nasi przodkowie z mroków paleolitu umówili się na zakazie globalizacji, nie poznalibyśmy brązu ani żelaza, nie mielibyśmy jedwabiu ani papieru, ani naszego alfabetu (ej, może jednak ci Arabowie nie są aż tacy źli, przy okazji – gdzie, jak myślicie, powstała nazwa „alkohol”?), bez Turków nie byłoby rogalików, bez Żydów nie byłoby chrześcijaństwa, bez Norwegów nie byłoby fjordów.

Oczywiście, hamburgery i hot dogi nie są (bogu dzięki) częścią naszej tradycji kulinarnej. Ale przecież już od kilkuset lat opychamy się amerykańskim jedzeniem – bo przecież niby skąd wzięła się kukurydza, pomidory i ten najzwyklejszy w świecie ziemniak? Tytoń też jest zresztą podarunkiem Kolumba, khu, khu

Nie taka straszna jest ta globalizacja. Trzeba po prostu trochę uważać.