O, k****!

Wyszło szydło z worka. W czwartkowym numerze GL mogliśmy przeczytać prasową infromację dotyczącą tekstu, jaki zamieściła na swoich stronach internetowych Edyta Górniak. Słownik kruchej divy zawiera takie wyrazy, jak „wk***iać”, „ze**ać”, „zrz**ać” czy też „pier***one”. Nie będę ukrywał, że nawet jeżeli nie chodzi o dzieło jakiegoś dowcipnego hackera, wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby takiego słownictwa pani E. używała na codzień. „Dumka na dwa serca” zmieniła się chyba już dawno na „Dumkę na jedno serce i jedną niewyparzoną … buzię”. Wiele czasu minęło od chwili, kiedy owa buzia zaśpiewała „Jestem kobietą”, w trakcie skomplikowanej metamorfozy w gwiazdkę „szołbiznesu” pewnie zaszło wiele zmian, nim stanęła przed nami w ostateczej wersji bakelitowej lalki, których po ulicach wałęsają się tysiące. Takie osóbki z reguły boją się wyjść na ulicę, jeżeli nie zdążyły przeczytać horoskopu w Cosmopolitanie, obgryzają plastikowe paznokcie, kiedy ucieknie im program na MTV o tym, co w tym tygodniu jest „trendi” a co „pasé” i – co najbardziej mi się z nimi kojarzy – używają pokracznego dialektu, którego próbkę dała nam pani E.

Tutaj afera jest o tyle większa, że słownictwo tego typu trafiło na łamy mediów – to, co podczas rozmowy staje się po pewnym czasie niemiłe, może okazać się niesmacznym, gdy  pojawi się w ramach masowej komunikacji czy sztuki. Cała fala „cool dramatics” która już dawno przeleciała przez zachodnie teatry a jednak ciągle nie daje spać tutejszym reżyserom, którzy chcą być „in”, stoi w 95 procentach na wulgaryzmach. Pozostałe 5 procent (na przykład błyskające ostatnio w Teatrze Cieszyńskim „Polaroidy” Marka Ravenhilla) należą raczej do samotnego grona utworów, które oprócz słownictwa zawierającego wszelkiego rodzaju czynności fizjologiczne i paletę nazw narządów rozrodczych zawierają jakiś przekaz i myśl.

Wulgaryzm jest mocną bronią. Bardzo cenię sobie autorów, którzy potrafią używać jej z wyczuciem i umiejętnie. Zaskoczyło mnie, że takich „edytyzmów” (mój skromny pomnik dla pani E.) używał w swoich sztukach sam mistrz Jára da Cimrman. Nadchodzą one w najmniej oczekiwanym momencie i w tym kryje się ich siła. Co dopiero prowokacyjny humor angielskiej grupy Monty Pythona, która nie tylko jako pierwsza użyła na antenie BBC słowa „shit“, ale zabawę słowną z wulgaryzmami podniosła prawie do rangi lingwistycznej eskamoterii. „Brudne“ słowa mogą być przyprawą do poezji, filmu, tekstu piosenki – o ile korzysta się z nich z wyczuciem. Ale do tego trzeba troszki intelygencyji i polotu … A kiedy tego komuś Bozia nie dała, to może się to skończyć katastrofą.

No i stanąłem na końcu felietonu. Przez cały czas rozmyślałem o tym, jakie sprośne słowo mógłbym wpisać do puenty, aby was zbulwersować i ożywić troszkę „Hyde Park” na ostatniej stronie GL.

Nic mi nie wpada do głowy, ech …

No to pa, misiaczki.

Podaj dalej