Masz ci los

Zaczęło się od tego, że podpisałem ubezpieczenie na życie. W sumie niewiele się zmieniło od tego czasu – no, może tylko dokładniej sprawdzam grzybki podawane mi przez moją lubą, jedynego beneficjenta w przypadku mego nagłego zgonu. Wydarzenie to zaowocowało jednak jednym odkryciem – przeglądając podpisane dokumenty uświadomiłem sobie, jaka może być najgorsza zmora agentów ubezpieczalni …

Chodzi o filozofię, moi mili! No bo wyobraźcie sobie katastrofę, jaką wywołałoby ostateczne orzeczenie, czy światem rządzi determinizm, czy też ślepy przypadek i wolna wola. Każda opcja jest przy tym tak samo brzemienna w skutki – jeżeli wszystko jest z góry postanowione, to każdy mógłby żądać pieniędzy na przykład za świadomie rozwalony samochód. Przecież rozbił by się tak czy owak, jaka tam nasza wola, los tak chciał! Zamiast biegłych sądowych na rozprawy zapraszano by wróżki i jasnowidzów, każdy mógłby ubezpieczyć rękę, którą złamie za pięć lat i dwa miesiące tańcząc tango na balu w Mistrzowicach.

Ciut lepiej dla ubezpieczalni byłoby, gdyby filozofowie dowiedli, że nasze żywoty są częścią boskiego planu – wtedy ubezpieczalnie mogłyby oficjalnie pozwać Boga do sądu praktycznie za wszystkie wypadki i zgony na przestrzeni wieków – od Pompejów po Titanica. Nie wiem, ile Bóg zarabia, ale myślę że taki proces oznaczałby poważne cięcia w rajskim budżecie.

My – klienci – z kolei możemy mieć nieźle przechlapane, jeżeli prawdziwe okażą się być teorie immaterialistów. Wyobraźmy sobie, że przychodzimy do ubezpieczalni ze zdjęciami dachu zerwanego przez wichurę, na co agent odpowiada nam, że zarówno wiatr, jak i dom są zaledwie złudzeniami ludzkiego umysłu – a z punktu widzenia agenta to i nasza skromna egzystencja jest ciut wątpliwa.

Parafrazując Woody Allena – jeżeli rzeczywiście jestem czystą ideą w waszych umysłach, to stanowczo przepłaciłem za to ubezpieczenie. Ale nie oceniajcie mnie źle – w końcu czy po tworze fantazji można się spodziewać praktycznego myślenia?

Więcej!

Podaj dalej