Marzenie kawalera

Korzystając z dobrodziejstw pewnego klubu podróżników gościliśmy w naszej pieczarze młodego Niemca. Nasz gość czytał ongiś artykuł o Cieszynie i zakochał się w mieście na zabój – w dodatku interesował się problematyką mniejszości w zjednoczonej Europie i jako tłumacz dla UE świetnie mówił po polsku i czesku. Mogliśmy więc obserwować jego reakcję na wszystkie absurdy zaolziańskiego życia.

W trakcie dwudniowego zwiedzania obu Cieszynów ów znajomy zakupił dwa kilogramy książek, albumów i publikacji na temat historii miasta i regionu, co oczywiście zaowocowało lawiną pytań. Śmiał się do rozpuku, gdy doczytał się, że Polacy sami sobie niechcący odstrzelili kawiarnię Avion, kręcił głową z niedowierzaniem, że komuś w dzisiejszych czasach mogą jeszcze przeszkadzać dwujęzyczne napisy, pytał, dlaczego polskie gimnazjum już dawno nie zmieniło się na otwartą szkołę językową, aby promować polski język także wśród Czechów …

Jeżeli w końcu chodzi o życie naszej mniejszości, pytał, po kiego czorta wydajemy w kółko te same historyczne publikacje dla wąskiego kręgu specjalistów, zamiast zacząć z taką samą werwą promować i wspierać własną kulturę – bo nie uświadczył takowych wydawnictw w żadnej placówce po obu brzegach Olzy. Zaniepokoiło mnie nie tylko to, że facet doszedł do takiego wniosku, ale także fakt, że sam nie znałem na to pytanie odpowiedzi. A więc – dlaczego?

Najłatwiej chyba byłoby użyć przypowieści, alegorii. Wyobraźmy sobie starego, zgorzkniałego kawalera, który postanowił w końcu zrezygnować z miłosnych podbojów, stracił wiarę we własne siły i w związek na całe życie. Zamiast zadbać o siebie i wyjść między ludzi, woli siedzieć w domu, przeglądać stare albumy ze zdjęciami i wspominać, jak to Kaśka dała mu kosza na balu maturalnym. W soboty ściera kurz z gimnazjalnych medali z biegu na 300 metrów, w niedziele dzwoni do mamy, by pożyczyć trochę kasy. W pracy nie rzuca się w oczy – wykonuje beznamiętnie swoje zadania, ale nie wykazuje żadnej inicjatywy. Awansu też nie chce, bo to tylko więcej problemów i obowiązków – najważniejsze to doklepać jakoś do emerytury …

Zdarzają się jednak noce, kiedy obserwuje z balkonu migające światła miasta i marzy. W takich chwilach łechcze go na skroni cicha nadzieja, że być może nie jest jeszcze kompletnie skreślony – że może jeszcze ruszyć z posad bryłę świata, wyjść na ulicę, polubić ludzi i dać się polubić. Wiadomo, na razie to krótkie chwile ulotnego entuzjazmu, ale … kto wie? W każdym razie nadal trzymam za niego kciuki.

Więcej!