Recenzja : Harold i Maude

USA, 1971

reż. Hal Ashby

Po raz kolejny sięgamy w przeszłość, aby znaleźć kawałek porządnego kina. Tego na szczęście jest pod dostatkiem w tegorocznych propozycjach czeskich klubów filmowych – w najbliższych miesiącach do sal trafi nie tylko Woody Allen (Zagraj to jeszcze raz, Sam, 1972) i Humphrey Bogart (Wielki sen, 1946), ale też jedna z kontrowersyjnych filmowych perełek lat 70tych. Nawet dzisiaj trudno przejść obojętnie koło czarnej komedii Harold i Maude (1971), łatwo więc możemy sobie wyobrazić, jakie zamieszanie wywołała 40 lat temu.

Główny bohater, Harold, to znudzony chłopak z bogatej rodziny, którego ulubioną zabawą jest zwiedzanie pogrzebów i inscenizowanie własnych samobójstw. W pewnym momencie spotyka Maud, ekscentryczną staruszkę, która zafascynuje go swoimi dzikimi pomysłami i życiowym optymizmem. To jednak nie koniec historii – ta dziwaczna, niezwykła przyjaźń powoli przekształca się bowiem w jeszcze bardziej dziwaczną, dziecinnie romantyczną miłość.

Pomimo tak niezwykłej fabuły film ma daleko do płytkiej prowokacji – do dzisiaj urzeka widzów stylowym warsztatem filmowym, świetną muzyką i kreacjami aktorskimi, absurdalnym humorem, a w końcu – niezwykle pozytywnym, rozgrzewającym serca przekazem. Polecam, taki digestif na pewno zrobi wam dobrze po cukierkowych świątecznych komediach.

Więcej!

Podaj dalej