Felieton 156 – Słowak mały

Nie lubię Sienkiewicza i surowych ogórków. Dociekliwy czytelnik zapyta teraz zapewne, co ma wspólnego autor Potopu z warzywem z rodziny dyniowatych, ja zaś nie zamierzam utrzymywać go w dręczącej niepewności.

Otóż zarówno Henryk S., jak i ogórek siewny byli mi na siłę podsuwani przez rodziców i pedagogów, na co z racji swej przekornej natury zareagowałem mocną antypatią. Uśmiech na mym licu wywołała więc wiadomość, że słowacki parlament zamierza zatwierdzić ustawę o patriotyzmie, nakazującą wspólne śpiewanie hymnu w klasach szkolnych.

Dobra nasza! Nie ma to jak obrzydzić berbeciom kolejny aspekt dziedzictwa kulturowego!

Oczywiście inicjatywa ta wywołała falę przytakiwania w Polsce i w Czechach. Obrońcy pomysłu argumentują tym, że w patriotycznych Stanach dziatwa szkolna zaczyna każdy dzień nauki od odśpiewania Gwiaździstego sztandaru. W myśl zasady – pomalujmy Trabanta na czerwono, zrobimy Ferrari – zmuśmy więc młodych do mechanicznego dukania hymnu, prędzej czy później uderzą się w pierś i powieszą w pokoju flagę zamiast plakatów Harry’ego Pottera i Hannah Montana.

Zresztą – być może samo śpiewanie hymnu nie odniesie wystarczającego efektu. Niech co piątek piszą esej na temat Dlaczego kocham ojczyznę, a każdą godzinę lekcyjną zakończą recytowaniem przysięgi wierności Wodzowi. Proste to i tanie. W dodatku skoro walka o Ojczyznę była okupiona hektolitrami krwi i łez, to dlaczego ktoś miałby ją kojarzyć z żywym, interesującym tworem? Przecież nie chcemy, aby dzieciaki poznawały historię i podstawowe wartości tak, jak w Muzeum Powstania Warszawskiego – w nieprzyzwoicie zażywny sposób. Z multimediami, wciągającą scenografią i mocnym przekazem, a fuj. Zróbmy z hymnu zupę mleczną. Wątróbkę. Grysik. Promocja poprzez obrzydzenie. Wykuwanie zamiast zrozumienia.

Skończy się dokładnie tak, jak w następującej historyjce z życia wziętej. Babcia uczyła wnusię modlitwy Aniele Boży. Dziewczynka zapamiętała w końcu cały wierszyk i ku niezmiernemu zadowoleniu starszyzny rodu umilała rodzinne obiady krótką, wzruszającą recytacją. Do czasu, kiedy po odklepaniu ostatnich słów zamyśliła się na chwilę i zapytała „Babciu, a co to jest ta kupa mocy?”

Jeżeli więc już nic innego, to przynajmniej będzie wesoło. Nie mogę się doczekać, w jakie wariacje obrodzi hymn, gdy przefiltrują go twórcze umysły znudzonej słowackiej dzieciarni.

Więcej!

Podaj dalej