Recenzja – The Room (2003)

Wiele razy przedstawiałem tutaj filmy wybitne, przełomowe i perfekcyjne. Pora na zmianę. Usiądźcie wygodnie i cieszcie się jak małe dzieci, bo oto przed wami prawdopodobnie najgorszy film wszechczasów. Film epicko spaprany i porywający swoją amatorszczyzną, jednym słowem – kult.

To pompatyczne wprowadzenie nie ma w sobie ani krztyny przesady – krytycy nadali  temu dziełu ksywę „Obywatel Kane złych filmów”. The Room jest dziełem reżysera o imieniu Tommy Wiseau, który sam napisał scenariusz, tworzył większą część sztabu technicznego, osobiście załatwiał fundusze i kupował sprzęt, a w końcu zagrał także główną rolę. Nie trzeba chyba dodawać, że we wszystkich tych czynnościach radził sobie jednakowo źle.

Bardzo źle.

Filmu nie da się opisać – trzeba go zobaczyć, i to najlepiej w grupie znajomych, aby spotęgować wrażenie. Jest tak strasznie obciachowy i pozbawiony jakiegokolwiek sensu, że fanom filmów po prostu przepalają się wszystkie obwody.

Bez względu na to, czy pierwszą reakcją widza był szok, gniew, nuda czy niedowierzanie – po kilku minutach puszczają wszelkie bariery myślowe i daje się unosić absurdalnej atmosferze tej cudownie partackiej roboty. Na czym polega urok tego dzieła?

Niemożliwe jest też opisanie wszystkich aspektów prowadzących do tak monumentalnej porażki. W dialogach cały czas powtarzają się te same kwestie, postacie mówią o niczym i do niczego nie zmierzają. Wszyscy witają każdego nowego bohatera pojawiającego się na ekranie. Scenariusz jest pozbawiony jakiejkolwiek konkretnej fabuły, poszczególne wątki pojawiają się znienacka i są rozbudowywane przez 5 minut męczącej rozmowy. Kiedy widz zaczyna się spodziewać jakiegoś punktu oparcia, wątek znika i nigdy już nie wraca.

Bezsensowne jest także zachowanie się postaci – kilka razy wszyscy bohaterowie ni stąd ni zowąd wychodzą na dwór, aby porzucać sobie piłką do futbolu amerykańskiego. Nikt nie wie dlaczego.

Dodatkowego posmaczku dodają filmowi zmiany obsady – aktorzy w pewnym momencie uświadamiali sobie, w jak tragiczny projekt dali się wpakować i uciekali, gdzie pieprz rośnie. Wiseau wcale się tym nie przejmował, dana postać znika z filmu bez słowa wyjaśnienia, a na jej miejsce przychodzi całkowicie inny bohater.

Gwoździem programu jest jednak aktorstwo samego autora, naturszczyka o dosyć specyficznej urodzie i przyciężkim akcencie. Wiseau przez cały czas mówi i porusza się jak osoba znajdująca się pod wpływem silnych środków uspokajających, swoje monologi przerywa krótkim śmiechem socjopaty nawet w tych najbardziej nieodpowiednich chwilach.

Ta wybuchowa mieszanka po prostu musiała znaleźć swoich fanów. Film szybko zyskał miano kultowego, w amerykańskich miastach organizowane są pokazy, na które przychodzą setki ludzi. Uważni fani dostrzegli w filmie pewną ciekawostkę – elementem wystroju pokoju gościnnego jest ramka na zdjęcia rodzinne, w którą wstawione jest zdjęcie … łyżki. Do rytuałów należy więc nie tylko rzucanie piłką do futbolu podczas stania w kolejce na film, ale też przynoszenie na seanse kilku łyżek. Za każdym razem, gdy na ekranie pojawia się ramka ze zdjęciem, na scenę sypie się gęsty deszcz kilkuset sztućców.

Sława filmu dosięgła ostatnio także Europy – odbywają się już pierwsze małe pokazy w klubach studenckich. Czekam niecierpliwie, aż dotrą na nasze tereny. Łyżeczki mam już spakowane.

Więcej!