Felieton 161 – Jest wybornie!

Pisałem ostatnio o nasilonej uprawie pustosłowia w okresie kampanii wyborczej. Tuż po czeskich wyborach i tuż przed polskimi okazuje się jednak, że nie tylko politycy powinni wziąć rozbieg i walnąć barana w ścianę. Z każdą kampanią coraz bardziej widoczne są myki i podchody zespołów public relations.

Czeskie wybory straciły praktycznie jakikolwiek kontakt z rzeczywistością i przekształciły się w festiwal opluwania i straszenia wyborców-dzieci. Atmosfera zbiorowej histerii stopniowo zaczęła dotykać nawet całkiem racjonalnie rozmyślających ludzi, którym oczy zachodziły mgłą na sam widok brodawki szefa socjaldemokratów lub na przypomnienie opłat u lekarza, wprowadzonych przez prawicę.

Klimat ten pięknie uzupełniały debaty telewizyjne między szefami dwóch największych partii. Dzięki nim przekonałem się w końcu, że w warunkach czeskiej kultury politycznej niemożliwe jest marzenie o systemie dwupartyjnym. Nawet w tych najważniejszych momentach panowie politycy nie byli w stanie schować słomy do butów i wykazać się odrobiną klasy. Zamiast rozmowy widz był zmuszony obserwować korowód osobistych inwektyw, gruboskórnych żartów i niekończącego się klepania haseł o „zwykłych ludziach” lub „greckiej drodze”.

Jakimś cudem wybory zakończyły się całkiem nieźle. Ultranacjonaliści odeszli z kwitkiem, w skład rządu wejdą prawdopodobnie dwie małe, świeże partie, duże z kolei skreśliły kilku cudaków, którzy od dłuższego czasu psuli powietrze w parlamencie. Sztafetę przejmują teraz polscy piarowcy, którzy – jak się okazuje – w tym roku nie muszą się zbytnio trudzić.

Eksperci na usługach rządu mogą wyssać do cna temat klęski żywiołowej, wysyłając mężów stanu na wały przeciwpowodziowe. Tu fotka z łopatą, tam z zatroskaną miną. Ekipy zatrudnione przez Jarosława Kaczyńskiego obrały z kolei strategię opartą na czynniku „ooch”, czyli po prostu biorą wyborców „na litość”. Tuż po Smoleńsku czytałem ciekawą analizę pewnego medioznawcy, który zwrócił uwagę na ważny szczegół – w konserwatywnej Polsce prezydentem nie może zostać mężczyzna bez pary, bez kobiety. Ponieważ zaś Jarosławowi niespieszno do ożenku, analityk prognozował, że ekipa PR będzie musiała wykombinować jakąś zastępczą kobiecą postać, swoistą atrapę małżonki. I to najlepiej postać wzbudzającą współczucie, czyli  nietykalną.

Okazało się, że zadanie to było proste jak drut – zespół mógł nawet wybierać z dwóch kandydatek. I wybrał obie. W kilka dni później swoje wsparcie dla kampanii Jarosława ogłosiła osierocona córka państwa Kaczyńskich, a w mediach regularnie zaczęły się pojawiać wiadomości dotyczące samopoczucia matki bliźniaków. Słowo ciałem się stało. Na razie mamy do czynienia tylko z umiarkowanym szantażykiem emocjonalnym – ostatnia notka prasowa informowała o tym, że stan staruszki pogorszył się, gdy w końcu dowiedziała się o śmierci Lecha Kaczyńskiego.

Boję się, że za tydzień lub dwa ekipa zaniesie do szpitala zdjęcie syna, aby mogła nakręcić płaczącą kobietę. I kto wie? Być może tuż przed wyborami, w akcie ostatecznej desperacji na ulicach pojawią się billboardy z hasłem „miej serce, głosuj na Jarosława – spraw, by pani Kaczyńska poczuła się lepiej”?

Więcej!

Podaj dalej