Felieton 167 – Warszawska krucjata

Z okazji sześćsetnej rocznicy Bitwy pod Grunwaldem Polacy zorganizowali sobie epicką rekonstrukcję tego starcia. Tym razem Krzyżacy długo wygrywali, podczas gdy Rzeczpospolita gnuśniała w zaroślach.

Po raz kolejny okazało się bowiem, że w pewnych sytuacjach upada jakakolwiek hierarchia władzy, do głosu dochodzi bezkształtna, ciemna masa. W takich chwilach łuszczą się stulecia rozwoju cywilizacyjnego i wypełza na światło dzienne archaiczny, nieprzewidywalny żywioł.

Mimo wszystko jestem dobrej myśli – od czasów smoleńskiej tragedii doszło bowiem do niesamowitego fermentu, ożywienia dyskusji publicznej. Pisałem jakiś czas temu o jałowości poszukiwania ukrytych sensów i znaków w katastrofie prezydenckiego samolotu – wydarzenie nabiera znaczenia dopiero teraz, stwarza sposobności do ponownego postawienia pytania „Co z tą Polską?”. Jedną z najlepszych takich okazji jest właśnie szopka pod warszawskim krzyżem.

Wydarzenia te sprowokowały do przemyśleń, a przede wszystkim – do deklaracji wielu ludzi, którzy dotychczas biernie wegetowali w polskiej rzeczywistości. Przypomniało mi to znany w psychologii „syndrom gotowanej żaby” (patrz pojęcie „creeping normalcy” Jareda Diamonda). Zwierzę wrzucone do wrzątku panicznie stara się uciec, jeżeli jednak włożymy je do zimnej wody i co jakiś czas podnosimy lekko temperaturę, biernie znosi sytuację i ostatecznie umiera spokojnie i z uśmiechem na pyszczku.

Podobnie Polacy – nabijając się z moherowej armii ojca Rydzyka – nie zauważyli, jak ogromną połać przestrzeni publicznej udało jej się w międzyczasie zawłaszczyć. Sprawy posunęły się już tak daleko, że jakiekolwiek panowanie nad tą tłuszczą stracił nawet Kościół, który przez długi czas wykorzystywał jej poparcie do swoich celów.

Nagle okazało się jednak, że te wyśmiewane legiony fanatyków mogą nie tylko zignorować przepisy świeckiego państwa, ale też odrzucić autorytety kościelne. Krzyż nie należy już do Kościoła, staje się totemem, wokół którego spontanicznie powstają nowe, plemienne wspólnoty odrzucające starych kapłanów.

Potrzebę zmian i sprowadzenia spraw na „normalne tory” zrozumieli zarówno ludzie, jak i władze państwa, co zaś najbardziej istotne – boleśnie uwiadomiły to sobie także władze kościelne. Te same, które wcześniej cieszyły się z umieszczania krzyży w szkołach, urzędach, a nawet w polskim parlamencie.

Hasło „miejsce krzyża jest w kościele” może więc nabrać znaczenia symbolicznego. Może uczynić Polskę państwem faktycznie nowoczesnym, sprawnym i tolerancyjnym wobec wszystkich wyznań. Czyli – państwem świeckim.

Więcej!

Podaj dalej