Felieton 179 – Czechofilia

Wspominałem już nieraz o tym, że Zaolziacy powinni skorzystać ze swojego położenia i wspomagać zacieśnianie więzi braterskich między Czechami a Polakami, przełamywać stereotypy. Ostatnio dochodzę jednak do wniosku, że ta fucha może być trudniejsza, niż się wydawało.

Przyjmowałem już wielu gości z Polski, którzy przyjechali bratać się z Czechami do Cieszyna. Często udziela mi się entuzjazm przybyszy, a nawet staram się go napędzać – rozmawiamy o Zelence, pokazuję knajpy z najtańszym piwem i sklep muzyczny, w którym kupował struny Jarek Nohavica. Zdarza się jednak, że ogrom tego entuzjazmu zaczyna mnie przytłaczać i nie wytrzymuję. Mówię wtedy …

Tak, czeskie kino jest nadal ciut lepsze od polskiego. Ale „dobre” to było 10 lat temu.
Nie łudźcie się, Czesi generalnie nie lubią Polaków. I nic w tym osobistego, Polacy też generalnie nie uwielbiają Rosjan albo Niemców i nikt się z tego powodu nie wiesza.
Nie, Czesi nie są bardziej tolerancyjni i światli od Polaków. Spróbujcie poruszyć temat Cygan, Arabów albo chrześcijan. Dwa narody, jeden pies.

Goście patrzą wtedy na mnie wzrokiem bitego trzylatka i mówią „Ale Szczygieł pisał co innego …”. I tu trafiamy na naczelnego winowajcę eskalacji całego czechofilstwa minionych lat. Niestety czytelnicy nie zdają sobie w pełni sprawy, że Mariusz Szczygieł wirtuozersko porusza się na granicy subiektywnego komentarza i eseistycznego bajania. W ostatnim felietonie jednak definitywnie przeholował, rozpisując się na temat rzekomego oczytania narodu czeskiego.

Czeska kultura z pewnością wyprzedza polską pod pewnymi względami – nie zalatuje patosem, umiejętnie łączy komizm z tragizmem bez przechodzenia w karykaturę, świetnie utrzymuje dystans, o jakim polski film może sobie pomarzyć.

To jednak absolutnie nie dotyczy literatury, a niestety też ogólnego nastawienia do sztuki. Jak można stawiać Polakom za wzór naród, w którym dramatopisarze i prozaicy całkowicie wykluczeni są z dyskusji publicznej, poetów powszechnie uważa się za nieszkodliwych dziwaków i wyrzutków, rzecznikiem czeskiej literatury jest Michal Viewegh (wypisz, wymaluj Katarzyna Grochola w slipkach), a reklama nowych pozycji książkowych przebiega wyłącznie na zasadzie cichej poczty?

No i z drugiej strony – dlaczego Polacy mieliby wpadać w kompleksy, skoro każda nowa płyta Świetlików wskakuje od razu na pierwsze miejsca list przebojów; skoro nowe książki Pilcha czy Tokarczuk znikają z półek jak ciepłe bułeczki; skoro nowe wydawnictwa promowane są na billboardach (coś w Czechach nie do pomyślenia), a książki podróżnicze mają swoje spoty reklamowe przypominające zwiastuny filmowe?

Jak pisałem na wstępie, nas – pomosty, ambasadorów – czeka trudna robota. Okazuje się, że trzeba nie tylko pomagać Czechom lubić Polaków, ale też pomóc Polakom przestać bujać się w Czechach. Bo pozytywny stereotyp nadal pozostaje stereotypem. A ślepy i bezwarunkowy afekt to już nie miłość, a patologia.

Więcej!

Podaj dalej