Węgierscy naukowcy są podobno krok od epokowego odkrycia – w najbliższym czasie mają przedstawić światu urządzenie dekodujące mowę psów, czyli – kolokwialnie mówiąc – tłumacza szczekania. Odstawmy na bok wszelkie wątpliwości (wszak podobnych sensacji pojawiło się już wiele – przypomnijmy ubiegłoroczne perpetuum mobile czy też przyrząd do czytania myśli, oba podobno tuż przed opatentowaniem i w ostatniej fazie testów). Czy rzeczywiście chcemy zrozumieć głosy naszych milusińskich?
Po pierwsze – nawet jeżeli budapeszteńskie mózgownice odniosą sukces, to iluż z nas ma w domu psa szczekającego po węgiersku? Dla ucha słowiańskiego języki ugrofińskie brzmią co najmniej egzotycznie i vice versa – nie wiem, ile mogą kosztować lekcje polskiego dla psa. Albo być może działa to inaczej i przyrząd wyłapie ojczystą mowę zwierzaków – już wkrótce zaolziańskie owczarki niemieckie będą siadały u stóp swoich panów i szczekały „Eine Schweinefleisch, bitte”? To jeszcze i tak pół biedy, bo w komunikacji z takim hundem pomoże dziadek z volkslistą, z kolei dialog z chartem rosyjskim poprowadzi w języku Puszkina wuj z bogatą przeszłością partyjną, ale kto dogada się z pekińczykiem?
Paradoksalnie jednak, nawet jeśli rozwiążemy problem multikulti czworonogów, perspektywy nie są zbyt budujące. Do dzisiaj mogliśmy udawać, że nie rozumiemy niemego spojrzenia, kiedy akurat mieliśmy jakieś inne zajęcie. Teraz na nic się zda odwlekanie obowiązków hodowcy. Włochate przyłazi, więc głaszczemy i rzucamy od niechcenia : „O, przyszedłeś się przytulić?”A ono na to : „Taa, akurat … żryć mi daj.” (przepraszam za słownictwo, ale jak myślicie, że będą mówiły psy ze schronisk, czyli recydywiści, którzy pół życia spędzili na ulicy a drugie pół za kratkami?)
Ja tam czarno to widzę. Myślę, że niejeden z nas musiałby zapłacić połową kiełbasy, aby Reksio czy inny Burek nie nakablował żonie czy rodzicom, o której i w jakim stanie wracało się z imprezy do domu. Pies też świnia