Fani grupy czekali na to wydawnictwo przez całą dekadę. Tytani stylu muzycznego trip-hop wrócili po długich latach z trzecią płytą (nie licząc legendarnego nagrania na żywo z 1998 roku). Sami twórcy musieli uświadamiać sobie, na jak ryzykowne posunięcie się zdecydowali. Płyty „Dummy” (1994) i „Portishead” (1997) wszyscy wielbiciele mrocznych rytmów znają od lat na pamięć, w związku z czym nowe nagranie musiało być przygotowane do niesamowicie surowej komparacji. Do wyboru były dwie drogi – nagrać album dokładnie oddające ducha i aranżacje płyt z lat 90tych albo dostosować ideę do wpływów muzycznych, które w międzyczasie pojawiły się na scenie. Portishead postanowili pójść drugą z tych dróg.
Powstała płyta jednocześnie perfekcyjna pod względem produkcji muzycznej, ale także niesłychanie trudna w odbiorze. Prawdę powiedziawszy chodzi o jedną z najtrudniejszych płyt, z którymi się w ostatnim czasie zetknąłem. I podziwiam twórców za odwagę, by wrócić po tylu latach i odrzucić na bok wszelkie kompromisy. Melodyjne wokale są okrutnie ścierane przez chropowate dźwięki i niesymetryczne rytmy, czego najlepszym przykładem jest wybór industrialnej prawie piosenki „Machine Gun” na singiel promujący płytę.
Prawdę powiedziawszy w pierwszej chwili płyta odrzuciła mnie. Ale przez przypadek zapomniałem ją skasować z karty w moim telefonie komórkowym, więc byłem zmuszony słuchać jej w trakcie przejazdów pociągiem. Po dwóch dniach polubiłem kilka kawałków, po tygodniu zacząłem słuchać całej płyty także w domu. Dzisiaj mogę stwierdzić, że to jedno z lepszych nagrań ostatnich miesięcy. Surowe i purystyczne, a mimo to piękne i wzruszające. Po wielokrotnym wysłuchaniu wyłaniają się chwytliwe melodie i nastroje, poczynając od arabskich frędzelków w utworze „Magic Doors” po hipnotyczny tętent piosenki „The Rip”. Podczas gdy na początku trudno mi było wytrzymać do końca niektórych utworów, dzisiaj nieraz żałuję, że kończą się zbyt wcześnie.
Na pewno polecam to niecodzienne przeżycie – być może te nagrania będą szargać wasze nerwy, ale kto wie … może też zauroczy was ten dyskretny urok dysharmonii.