język polski - Darek Jedzok / blog & archiwum Wed, 05 Jun 2019 11:14:06 +0000 en-US hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Felieton 283 – Przysłowiowy bigos /2019/06/05/felieton-283-przyslowiowy-bigos/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-283-przyslowiowy-bigos Wed, 05 Jun 2019 11:12:32 +0000 /?p=5412 Myślicie, że nie da się zmontować felietonu prawie wyłącznie z przysłów? To potrzymajcie mi piwo. Jadę. Każdy naród ma swoje dziwne powiedzonka. Szwedzi mawiają „nie ma krowy na lodzie”, aby zażegnać panikę, a Australijczycy – „nie przyszedłem tutaj, aby pie***lić pająki”, gdy chcą zapewnić, że chętnie wezmą się do roboty. Ale nie ma się co […]

The post Felieton 283 – Przysłowiowy bigos first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Myślicie, że nie da się zmontować felietonu prawie wyłącznie z przysłów? To potrzymajcie mi piwo. Jadę.

Każdy naród ma swoje dziwne powiedzonka. Szwedzi mawiają „nie ma krowy na lodzie”, aby zażegnać panikę, a Australijczycy – „nie przyszedłem tutaj, aby pie***lić pająki”, gdy chcą zapewnić, że chętnie wezmą się do roboty. Ale nie ma się co śmiać i cudze chwalić, bo i nasza kolekcja niezgorsza.

Wiele jest tekstów, które w przypadku dosłownej interpretacji mogą wpędzić miłośników folkloru w niezłe tarapaty (czymkolwiek są „tarapaty”). Cóż, w większości sytuacji najlepszą obroną nie jest atak, ale właśnie obrona, ewentualnie bezkompromisowe, stanowcze spieprzenie w odwrotnym kierunku. Sami wiecie – co Was nie zabije, wcale nie musi Was wzmocnić. A może dożywotnio okaleczyć.

To jednak nie koniec problematycznych wątków spędzających sen z powiek amatorom paremiologii, bo oprócz wątpliwej jakości rad życiowych mamy też całkowicie surrealistyczne porzekadła, które w żaden sposób nie trzymają się kupy. Spróbujcie na przykład wyjaśnić cudzoziemcom, dlaczego mówimy „nie zasypiać gruszek w popiele” albo „masz babo placek”. Nie mam zielonego pojęcia, skąd wzięło się nie tylko „zielone pojęcie”, ale też „śmiać się jak głupi do sera”, „pies pogrzebany”, „szydło z worka”, czy „kryska na Matyska”.

„Biedny jak mysz kościelna” też nie ma sensu w kraju, w którym duchowieństwo jeździ limuzynami. Myszy myszkujące po polskich plebaniach muszą przecież należeć do najbogatszych gryzoni, jeść na srebrze i spać w marmurowych norkach. Lepiej zaktualizować to przysłowie, przenieść je do innych, faktycznie niedofinansowanych obszarów. Taka edukacja, o. Powinno być „chudy jak pies nauczyciela” albo „głodny jak karaluch z akademika”. A skoro już aktualizujemy, to chciałbym przypomnieć, że w XXI wieku mamy już róże bez kolców, dym bez ognia, kołacze bez pracy, a nawet złe, co nie wychodzi na dobre. Postępu nie zatrzymasz.

Nie bójcie się więc sprzeciwiać mądrościom bez pokrycia. Zaglądajcie w zęby darowanym koniom, dzielcie skórę na niedźwiedziu i chwalcie dzień przed zachodem.

A jak ludzie będą się pukali w czoło, to po prostu udawajcie Greka.


Tekst ukazał się drukiem w miesięczniku Zwrot 03/2019

ilustracja: “Przysłowia niderlandzkie”, Pieter Bruegel, WikiMedia Commons

The post Felieton 283 – Przysłowiowy bigos first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Felieton 282 – Porywacze znaczeń /2019/05/08/felieton-282-porywacze-znaczen/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-282-porywacze-znaczen Wed, 08 May 2019 09:22:25 +0000 /?p=5401 Czy zauważyliście kiedyś, że można uprowadzić nie tylko osoby lub pojazdy, ale też słowa? Właśnie to przytrafiło się w ostatnich latach stosunkowo nowemu pojęciu „hejt”, które zostało zaanektowane jak Sudety w trzydziestym dziewiątym.

The post Felieton 282 – Porywacze znaczeń first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Czy zauważyliście kiedyś, że można uprowadzić nie tylko osoby lub pojazdy, ale też słowa? Właśnie to przytrafiło się w ostatnich latach stosunkowo nowemu pojęciu „hejt”, które zostało zaanektowane jak Sudety w trzydziestym ósmym.

W języku polskim słowo to pojawiło się pierwotnie w kontekście mowy nienawiści i szykany w Internecie. Gdy hejt doprowadził do samobójstwa kilku wrażliwych, młodych ludzi, powstały akcje społeczne starające się przeciwdziałać temu zjawisku. I wtedy zaczęły węszyć pierwsze hieny.

Każdy narcyz otrzymał w tym momencie dar z niebios, uniwersalną ochronę przeciwko dowolnej, nawet najbardziej zasłużonej krytyce. Pierwsze załapały się gwiazdki jutuba, w drugiej fali przytruchtali różnej maści kołcze (etymologię słowa można wyprowadzić od chęci opróżnienia całego kołczanu strzał w ciało takiej osoby). Później doszły celebrytki, politycy i biznesmeni. Słowo, które pierwotnie związane było z zaszczutymi nastolatkami wieszającymi się w łazienkach, z biegiem czasu przekształciło się w tanią wymówkę dla oszustów, dla których prawomocny wyrok sądu jest teraz po prostu wynikiem „kampanii nienawiści”. No niech ich ktoś przytuli i poczęstuje ciastkiem.

W sumie szkoda, że słowo „hejt” zrobiło karierę dopiero teraz, bo i wcześniej przydałoby się niejednej historycznej postaci. Mogło się okazać, że hejterzy bombardowali jaskinię Osamy, blokowali dostawy kokainy Pablo Escobara, zamknęli biznes handlarzom niewolnikami. Hejterzy zniszczyli blok komunistyczny, Trzecią Rzeszę i imperium Czyngis-chana – generalnie bronili się, mendy, gdy na nich najechano. No jak tak można? Ładnie tak ranić uczucia tyrana? Tyle się napracował, tyle się natorturował i nagnębił… Zero współczucia, zero zrozumienia.

Najlepiej będzie, jak wszyscy zastosujemy tę strategię w życiu codziennym. Szef grozi wywaleniem z roboty za notoryczne spóźnienia? Hejt. Żona robi scenę z powodu kochanki? Sąsiad grozi pozwem za nocne imprezy? Urzędy chcą odebrać niedożywione dzieci? Hejt, a jakże!

Zacznę od zaraz. Zobaczymy, czy hejterzy w redakcji zapłacą mi za niedokończony felie


Tekst ukazał się drukiem w miesięczniku Zwrot 02/2019

zdjęcie: Netflix

The post Felieton 282 – Porywacze znaczeń first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Felieton 273 – Notatki spod Wieży Babel /2018/07/02/felieton-273-notatki-spod-wiezy-babel/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=felieton-273-notatki-spod-wiezy-babel Mon, 02 Jul 2018 09:37:16 +0000 /?p=5314 Od pewnego czasu pomieszkuję sobie na emigracji, mogę więc nausznie śledzić przemianę polszczyzny w barwnego „ponglisha”. Powiem Wam, piękna to katastrofa! Jakiś czas temu Polacy śmiali się łamańców językowych modelki „Dżoanny” Krupy, i ja też poznałem kilka osób, które na obczyźnie utknęły w podobnej otchłani między dwoma lingwistycznymi światami. Wcale nie zależy to od inteligencji […]

The post Felieton 273 – Notatki spod Wieży Babel first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Od pewnego czasu pomieszkuję sobie na emigracji, mogę więc nausznie śledzić przemianę polszczyzny w barwnego „ponglisha”. Powiem Wam, piękna to katastrofa!

Jakiś czas temu Polacy śmiali się łamańców językowych modelki „Dżoanny” Krupy, i ja też poznałem kilka osób, które na obczyźnie utknęły w podobnej otchłani między dwoma lingwistycznymi światami. Wcale nie zależy to od inteligencji czy wykształcenia – wszystko sprowadza się do talentu językowego, a raczej jego braku. Tak, jak są ludzie, którym słoń nadepnął na ucho i w życiu nie zaśpiewają czystej nuty, tak są i tacy, którzy nie utrzymają w głowie dwóch języków; jeżeli chcą się nauczyć nowego, muszą dokonać wyboru Zofii.

To pojedyncze, jaskrawe przypadki, jednak mniejsze lub większe potknięcia zdarzają się prawie wszystkim emigrantom. Sam staram się używać anglicyzmów tylko ironicznie i dbać o cnotę mojego polisza, ale cóż – i mnie czasem zdarza się trochę puścić.

Tym razem orania tedy nie będzie, nie zamierzam piętnować ludzi, którzy pogrześli mowę w pięć minut po rzuceniu ziemi skąd ich ród. Każdy ma inne priorytety, nie wszyscy noszą w portfelu fotkę Miodka.

Swoistym pocieszeniem jest fakt, że zapożyczenia językowe emigrantów rzadko przypominają szorstką korporacyjną nowomowę w stylu „zrób order ASAP, bo dedlajn idzie”. Niektóre angielskie słowa po przetrawieniu przez polski akcent brzmią zaskakująco swojsko, wchodzą w rozmowę jak w masełko. „Stoję na platformie (peronie)”, „Jutro wywożą rabisz (śmieci)”, „Spotkamy się w szopie (sklepie)”.

W dodatku niektóre zamiany są całkiem ekonomiczne – takie „słopnąć” (od „swap”) jest o całą sylabę krótsze od polskiego „wymienić”. Zamiast „włożyć do czytnika” możemy z kolei mówić „słajpnąć” (od „swipe”), a zaoszczędzony czas wykorzystać na spacery nad oceanem lub naukę gry na ukulele.

Zresztą nie tylko my zachwaszczamy swój język, zapożyczanie działa też w drugą stronę – zwłaszcza w przypadku wulgaryzmów, od których rodacy prawie zawsze zaczynają korepetycje z polskiego dla obcokrajowców. Znajomy Brazylijczyk, zapytany o postępy w nauce polskiego, z uśmiechem wyrecytował “czeszcz”, “jabko” i “leniwa menda”. Spotkałem też Wietnamczyka, który skwitował rozlanie zupy smutnym „kurła”, albo Szkota, który źle ocenił kaliber wyzwiska i zarzucił ostrym „He’s a fucking osiołek”.

Nie będę więc kruszył kopii, ostatecznie postanowiłem pójść w ślady strażaków z filmu Formana – skoro nie mogę ugasić pożaru, to przynajmniej se popatrzę, jak ładnie się pali.


Tekst ukazał się drukiem w miesięczniku Zwrot 05/2018

The post Felieton 273 – Notatki spod Wieży Babel first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Dyskretny urok biologicznego nazewnictwa /2015/11/01/dyskretny-urok-biologicznego-nazewnictwa/?utm_source=rss&utm_medium=rss&%23038;utm_campaign=dyskretny-urok-biologicznego-nazewnictwa Sun, 01 Nov 2015 16:31:13 +0000 /?p=5069 Jak brzmi mianownik liczby pojedynczej od “dżdżu” albo “tchu”? Jeżeli też przez lata nie mogliście spać z powodu takich językowych zagwozdek, to witajcie w klubie.   W erze Internetu rozwiązywanie podobnych tajemnic zajmuje najwyżej kilkanaście sekund, jednak w czasach mojego dzieciństwa inspirowały one często rozległe poszukiwania, były źródłem niegasnących fascynacji. Podobnie jest zresztą z dziwnymi […]

The post Dyskretny urok biologicznego nazewnictwa first appeared on Darek Jedzok.

]]>
Jak brzmi mianownik liczby pojedynczej od “dżdżu” albo “tchu”? Jeżeli też przez lata nie mogliście spać z powodu takich językowych zagwozdek, to witajcie w klubie.
 
W erze Internetu rozwiązywanie podobnych tajemnic zajmuje najwyżej kilkanaście sekund, jednak w czasach mojego dzieciństwa inspirowały one często rozległe poszukiwania, były źródłem niegasnących fascynacji. Podobnie jest zresztą z dziwnymi przysłowiami i powiedzeniami: bo kto mi powie, gdzie dokładnie raki zimują? Gdzie pieprz rośnie? I dlaczego filip wyskakuje z konopi?
 
Dzisiaj już wiem, że “filip” był gwarowym określeniem zająca, a te często chowały się w kępach konopi na obrzeżach pól i uciekały w popłochu dopiero wtedy, gdy myśliwy zbliżył się na kilkadziesiąt centymetrów. Wyszperałem już odpowiedzi na większość długoletnich zagadek, pozostało mi jednak jedno bogate źródło językowych uciech – a mianowicie zoologiczna i botaniczna nomenklatura.
 
Od zawsze cieszyły mnie niektóre nazwy pospolitych zwierząt i roślin pojawiające się na  kartkach podręcznika do biologii. O, taki chrobotek reniferowy na przykład. Bielinek kapustnik i turkuć podjadek. Waleń i morświn. Owady tyż: mucha plujka, gnojka wytrwała i – wspaniale dźwiękonaśladowczy – bzyg brzęk.
 
W końcu wyssałem do cna podręczniki, więc zacząłem aktywnie szukać nowych eksponatów do kolekcji. Okazało się, że czym głębiej w las, tym więcej dziwactw. Pojawia się odorek jednobarwek, pienik ślinianka, a nawet – matko jedyna! – moloch straszliwy.
 
Prawdziwe eldorado odkryłem jednak na studiach etnologii, kiedy zapoznawałem się ze szkodnikami występującymi w archiwach i księgozbiorach. To już nie były zwykłe igraszki, ale słowotwórczy szał o iście Leśmianowskim zacięciu.
 
Poznajcie się. W waszej domowej biblioteczce może grasować kołatek uparty, żywiak chlebowiec albo pustosz kradnik. Kolekcję kryminałów pożera psotnik, gryzek i świdrzyk cygarowiec. Z kolei wełniane tkaniny niszczy mrzyk, szubak i przetycz wypuklak.
 
Zatrzymajcie mnie, bo mogę tak w nieskończoność.
 
Butwiak owłosiony. Borodziej próchnik. Trzeń długoryjki. Spuszczel pospolity. I jeszcze miazgowiec, wyschlik, stukacz. Tykotek pstry, proszę was bardzo.
 
Mojego faworyta nie trzeba jednak szukać w archiwach, bo występuje powszechnie w prawie każdym domu. Przyznam, że chciałbym pójść na piwo z człowiekiem, który wymyślił jego nazwę. Co tam, sam będę tak nazywał syna, jeżeli dorobi się nadwagi. Numerem jeden na mojej liście był, jest i zawsze będzie mały, czarny pajączek – zyzuś tłuścioch.
 
I tu post scriptum:
 
Jeżeli kiedykolwiek traficie na podobne perełki, to dajcie znać. Niech kolekcja rośnie. Z góry dziękuję w imieniu moim – i zyzusia.
 

 
Felieton powstał na zamówienie polskiej rozgłośni Czeskiego Radia w Ostrawie.

 

The post Dyskretny urok biologicznego nazewnictwa first appeared on Darek Jedzok.

]]>