melancholia

Recenzja : Melancholia

Reż. Lans von Trier, USA 2011

 

Lars kontynuuje serię swoich pokręconych wersji klasycznych hollywoodzkich schematów. Rozmyta rzeczywistość, panoptikum skrzywionych postaci, koniec świata. Relaksujący filmik na sobotnie popołudnie.

Von Trier eksploatuje kolejny gatunek – po romansie („Przełamując fale”), musicalu („Tańcząc w ciemnościach”), komedii („Szef wszystkich szefów”) i pornohorrorze („Antychryst” – patrz recenzja) tym razem postanowił wziąć na warsztat film katastroficzny.

Skrót fabuły. Część pierwsza. Justine (Kirsten Dunst) przyjeżdża na własne wesele, przygotowane w pocie czoła przez siostrę i szwagra w ich luksusowym zamku. Z biegiem czasu okazuje się, że Justine cierpi na poważne problemy emocjonalne, zachowuje się destrukcyjnie i świadomie lub nieświadomie dąży do zduszenia w zarodku nie tylko świeżego małżeństwa, ale też odpędzenia każdej istoty, która stara jej się pomóc. W końcu dokonuje dzieła zniszczenia, pozostaje w ogromnym domu sama z siostrą i jej rodziną.

Część druga. W opustoszałym zamku Claire (Charlotte Rampling) opiekuje się swoją chorą psychicznie siostrą. Jej mąż (Kiefer Sutherland) i syn z fascynacją śledzą wiadomości prasowe o olbrzymiej planecie, Melancholii, która przemieszcza się powoli w stronę Ziemi. Zbliżającej się planecie towarzyszą dziwne zjawiska atmosferyczne, nadzieję powoli zastępuje panika i trwoga. Otwiera się przestrzeń do pojednania i wyciągania brudów, perspektywa zagłady odkrywa prawdziwe ludzkie charaktery.

W odróżnieniu od wielowarstwowego, wulgarnego i dogłębnie niepokojącego „Antychrysta” tym razem Lars odrobinę przyhamował. Film można „czytać” na dwa sposoby – po pierwsze jako zwykłą, chronologiczną sekwencję wydarzeń, prowadzącą od ślubu poprzez rozkwit szaleństwa aż po zagrożenie strasznym kataklizmem.

Bardziej intrygujący jest jednak drugi sposób – reżyser wplótł w film wiele wskazówek, które mają przekonać widza o tym, że cała druga część stanowi fantastyczną paralelę, odbicie rzeczywistości oglądanej przez półobłąkaną Justine. Jedną z bardziej subtelnych wskazówek może być fakt, że podczas gdy w całej pierwszej części kilkukrotnie wspominane jest pole golfowe z osiemnastoma dołkami, w części drugiej nagle pojawia się dołek dziewiętnasty.

Von Trier na szczęście nie sięgnął ponownie po tanie zagrywki, nie znęca się nad swoimi postaciami i nad widzem. Jedynym echem jego zmanierowania obecnego w kilku wcześniejszych filmach są zwolnione, przeestetyzowane ujęcia. Film stoi mocno na nogach – na niebanalnym scenariuszu z błyskotliwymi dialogami, świetnej gradacji atmosfery w drugiej części oraz na bardzo solidnej grze aktorskiej trójki głównych bohaterów oraz sfory wyśmienitych aktorów drugoplanowych (Udo Kier, Stellan Skarsgård, John Hurt). Niesamowite wrażenie sprawia narastający, odległy grzmot zbliżającej się planety, obecny przez większą część drugiej połowy filmu.

„Melancholia” to – w tym wypadku nie zawaham się użyć tego określenia – dzieło  niepokorne i niegrzeczne. Lars von Trier na szczęście nadal nie tetryczeje, nadal potrafi dokuczyć i zaskoczyć swojego widza. I co ważne – nadal czyni to w wyrafinowany, elokwentny sposób. Niech żyje nam.

Więcej!